Nikt nie uczynił więcej dla konsumentów na całym świecie od amerykańskich sędziów ferujących zwariowane wyroki.
Starbucks ma kłopoty. Jak donosi amerykański portal BuzzFeed, największą na świecie sieć kawiarni pozwała dwójka klientów, oskarżając ją o oszukiwanie na kawie latte. Mieszkający w San Francisco Sierra Strumlauf i Benjamin Robles domagają się zadośćuczynienia za „niedolewanie kawy latte” do kubków. W liczącym 24 strony wniosku wykazują, że w kubku kawy latte jest średnio o 25 proc. mniej płynu, niż określa to kawiarniane menu. A kosztuje on aż 3,95 dol. Zdaniem pozywających „Starbucks zaoszczędził miliony dolarów w kosztach sprzedanych towarów i bezpodstawnie się wzbogacił”.
Reklama
Czując się wykorzystanymi, Strumlauf i Robles żądają zadośćuczynienia finansowego nie tylko dla siebie, lecz także dla wszystkich klientów, którzy kupowali w sieci kawiarni latte.

Reklama
Tryby machiny prawnej dopiero ruszają, ale być może dwójce konsumentów uda się stworzyć nowy precedens prawny, którego istnienie z czasem da się odczuć w każdym miejscu globu. Amerykański wymiar sprawiedliwości ma to do siebie, że sprawia wrażenie teatru absurdu, jednak trwająca w nim nieustanna ewolucja prawa od stu lat wpływa na życie niemal każdego człowieka.
Koło MacPhersona
Kamieniarz Donald C. MacPherson kupił wymarzony automobil w maju 1910 r. u dilera w Schenectady, nieopodal Nowego Jorku. Buick miał silnik o mocy 22 koni i na prostej potrafił się rozpędzić do 50 mil na godzinę. Z czego właściciel korzystał – aż do lipca roku następnego. Wówczas pędził drogą z Nowego Jorku do Saratoga Springs, gdy pękło tylne lewe koło. Auto dachowało, a wyrzucony z niego siłą pędu kierowca złamał nadgarstek w prawej ręce i trwale uszkodził oko. Dla kamieniarza była to podwójna tragedia. Nie tylko stracił zdrowie i auto, lecz także nie mógł pracować. Co gorsza, Ameryka nie zapewniała obywatelom ubezpieczenia zdrowotnego, więc koszty leczenia pokrył z oszczędności, tracąc dorobek życia.
Jedyne, na co MacPherson mógł liczyć, to wyprocesowanie w sądzie godziwego odszkodowania. Wniósł więc pozew przeciw Buick Motor Company, oskarżając producenta o sprzedanie wadliwego produktu. Sprawa okazała się bez precedensu, bo w tamtym czasie na całym świecie przyjmowano, iż to kupujący musi sprawdzić, czy nabywana rzecz nadaje się do użytku. Na dokładkę Buick kupił koło od innego producenta, a pękło ono, ponieważ obręcz zrobiono ze złej jakości drewna. Jednym słowem, nikt nie był winien kalectwa MacPhersona. Ale rewolucja technologiczna powodowała, że urządzenia techniczne stawały się coraz bardziej skomplikowane. O ile wypróbowanie szabli czy łopaty nie sprawiało większego kłopotu, to testowanie jakości radia lub automobilu przekraczało kompetencje przeciętego konsumenta. Poszkodowany mógł więc mieć nadzieję, że oparty na precedensach amerykański wymiar sprawiedliwości zadziała w niestandardowy sposób.
W USA nie istnieje bowiem coś takiego jak jednolity porządek prawny. Każdy stan ma swoją konstytucję, kodeks i wszystkie szczeble sądownictwa z ostatnią instancją w postaci stanowego sądu najwyższego. Przy czym podczas wydawania wyroków sędziowie wielkie znaczenie przywiązują do wcześniejszego orzecznictwa. Gdy powstaje jakiś precedens, starają się go nie podważać, co automatycznie wpływa na obowiązujący stan prawny. W efekcie system ewoluuje, podążając za zmianami: kulturowymi, obyczajowymi czy też technologicznymi. Oczywiście, by ewolucja następowała, potrzebny jest jeszcze jeden czynnik – uparty pieniacz i reprezentujący go prawnik.
Donald C. MacPherson okazał się takim desperatem. Przez pięć lat przegrał wszystkie sprawy z Buick Motor Company w kolejnych instancjach, lecz nie poddał się i jego apelacja trafiła do Sądu Najwyższego stanu Nowy Jork. Tam po raz pierwszy los uśmiechnął się do kamieniarza. Akta sprawy wylądowały na biurku Benjamina N. Cardozo. Sędzia Cardozo był prawdziwą gwiazdą nowojorskiej palestry. Błyskotliwy, tuż po czterdziestce został sędzią nowojorskiego Sądu Najwyższego, a do tego był pierwszym Żydem orzekającym w tej szacownej instytucji.
W przeciwieństwie do starszych kolegów Cardozo nadążał za zmieniającym się światem. Kiedy w styczniu 1916 r. rozpoczął się proces, ku zaskoczeniu prawników koncernu samochodowego sędzia nie oddalił apelacji. Biorąc pod uwagę to, że kamieniarzowi źle zrósł się nadgarstek i że tracił on wzrok także w drugim oku, Cardozo uznał za konieczne rozważanie, do jakiego stopnia producent powinien ponosić odpowiedzialność za jakość swoich wyrobów. To pytanie brzmiało rewolucyjnie. Sędzia chciał bowiem określić, czy jeśli rzecz z natury swej jest niebezpieczna dla użytkownika, to czy wówczas wytwórca musi zachować większą dbałość podczas jej wykonywania, a także kontroli jakości. Po trzech miesiącach Cardozo ogłosił precedensowy wyrok. „Jeśli natura rzeczy jest taka, że istnieje wystarczająca pewność, iż postawi ona życie i zdrowie użytkownika w niebezpieczeństwie, producent odpowiada za zaniedbania zwiększające niebezpieczeństwo” – pisał w uzasadnieniu sędzia. „Niezależnie od treści umowy producent niebezpiecznej rzeczy ma obowiązek zachowania ostrożności przy produkcji” – dodawał. To oznaczało, że Buick będzie musiało wypłacić MacPhersonowi odszkodowanie.
Wyrok nowojorskiego Sądu Najwyższego miał jednak dużo większe znaczenie niż tylko sprawiedliwe potraktowanie okaleczonego człowieka. Stawał się precedensem, wedle którego zaczęły orzekać sądy najwyższe innych stanów. Tenże precedens nakładał na producentów obowiązek ostrożności. Musieli zacząć dbać o to, by ich produkty nie czyniły szkód nabywcom. Inaczej narażali się na konieczność wypłaty coraz większych odszkodowań. Z czasem przepis ten przyjęli za oczywistość prawodawcy na całym świecie i tym sposobem uparty kamieniarz wysłuchany przez młodego sędziego najpewniej uratował miliony ludzi przed kalectwem lub nawet śmiercią.
Szyba Baxtera i kurczak Lane
Po wydaniu wyroku w sprawie MacPhersona sędzia Cardozo zasłynął jeszcze wieloma orzeczeniami. Zwłaszcza w dziedzinie prawa deliktowego, czyli odpowiedzialności sprawcy za wyrządzoną szkodę. Dbałość o dobro zwykłych obywateli, a nie koncernów, przyniosła mu ogromną popularność. I choć nie ukrywał swojej sympatii do Partii Demokratycznej, to republikański prezydent Herbert Hoover mianował go sędzią Sądu Najwyższego USA.
Jednak to nie Cardozo wydał wyrok stanowiący kolejny kamień milowy w rozwoju prawa konsumenckiego. Aczkolwiek ponownie wszystko zaczęło się od samochodu. Tym razem był to ford A z 40-konnym silnikiem i nowatorską przednią szybą Triplex. Producent w folderze reklamowym prezentował ją jako zrobioną ze szkła „antywłamaniowego, tak wykonanego, że nie powstają odpryski i nie ulega rozbiciu nawet od mocnego uderzenia”. Skuszony ofertą Sam Baxter kupił w maju 1930 r. forda A w waszyngtońskim salonie John Motors. Pół roku później, 12 października, jechał nim przez górską przełęcz Snoqualmie Pass, gdy nagle w przednią szybę uderzył kamyk. Szkło pękło, a jeden z odprysków wbił się w lewe oko kierowcy. Wzroku Baxter już w nim nie odzyskał.
Gdy wniósł sprawę do sądu, żądając od koncernu Forda odszkodowania, miał przeciwko sobie najpotężniejszą korporację świata. Jej prawnicy wskazywali na to, że wypadek nie wydarzył się z winy producenta (odpadał kazus MacPhersona), a w pękniętej szybie nie stwierdzono wady konstrukcyjnej. Sądy kolejnych instancji oddalały pozew, nie widząc podstaw do obarczenia winą koncernu. Jednak adwokat Sama Baxtera się nie poddawał. Cały czas podnosił kwestię, iż w folderze reklamowym firma zapewniała nabywców forda A o tym, że nie muszą się obawiać pęknięcia szyby oraz odprysków. Czyli Ford Motor Company bezczelnie kłamał. Ten argument wziął pod uwagę dopiero waszyngtoński Sąd Najwyższy w 1932 r. Odrzucił twierdzenia prawników koncernu, że folder reklamowy nie musi zawierać ścisłych informacji. Wedle wydanego wówczas wyroku producent dopuścił się oszustwa, ponieważ wprowadził w błąd klienta. Musiał więc zapłacić.
Ten precedens okazał się jednak mało znaczący, ponieważ waszyngtoński Sąd Najwyższy w uzasadnieniu wyroku nie sprecyzował, jak starannie producent powinien dbać o rzetelność informacji o swoim wyrobie. Na szczęcie dwie dekady później John V. Lane kupił w Los Angeles konserwę z mięsem kurczaka. Jak napisał w pozwie: „Puszka zakupiona przez powoda zwierała sześć uncji kurczaka solonego. Pod etykietą były słowa »Swanson«, a następnie jeszcze większymi literami »bez kości kurczaka« i małymi literami »zawsze świeże«”. Mięso było, owszem, całkiem świeże, ale pan Lane znalazł w nim kość. Poczuł się tym równie mocno oszukany przez firmę C.A. Swanson & Sons, jak Baxter przez koncern Forda. I choć nie stracił oka ani nawet się nie zadławił, natychmiast zaczął szukać dobrego prawnika.
Poza puszką do pozwu dołączył dowód w postaci wydania „Los Angeles Timesa” z 18 czerwca 1953 r. W środku numeru dziennika wydrukowano wielką reklamę konserwy Swanson Boned Chicken ze zdjęciem puszki podpisanym sloganem: „Swanson. Kurczak bez kości. Wszystko soczyste, białe i ciemne mięso. Brak kości i odpadów – najlepsze w kraju”. Pan Lane powoływał się na precedens ze sprawy Baxter vs. Ford Motor Company, wskazując na kłamliwość reklamy.
Swanson & Sons łatwo się nie poddał, twierdząc, że malutka chrząstka nie jest kością. W styczniu 1955 r. sprawa trafiła na wokandę Sądu Najwyższego stanu Kalifornia. Wydany wyrok stwierdzał, że „etykieta na puszce w połączeniu z treścią w reklamach prasowych stanowi wyraźną gwarancję, która została naruszona. Jeśli mogłaby istnieć wątpliwość co do znaczenia terminu »kurczak bez kości«, została usunięta przez oświadczenie, że nie zawiera kości”. Ponadto sąd uznał napisy na etykiecie i reklamę za część umowy sprzedaży oraz gwarancji jakości towaru.
Koszty tego orzeczenia poniósł nie tylko Swanson & Sons, bo precedens zmusił producentów w Stanach Zjednoczonych, by dwa razy się zastanowili, nim to, o czym poinformują klientów, będzie mijało się z prawdą.
Papierosy i Coca-Cola
Traf chciał, że kość z kalifornijskiego kurczaka najmocniej stanęła w gardle koncernom tytoniowym. Choć długo wychodziły one zwycięsko z kolejnych opresji. W czerwcu 1963 r. na wokandę Sądu Najwyższego stanu Floryda trafił pozew w imieniu Edwina Greena przeciwko korporacji American Tobacco Company. Green nie żył już od pięciu lat, lecz sprawiedliwości domagali się wdowa po nim oraz ich syn.
Papierosy marki Lucky Strike Edwin Green zaczął palić w 1924 r., gdy nie tylko American Tobacco, ale wszystkie koncerny tytoniowe na wszelkie sposoby promowały palenie jako nowoczesny styl życia. W reklamach nikt nie wspominał, by mogło ono szkodzić. Możliwość nabawienia się raka starannie przemilczano. U pan Greena nowotwór płuc zdiagnozowano w grudniu 1957 r., a dwa miesiące później zmarł.
Rodzina domagała się odszkodowania, ponieważ American Tobacco Company nie dochowało obowiązku ostrożności i oferowało produkt zagrażający zdrowiu konsumenta. Rozpatrujący sprawę, Sąd Najwyższy Florydy nie podzielił jednak tej interpretacji. Przychylił się do zdania prawników koncernu, że brakuje dostatecznych dowodów na szkodliwość papierosów. Lekarze powołani jako biegli wystawiali w tej kwestii sprzeczne opinie. Pozew oddalono, ale sprawa zrobiła się głośna, zwłaszcza gdy media zaczęły podejrzewać sędziów na Florydzie o to, że nigdy nie brali pod uwagę orzeczenia na niekorzyść (bardzo hojnego dla miłośników tytoniu) American Tobacco. Przy okazji przypomniano o precedensie, jaki w 1944 r. przed Sądem Najwyższym stanu Kalifornia wywalczyła Gladys Escola. Gdy pracowała jako kelnerka, to pewnego razu wybuchła jej w ręce butelka coca-coli. Kawałki szkła poprzecinały mięśnie i ścięgna w dłoni kobiety, trwale ją okaleczając. Koncern Coca-Cola Bottling Co. odrzucił możliwość wypłaty odszkodowania. Jednak przed kalifornijskim Sądem Najwyższym jego prawnicy musieli przyznać, że butelkom zdarza się eksplodować, ponieważ napój jest mocno nasycony dwutlenkiem węgla. Sędzia Phil S. Gibson orzekł wówczas, że nawet jeśli producent nie działa w złej wierze, a produkt nie jest wadliwy, to i tak ponosi on odpowiedzialność ze wynikłe skutki uboczne i powinien przed nimi ostrzegać klientów.
W obawie, że ten precedens może mieć bardzo daleko idące konsekwencje, gdy coraz więcej naukowców zaczęło przytaczać dowody na szkodliwość palenia, koncerny tytoniowe zmieniły front. Zgodziły się bez oporu, by w 1969 r. Kongres przyjął ustawę nakazującą umieszczanie na opakowaniach papierosów ostrzeżeń przed szkodliwością ich palenia dla zdrowia. To samo tyczyło się reklam w mediach. Korporacje skwapliwie wprowadziły nakaz w życie, dzięki czemu żaden sąd nie mógł orzec, że palacz nie wiedział o szkodliwości palenia.
Tę świadomość miała Rose Cipollone, która po pierwszego papierosa sięgnęła w 1942 r. Kiedy zrobiło się głośno o rakotwórczych właściwościach dymu, kilka razy próbowała rzucić palenie. A gdy się nie udawało, zmieniła markę papierosów, wybierając te z filtrem, ponieważ w reklamach obiecywano, że są bezpieczniejsze dla zdrowia. Jednak w 1983 r. lekarze zdiagnozowali u niej zawansowany nowotwór płuc. Wówczas wspólnie z mężem wniosła pozew przeciw koncernowi Liggett Group Inc. Wkrótce potem zmarła. Również małżonek nie doczekał końca procesu. Jednak ich syn Thomas Cipollone kontynuował batalię i po kolejnych porażkach w 1992 r. jego pozew trafił na wokandę Sądu Najwyższego Stanów Zjednoczonych. Wnioskodawca zapisał w nim, że Liggett Group „jest odpowiedzialne za śmierć Rose Cipollone, ponieważ naruszyło wyraźną gwarancję zawartą w reklamie”.
Podobnie jak w przypadku konserwy z kurczakiem bez kości koncern tytoniowy nie tylko nie ostrzegał dokładnie przed zagrożeniami, lecz nawet sugerował, że papierosy z filtrem są bezpieczniejsze, a ponadto nie informował, że nikotyna uzależnia. Tymczasem, jak dowiódł Thomas Cipollone, producenci już w latach 40. XX w. mieli pełną świadomość uzależniających właściwości nikotyny. A skoro – zgodnie z kurczakowym precedensem – reklama stanowi część umowy sprzedaży, należało uznać, że konsumentów oszukiwano.
Sąd Najwyższy USA uznał taką logikę wywodu za niepodważalną i nakazał koncernowi wypłacenie synowi pani Cipollone zadośćuczynienia w wysokości 400 tys. dol. Otworzył tym drogę do kolejnych roszczeń. W ciągu następnych lat wszechpotężne korporacje zamieniły się nagle w zwierzynę łowną. Władze 40 stanów wystąpiły na drogę sądową, by podreperować swoje budżety i wyprocesować od koncernów zwrot kosztów leczenia i rehabilitacji palaczy. Największe odszkodowanie dostała ojczyzna kowboja z reklamy Marlboro, stan Teksas – aż 15,3 mld dol.
Tymczasem gubernatorzy pozostałych dziesięciu stanów złożyli wspólny pozew zbiorowy i zdecydowanie lepiej na tym wyszli, ponieważ ich prawnicy wynegocjowali z koncernami tytoniowymi ugodę na 206 mld dol. W porównaniu z nią marne 300 mln dol., jakie wywalczył personel wszystkich amerykańskich linii lotniczych, narażony przez lata na bierne palenie, wydaje się śmiesznym ochłapem. Oczywiście bez kości.
Przemysł sądowy
„Brutalna prawda jest taka, że możemy być na drodze do społeczeństwa opanowanego przez hordy prawników, głodnych jak szarańcza” – ostrzegał w 1986 r. odchodzący z urzędu prezes Sądu Najwyższego USA Warren Burger. Gdy to mówił, liczba praktykujących prawników w USA nie przekraczała 0,5 mln, dziś jest ich ponad 1,2 mln. To oznacza prawie trzykrotny wzrost w ciągu ledwie 30 lat. I nie powinno to dziwić, skoro każdego roku amerykańskie sądy przyznają osobom prywatnym odszkodowania w łącznej sumie ok. 200 mld dol. Z czego prawnicy za usługi kasują średnio 30 proc.
Jednak szaleństwo amerykańskiego procesowania się ma nadal dobre strony. Symbolem nowego etapu ewolucji systemu prawnego stała się nieżyjąca już Stella Liebeck. Dobiegająca osiemdziesiątki pani 27 lutego 1992 r. wybrała się w podróż z wnukiem. To on podjechał wozem pod okienko restauracji McDonald’s niedaleko Albuquerque w stanie Nowy Meksyk. Gdy babcia wzięła zamówioną kawę i próbowała ją posłodzić, nagle kubek wymknął się z jej dłoni i wrząca ciecz wylała wprost na brzuch, nogi i łono. W szpitalu Stella Liebeck spędziła trzy tygodnie. Przeszła operację przeszczepienia skóry i schudła do wagi 38 kg. Nic więc dziwnego, że gdy poczuła się trochę lepiej, postanowiła dochodzić sprawiedliwości.
Po usłyszeniu żądania 20 tys. dol. zadośćuczynienia prawnicy McDonald’s niemal ją wyśmiali. Wkrótce jednak przekonali się, że nie należało drażnić starszej pani. Wraz ze swoim adwokatem Stella Liebeck znakomicie przygotowała się do procesu. Udowodniła w nim, że górna granica temperatury płynów, która jest bezpieczna dla klienta, wynosi 130 stopni Farenheita (54 st. C). Jej zaś zaserwowano kawę o temperaturze ok. 190 st. F (88 st. C), bez odpowiedniego zabezpieczenia i widocznego ostrzeżenia na kubku. A przecież już w 1916 r. sędzia Cardozo orzekł, iż w przypadku niebezpiecznych produktów to „producent odpowiada za zaniedbania zwiększające niebezpieczeństwo”. W świetle prawa McDonald’s był takim samy producentem jak firma samochodowa Buick. Starsza pani zgodziła się zadowolić odszkodowaniem w wysokości 2,7 mln dol. Sędzia Robert H. Scott orzekł, iż Stelli Liebeck jak najbardziej ono się należy. Po apelacjach kwota ostatecznie wyniosła ok. 600 tys. dol.
O procesie Liebeck vs. McDonald’s donosiły media na całym świecie, przekręcając przy okazji wiele informacji i podając go jako przykład degenerowania się prawa. Felietonista i satyryk Randy Cassingham ustanowił nawet Stella Awards (Nagrodę Stelli), każdego roku przyznawaną osobom wnoszącym najbardziej „skandaliczne i niepoważne” pozwy sądowe. Do dziś za niedoścignionego mistrza uważa się Roberta Lee Brocka, który w 1995 r., odsiadując w więzieniu stanowym w Wirginii wyrok, pozwał samego siebie. Oskarżył się o to, że „uraził swoje uczucia religijne”, spożywając wbrew zasadom wiary alkohol, a potem pod jego wpływem łamiąc prawo. Zażądał od siebie dla siebie odszkodowania w wysokości 5 mln dol. Przy czym ponieważ nie mógł pracować i nie miał oszczędności, zwrócił się do sądu, by nakazał władzom stanowym założyć za niego tę kwotę. „Gdy wyjdę na wolność, spłacę dług” – obiecywał w podsumowaniu napisanego własnoręcznie wniosku. Sędzia Rebecca B. Smith oddaliła pozew, ale w uzasadnieniu pochwaliła Brocka za wykazanie się „innowacyjnym podejściem do deliktów cywilnoprawnych”. Uznając być może, że przestępca również wniósł mały wkład w ewolucję amerykańskiego prawa.
Ten trwający nieustannie proces nowojorski adwokat Mel Urbach, negocjując ze szwajcarskimi bankami zwrot zagrabionych podczas II wojny światowej żydowskich kont, podsumował słowami: „Nic nie jest na tyle głupie, by wymiar sprawiedliwości nie mógł uczynić z tego precedensu i zasady prawnej służącej obywatelom”.