Nasz środowy tekst o tym, co się dzieje w Sądzie Rejonowym w Olsztynie, jeżeli chodzi o zasady przydziału spraw sędziom („Jak w praktyce (nie) działa losowy przydział spraw”, DGP nr 226/18) wywołał spore poruszenie, i to nie tylko w środowisku sędziowskim.
W myśl zasady „uderz w stół a nożyce się odezwą” swoje trzy gorsze postanowiło dorzucić Ministerstwo Sprawiedliwości. Niby to zrozumiałe, wszak to ono jest twórcą systemu losowego przydziału spraw, więc powinno być żywo zainteresowane doniesieniami na temat nawet ewentualnych nieprawidłowości w jego stosowaniu. A zarzuty stawiane w artykule są przecież poważne. Wiele bowiem wskazuje na to, że prezes olsztyńskiego sądu bez ustawowych podstaw wyłączył z losowania pewnej problematycznej sprawy siebie i swojego zastępcę. Jednak resort sprawiedliwości, zamiast wziąć sprawę na poważnie i zbadać w ramach nadzoru, co tak naprawdę wydarzyło się w Olsztynie, całą winę za zaistniałą sytuację zrzucił na dziennikarza, który problem opisał, a więc na moją skromną osobę. W rozsyłanym wszem i wobec oświadczeniu w sprawie mojego artykułu (tu rodzi się pytanie, skąd taka, nieprzewidziana przez prawo prasowe, forma) często i gęsto padają określenia typu „nieprawdziwa sugestia” czy „bezpodstawne zarzuty”.
Mnie natomiast zastanawia, skąd pracujący w resorcie dysponowali już w dniu ukazania się artykułu tak rozległą wiedzą na temat tego, co tak naprawdę wydarzyło się ładnych parę miesięcy temu w jednym z setek sądów rejonowych w Polsce, oddalonym od stolicy kilkaset kilometrów. Ja oparłam się na dokumentach, które studiowałam w Sądzie Najwyższym. Czyżby więc ktoś z ministerstwa również pofatygował się na plac Krasińskich i tak jak ja skrupulatnie przeanalizował akta, po czym doszedł do odmiennych wniosków niż te przedstawione w artykule? Byłoby to dość problematyczne, bo akurat w dniu publikacji dostęp do nich mógł być mocno ograniczony. W tym właśnie dniu w SN odbywało się w tej sprawie posiedzenie i zapewne sędzia orzekający miał akta przy sobie. No ale wiadomo – dla chcącego nic trudnego! Zresztą nie śmiem niczego innego sugerować. W przeciwnym razie trzeba by było uznać, że resort sprawiedliwości oparł swoje wnioski na tym, co usłyszał bezpośrednio od prezesa SR w Olsztynie, a więc od osoby bezpośrednio zainteresowanej zamieceniem całej sprawy pod dywan. To przecież niemożliwe. Wszyscy przecież wiemy, że tak poważnej instytucji jak Ministerstwo Sprawiedliwości zależy tylko i wyłącznie na tym, aby sądy działały sprawnie, a przede wszystkim transparentnie.
Tak się jednak zdarzyło, że dwie godziny po rozesłaniu przez resort oświadczenia otrzymałam w drodze dostępu do informacji publicznej uzasadnienie postanowienia SN o przeniesieniu spornej sprawy z olsztyńskiej jednostki do SR w Ostródzie. W jego treści można przeczytać o nagromadzeniu „domniemanych błędów” na etapie wyznaczania składu sądowego w organizacji losowania sprawy. Pisząc o tym, SN powołuje się również na dokument, o którym była mowa w artykule (chodzi o notatkę zastępcy kierownika sekretariatu wydziału II karnego SR w Olsztynie, w której stoi, że wyłączenie prezesa i wiceprezesa olsztyńskiego sądu z losowania nastąpiło na polecenie służbowe tego pierwszego). SN przypomina przy tym, że przenoszenie spraw z sądu do sądu to naprawdę rzadkość. Zdarza się to jedynie wówczas, gdy „występują realne okoliczności, które mogą zasadnie stwarzać przekonanie o braku warunków do obiektywnego rozpoznania sprawy w danym sądzie oraz o tym, że tylko przekazanie sprawy stworzy lepsze możliwości do trafnego rozstrzygnięcia w przedmiocie tego procesu”. W tym przypadku najwyraźniej takie okoliczności wystąpiły.
Tak więc moim skromnym zdaniem w zaistniałej sytuacji resort sprawiedliwości ma tylko dwa wyjścia – albo zacznie rozsyłać kolejne oświadczenie, tym razem twierdząc, że także postanowienie SN pełne jest insynuacji i nieprawdziwych sugestii, albo sprawę w końcu potraktuje poważnie i w ramach nadzoru zbada, co wyczynia w olsztyńskim sądzie jego nominat. W przeciwnym wypadku piętnowanie dziennikarza, który całą sytuację opisał, będzie już nie tylko – mówiąc delikatnie – przegięciem, ale dowodem na uprawianie kolesiostwa i zwykłą hipokryzją.