Kiedy rozmawia się z sędziami na temat obecnej Krajowej Rady Sądownictwa, często słyszy się zarzut, że niemal wszyscy członkowie tego organu to sędziowie sądów rejonowych. Pojawia się również sugestia, że sytuacja ta do końca kadencji ulegnie zmianie.
Ujmując to wprost: z czasem wszyscy członkowie awansują do sądów wyższego rzędu, niektórzy być może nawet do Sądu Najwyższego. Do niedawna nie traktowałam tych głosów zbyt poważnie. Ot, zwykła złośliwość, być może podszyta odrobiną zazdrości. Zmieniłam zdanie w zeszłym tygodniu, kiedy to posłowie na chybcika, wieczorową porą, dorzucili poprawki do jednego z projektów dotyczących sądownictwa. W efekcie z ustawy o KRS zniknie przepis, zgodnie z którym mandat sędziego sądu powszechnego w radzie wygasa m.in. wówczas, gdy zostanie on powołany do SN.
Autorzy poprawki tłumaczyli, że to konsekwencja niedawno dokonanej zmiany modelu wyboru członków KRS. „(...) dalsze obowiązanie przepisu, zgodnie z którym sędzia wybrany do Krajowej Rady Sądownictwa w przypadku powołania na inne stanowisko sędziowskie zachowuje mandat członka Rady jedynie wówczas, jeżeli pozostaje w obrębie tej samej grupy, nie znajduje uzasadnienia i przepis ten należy uchylić” – argumentowali. I, muszę przyznać, że zabili mi niezłego ćwieka. Od razu stanęli mi przed oczami przedstawiciele prezydenta i resortu sprawiedliwości, którzy z zapałem przekonywali, że poprzedni model wyłaniania członków KRS był niedobry, bo przez niego sędziowie rejonowi, choć są najliczniejszą grupą, nie są w odpowiedni sposób w tym organie reprezentowani. Widać teraz rządzący uznali, że przedstawicielstwo to nie musi mieć charakteru stałego – wystarczy, gdy można o nim mówić chociaż w momencie dokonywania wyborów do KRS.