Mijają cztery lata, odkąd Sejm uchwalił ustawę inwigilacyjną. Nadała wiele uprawień policji, ABW, CBA, Służbie Celnej i kontroli skarbowej, w szczególności możliwość pozyskiwania o nas danych telekomunikacyjnych, internetowych i pocztowych. Kontrolę nad ich zbieraniem ustawodawca powierzył sądowi okręgowemu właściwemu dla siedziby urzędu. Czy ta kontrola działa?

Zapis ustawy mówi, że sąd okręgowy, raz na pół roku, ma prawo do weryfikacji post factum pozyskiwania przez służby danych. Prezes Sądu Okręgowego w Warszawie wyznaczał mnie do tego zadania już trzy razy. I za każdym razem miałem wrażenie, że to kontrola mocno iluzoryczna.

Dlaczego?

Taką kontrolę sędzia przeprowadza niezależnie od innych powierzonych mu zadań. Tak uznał ustawodawca, nie typując do tego zadania osobnego organu. Obok spraw karnych, jakie prowadzę, kartkowałem więc dziesiątki stron. Gdybym miał dokładnie przejrzeć wszystkie materiały dostarczone przez służby, inne działania musiałbym odłożyć na bok.

Nie była to rzetelna kontrola?

Brakowało mi czasu i narzędzi. Kontrolowałem w miarę możliwości. W praktyce wygląda to tak, że dostaję wykaz kilkuset spraw, jakimi w ostatnim półroczu zajmowała się policja czy służby specjalne. Chodziło o zebrane dane telefoniczne, czyli bilingi, lokalizacje do stacji bazowej, z którą łączy się aparat. A także pocztowe – adresy, miejsca nadania przesyłek, ich odbioru, oraz internetowe – raporty o połączeniach z siecią, numery IP, dane osobowe, adresy e-mail. Takich spraw bywało czasem ok. 500. Pod lupę wybierałem losowo 25, czasem 30. I zamykałem się w ciasnym pomieszczeniu kancelarii tajnej, gdzie spędzałem godziny na przeglądaniu dokumentów.

Jakie przyjmował pan kryterium wyboru?

Trochę na chybił trafił, a trochę, gdy kwalifikacja sprawy była mniej typowa. Czyli gdy nie chodziło o grupę przestępczą, zabójstwo, zagrożenie bezpieczeństwa państwa. Krótko mówiąc: odrzucałem klasyczny kryminał. Sygnatura, data pobrania oraz kwalifikacja prawna. Na tej podstawie prosiłem o bardziej szczegółowe akta.

Znalazł pan coś, co świadczyłoby o nadużywaniu uprawnień przez służby specjalne?

Nie pamiętam, bym trafił na coś takiego. I w tym tonie relacjonowałem wykonanie zadania prezesowi sądu okręgowego. Jednak problem polega na tym, że szukałem po omacku. Nie wiedziałem, kogo dotyczą sprawy, które typuję do analizy. Czy chodzi o biznesmenów, polityków, dziennikarzy, prawników, lekarzy, pracowników korporacji czy nauczycieli. I co miałoby się dalej wydarzyć, gdybym znalazł coś budzącego wątpliwość, wymagającego dodatkowej wiedzy. Zgodnie z ustawą sąd zawiadamia o wynikach kontroli służbę, ale co zrobi ona z informacją o stwierdzonych uchybieniach? Tego nie wiemy.

Skąd te wątpliwości?

Stąd, że w obecnym stanie prawnym sędzia nie ma pewności, czy dostał do zbadania wszystkie materiały. Analizuje to, co otrzymał, wierząc, że to komplet danych. Jest więc to kwestia zaufania.

Zaufanie wystarczy?

Zdecydowanie lepszym rozwiązaniem byłoby, gdyby istniał organ niezależny od służb i władzy wykonawczej, który sprawowałby kontrolę nad kontrolującymi. I gdyby np. sędzia stracił owo zaufanie do służb, mógłby się do takiej instytucji poskarżyć i zainicjować kontrolę konkretnego postępowania. Byłby to realny bat na służby, bez względu na polityczną opcję, która akurat jest u władzy. A jeśli nie nowy organ, to inne zmiany ustawowe. Tak, by np. istniała możliwość kontroli z urzędu z inicjatywy RPO lub na wniosek obywatela na podstawie decyzji sądu. Chodzi nie tylko o same działania operacyjne, lecz także o to, by konkretna osoba mogła dostać informację, czy podjęte wobec niej działania były zasadne. Obok tego widzę potrzebę zmian czysto technicznych.

Czyli jakich?

Dziś ponad 90 proc. zgód na kontrolę operacyjną wydaje Sąd Okręgowy w Warszawie. Dlatego że jest właściwy dla siedziby Centralnego Biura Śledczego Policji, ABW i innych służb mogących występować z takimi wnioskami. To wąskie gardło. I wąska grupa osób, która zajmuje się rozpatrywaniem spraw. Myślę, że jednym z rozwiązań byłaby decentralizacja podejmowania tych decyzji na rzecz innych SO w kraju.

Ustawa inwigilacyjna zwiększająca uprawnienia służb w zakresie kontroli obywateli była uchwalana w atmosferze strachu przed narastającym światowym terroryzmem. Większa kontrola miała oznaczać większe bezpieczeństwo obywateli. Tak to działa?

To niemądra argumentacja. Na całym świecie służby kochają swobodę, unikają niewygodnych pytań. Dziś jedyną kontrolę sprawują nad nimi politycy, którzy współtworzyli kontrowersyjne przepisy. Czyli minister sprawiedliwości oraz minister koordynator służb specjalnych. Raporty, jakie składają co roku przed senacką Komisją Praw Człowieka, Praworządności i Petycji, są tylko przejawem ich dobrej woli. Nie mamy żadnej pewności, czy zaprezentowane dane stanowią całość czy jedynie wycinek całości. Podobnie jeśli chodzi o kontrolę sądu. Sędzia ma faktyczną wiedzę jedynie w przypadku konkretnej sprawy, gdy podejmuje decyzję o potrzebie zbierania danych. Ustawa inwigilacyjna umożliwiła również służbom zawieranie porozumień z firmami świadczącymi usługi drogą elektroniczną o zdalnym przekazywaniu danych. Takie porozumienie daje możliwość zasysania informacji o aktywności użytkowników na stronach danej firmy poza jej kontrolą. Nie wiadomo, ile takich porozumień zawarto i jak są one wykorzystywane. Żyjemy w paranoi tajności. Cierpią na tym wyraźnie prawa obywateli, a zyskują służby specjalne.

Paranoja tajności?

Profesor Andrzej Rzepliński jeszcze jako prezes Trybunału Konstytucyjnego zażądał od prezesa Sądu Okręgowego w Warszawie informacji o liczbie złożonych wniosków o kontrole operacyjne. Wiceprezes ds. karnych SO odmówiła wówczas udzielenia takich danych, uznając, że stanowią informację niejawną. Przy czym nie było to widzimisię wiceprezesa, ale poruszanie się w stanie prawnym, gdzie wszystko, co dotyczy działania służb, jest tajne. To właśnie nazywam paranoją.

Następnie TK w 2014 r. uznał, że w wypadku pozyskiwania danych telekomunikacyjnych osób zobowiązanych do zachowania tajemnicy zawodowej zgoda niezależnego organu musi być udzielona przed ich pobraniem, a nie po udostępnieniu służbom. A niejawne zbieranie danych o osobach jest uzasadnione tylko przy podejrzeniu poważnych przestępstw i zagrożenia bezpieczeństwa państwa.

Niestety, z obecnymi możliwościami kontroli nie mogę powiedzieć, czy te wytyczne zostały spełnione.