Wielu w Polsce oświadcza z dumą, że ich państwo nie ulega zachodniej filozofii poprawności politycznej. Jednak niedawna reakcja na dodanie tęczy LGBT do obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej świadczy o tym, że spora część tych samych osób nie tylko jest za pewną formą poprawności politycznej, ale również chce, żeby ona była wymuszona przez prawo.
Reklama
Polacy są przywiązani do wolności słowa. W rankingu „Free Expression Index”, opracowanym przez Pew Research Center International, znajdujecie się na drugim miejscu, po mieszkańcach Stanów Zjednoczonych. Jedno z ulubionych określeń Polski w retoryce Jarosława Kaczyńskiego to „wyspa wolności”, która powinna bronić swobody „nawet wtedy, jeśli wszędzie indziej ona będzie ograniczona”.
Prezes PiS krytykuje m.in. poprawność polityczną, która „na zachodzie Europy w wielu państwach już w gruncie rzeczy wolność wypowiedzi zlikwidowała”. Ta kwestia od dawna budzi jego niepokój: przed wyborami w 2015 r. ostrzegał, że „poprawność polityczna oznacza ograniczenie wolności”, a w 2008 r. mówił o „niebezpiecznym zjawisku”, które „radykalnie ogranicza swobodę”.
Szczególnie niepokojące dla Jarosława Kaczyńskiego jest to, że poprawność polityczna na Zachodzie jest wynikiem nie tylko presji społecznej, lecz także prawa i „twardej represji państwowej”, która karze mówiących rzeczy uznawane za niedopuszczalne. W Polsce, twierdzi, „oczywiście nie przyjmiemy żadnych ustaw o mowie nienawiści, tym podobnych (prawnych) wynalazków zmierzających do tego, by wolność wyeliminować”.
Wielu w Polsce, zwłaszcza wśród konserwatystów, entuzjastycznie zgadza się z tymi argumentami. Tymczasem nie są one prawdziwe. Obowiązują tu już jedne z najbardziej restrykcyjnych w świecie demokratycznym norm prawnych ograniczających swobodę wypowiedzi, które w praktyce tworzą narzucony przez państwo system poprawności politycznej.
Przestępstwem jest obrażanie uczuć religijnych (kara ograniczenia wolności do lat dwóch), znieważenie lub poniżenie organów konstytucyjnych (do dwóch lat więzienia), jak również znieważanie narodu lub państwa polskiego (do trzech lat), prezydenta (trzy lata), urzędników państwowych (jeden rok), a nawet pomników. Są przepisy dotyczące wykroczeń związanych z nieokazywaniem szacunku narodowi polskiemu i jego symbolom. Ponadto, mimo zapewnień Kaczyńskiego, Warszawa przyjęła ustawę przeciwko mowie nienawiści, która przewiduje karę pozbawienia wolności do lat dwóch.
Te ustawy istnieją nie tylko na papierze, ich przepisy są stosowane. Znany jest przypadek piosenkarki Dody skazanej za obrazę uczuć religijnych w 2012 r. W 2017 r. jedna z organizatorek czarnego protestu odpowiadała za przerobienie na kobiece piersi powstańczej kotwicy, prawnie chronionego znaku Polski Walczącej. W zeszłym roku poeta Jaś Kapela dostał mandat za znieważenie hymnu narodowego, bo zmienił tekst, dodając do niego wzmiankę o uchodźcach.
Nawet w przypadku braku prawomocnych wyroków te regulacje prawne mogą być używane do nękania oponentów, marnowania ich czasu i pieniędzy. Samo ich istnienie powstrzymuje wolność wypowiedzi. W praktyce przepisy te są często wykorzystywane w celach politycznych, dla zastraszania lub zmuszenia do milczenia krytyków i do ograniczenia wolności artystycznej.
W innych państwach demokratycznych również istnieją regulacje dotyczące „znieważania”, jednak żaden kraj – jak właśnie Polska – nie kryminalizuje tak szerokiego spektrum domniemanych zniewag i nie karze ich tak surowo. Badanie OBWE, organizacji zrzeszającej 57 państw Europy, Ameryki Północnej i Azji, wykazało, że z dziewięciu rodzajów przepisów dotyczących zniesławienia i znieważania Warszawa łącznie stosuje najwięcej i, w przeciwieństwie do innych państw, dla każdego z nich przewiduje karę pozbawienia wolności.
Co więcej, te przepisy cieszą się poparciem tych samych osób, które najczęściej występują w obronie wolności wypowiedzi i potępiają poprawność polityczną. Polscy konserwatyści narzekają, że na Zachodzie rzekomo nie wolno obrażać muzułmanów i jednocześnie popierają akty prawne przewidujące kary za obrażanie uczuć katolików. Jarosław Kaczyński domaga się wolności wypowiedzi, a chwilę później twierdzi, że każdy „niezależnie od tego, czy jest wierzący, czy nie, musi akceptować chrześcijaństwo” i że „kwestionowanie Kościoła ma charakter antypatriotyczny”. Rząd i członkowie PiS entuzjastycznie stosują akty prawne przeciwko znieważaniu.
Promowana przez nich poprawność polityczna przybiera, oczywiście, inną formę. Na Zachodzie ma strzec uczuć mniejszości i innych grup w niekorzystnej sytuacji społecznej; w Polsce chroni uczucia większości i władzy. Jednak zasada jest ta sama: ogranicza się to, co wolno mówić na temat pewnych chronionych grup i osób.
Bardzo dobrze takie podejście ilustruje niedawny incydent w Płocku, kiedy do wizerunku Matki Boskiej Częstochowskiej została dodana tęcza symbolizująca społeczność LGBT. Minister spraw wewnętrznych Joachim Brudziński napisał, że „bajanie o wolności i tolerancji nikomu nie daje prawa obrażania uczuć ludzi wierzących”. Prymas Polski Wojciech Polak stwierdził, że „prawo do wyrażania swoich opinii kończy się w momencie, gdy rani uczucia innego człowieka”.
Wyobraźmy sobie, że tych samych słów użyto by w państwie Zachodu przez ministra i muzułmańskiego imama w sytuacji, kiedy obrażony został islam. Polscy konserwatyści zareagowaliby niedowierzaniem i oburzeniem. To podkreśla wybiórczość ich poprawności politycznej: chcieliby ochrony uczuć katolików i Polaków oraz zachowania prawa do obrażania innych narodów i religii. Kilka tygodni temu księża w Gdańsku spalili wśród innych, rzekomo „złych” przedmiotów, symbol hinduizmu. Żaden ze znanych konserwatystów nie wystąpił w obronie osób tej wiary i nie wezwał do ukarania księży winnych obrazy uczuć religijnych.
Zachodnia poprawność polityczna potrafi być równie wybiórcza i nie zwracać uwagi na obraźliwe słowa i karykatury pod adresem chrześcijaństwa. Jednak warto zaznaczyć, iż popularne w Polsce przeświadczenie, że na Zachodzie nie wolno obrażać muzułmanów i innych mniejszości, nie jest prawdziwe.
Kiedy francuski magazyn satyryczny „Charlie Hebdo” notorycznie publikował obraźliwe karykatury Mahometa, z urzędu nie wysunięto przeciwko redakcji żadnych oskarżeń. Jednak organizacje muzułmańskie pozwały pismo do sądu, ale przegrały, a prawa tygodnika do wolności wypowiedzi bronili zarówno prawicowy Nicolas Sarkozy, jak i lewicowy François Hollande.
Właśnie to powinno się w Polsce zmienić. Zapisy o obrażaniu uczuć, zwłaszcza paragrafy kodeksu karnego przewidujące karę pozbawienia wolności, nie powinny istnieć w społeczeństwie demokratycznym ani w państwie pewnym własnej tożsamości i kultury. W Stanach Zjednoczonych można spalić flagę narodową, Biblię lub Koran i nie ponieść za to żadnej kary. To nie oznacza, że takie zachowania są propagowane, po prostu ludziom przysługuje prawo do samowyrażania się, o ile to nie krzywdzi innych.
Osoby i instytucje mają prawo do niebycia szkalowanymi, ale egzekwowanie tego przywileju powinno odbywać się na drodze cywilnej. Nikomu nie zostało dane prawo do niebycia obrażonym lub urażonym, to normalna część dyskursu w wolnych społeczeństwach. W jeszcze większym stopniu odnosi się to do prezydenta i innych urzędników państwowych, którzy powinni być gotowi do przyjmowania obelg jako części swojej pracy, oraz do potężnych instytucji, takich jak Kościół katolicki.
Z historycznego punktu widzenia można zrozumieć, dlaczego Polska chce szczególnie chronić symbole narodowe i religijne, których użycie zakazywane było przez okupantów lub autorytarne rządy. Jednak ta sama historia powinna pomóc Polakom zrozumieć, dlaczego tak ważna jest wolność samowyrażania się, której tak często im odmawiano w przeszłości.
Magazyn DGP 17 maja 2019 r. / Dziennik Gazeta Prawna
Zbliża się 30. rocznica wyborów z 4 czerwca 1989 r., kraj jest bogatszy i bezpieczniejszy niż kiedykolwiek, więc najwyższy czas, by Polacy na tyle odzyskali pewność siebie, by pozwolić na otwartą, wolną debatę, w której mogą się zdarzyć momenty mogące urazić uczucia religijne lub narodowe. A przede wszystkim, czas skończyć z hipokryzją – przestać osądzać poprawność polityczną za granicą i jednocześnie stosować podobnie restrykcyjne zasady u siebie. Polska powinna być wyspą wolności, ale jeśli chodzi o wolność wypowiedzi, na razie nią nie jest.
Autor jest adiunktem na Uniwersytecie Pedagogicznym w Krakowie, redaktorem naczelnym anglojęzycznego portalu informacyjnego o Polsce Notes from Poland