Jedna uznaje, że przetarg był prowadzony zgodnie z prawem, a inna widzi w nim naruszenia. Nowe przepisy mają pozwolić na ujednolicenie stanowisk.
Jak policzył niedawno dwumiesięcznik „Zamawiający. Zamówienia Publiczne w Praktyce”, aż 18 instytucji może kontrolować przetargi. To nie tylko Urząd Zamówień Publicznych, Najwyższa Izba Kontroli czy regionalne izby obrachunkowe, lecz także instytucje zarządzające programami operacyjnymi czy nawet skarbówka. Mnogość kontroli może być oczywiście uciążliwa, ale to nie ona jest największym problemem. Gorzej, że różne instytucje różnie interpretują przepisy. Zdarzało się, że UZP uznawał przetarg za prowadzony prawidłowo, a kontrolerzy z instytucji zarządzającej nakładali korektę finansową i zabierali część unijnego dofinansowania. Nawet po wprowadzeniu obowiązkowych kryteriów pozacenowych pojawiały się pytania do osób odpowiedzialnych za przeprowadzenie postępowania, dlaczego wybrali droższą ofertę.
Od wielu już lat eksperci powtarzają, że to właśnie podejście kontrolerów ogranicza zamawiających. Chcąc uniknąć tłumaczenia się, wolą zastosować tradycyjny przetarg nieograniczony (w tym roku udzielono w tym trybie ponad 90 proc. zamówień) niż zapewniające większą innowacyjność, ale też dużo bardziej wymagające tryby negocjacyjne (dialog konkurencyjny zastosowano w tym roku w zaledwie 0,05 proc. postępowań).