Na seminarium poświęconym sztucznej inteligencji, na które mnie niedawno zaproszono, padło pod moim adresem pytanie, czy sędzia myśli i pracuje cyfrowo, czy analogowo.

Moja znajomość świata informatycznego nie jest tak wielka, bym mógł na to pytanie odpowiedzieć jednoznacznie, ale po dodatkowych pytaniach ze strony specjalistów okazało się, że w tym warsztacie dominuje zdecydowanie analog – przynajmniej na razie.

Cyfra jednak atakuje także na tym froncie i to zdecydowanie.

Przy czym nie chodzi tu, oczywiście, o wyposażenie elektroniczne sądów, kancelarii prawniczych i tych wszystkich miejsc, gdzie pracują prawnicy.

Nie sposób sobie dzisiaj wyobrazić naszej pracy bez komputera, elektronicznych zbiorów aktów prawnych, orzeczeń, literatury – i oby tego rodzaju ułatwień przybywało.

Nawet wizja „odmiejscowionej” rozprawy nie wywołuje – na mapie moich zawodowych podświadomych sensorów – efektu w postaci zapalenia się czerwonego światełka.

Powoli przyzwyczajam się do działalności sądu elektronicznego, ale chyba tylko z tego powodu, że nie wykracza ona poza w zasadzie wstępną wymianę pism procesowych pomiędzy stronami – choć tu już granica pomiędzy cyfrą a analogiem zostaje naprawdę pierwszy raz wyraźnie przekroczona.

Cyfryzacja w świecie prawa i prawodawstwa – tak jak ją rozumiem – polega na zastępowaniu dyskursywnego charakteru współdziałania aktorów procesu sądowego rodzajem takich zachowań, które minimalizują subiektywizm, a raczej intersubiektywizm w ustalaniu wszelkich faktów i ocen.

Innymi słowy, chodzi tu o zachowania typu algorytmicznego, poddające się tym razem maksymalnej obiektywizacji.

W tym znaczeniu analogowe było prawo rzymskie sprzed Kodeksu Justyniana, bardziej analogowe będzie w ogóle common law od prawa kontynentalnego opartego o idee wielkich kodyfikacji XVIII w. – wieku, pamiętajmy, absolutyzmu oświeconego.