Znając historię demontażu Trybunału Konstytucyjnego, z łatwością można wskazać moment, w którym posłowie stracą zainteresowanie grzebaniem w ustawach dotyczących wymiaru sprawiedliwości. Będzie to dzień odejścia z Sądu Nawyższego Małgorzaty Gersdorf.
Obserwując zeszłotygodniową legislacyjną galopadę w Sejmie (mającą na celu dokonanie kolejnych zmian w ustawach o Sądzie Najwyższym i Krajowej Radzie Sądownictwa), czułam się niczym bohater znanego filmu „Dzień świstaka”. Widząc, jak posłowie składają kolejne poprawki do dopiero co uchwalonej noweli, a także poprawki do poprawek mające „poprawić” uchwaloną zaledwie kilka miesięcy temu nową ustawę o SN, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że już to kiedyś przeżyłam. Nawet pora – późne godziny wieczorne – była podobna. Powtórzyła się również obsada przedstawienia – ci sami posłowie opozycji krzyczący po raz kolejny o końcu niezależnego wymiaru sprawiedliwości i oczywiście Stanisław Piotrowicz w roli przewodniczącego komisji, który zawsze wie, kiedy jest najlepszy moment, aby wyłączyć mikrofon. Zmieniło się tylko jedno – wróg, przeciwko któremu wytoczono najcięższe działa legislacyjne i którego unicestwieniu poświęcono tyle sił i środków.
Osoby, które bacznie śledziły to, co się działo w Sejmie pod koniec 2015 r. i przez niemal cały 2016 r., pewnie miały podobne odczucia. Wówczas bowiem byliśmy świadkami łudząco podobnej akcji. Wówczas również składano projekt za projektem, na złamanie karku wprowadzano poprawki do poprawek, aby zablokować TK możliwość dokonania oceny poprzednio uchwalonych ustaw i umieścić w tym organie trzech nadprogramowych sędziów, dziś pieszczotliwie nazywanych dublerami. Dzięki tym zabiegom PiS uzyskał przewagę w TK dużo wcześniej, niż chciał tego ustrojodawca. Legislacyjna gorączka, o której piszę, zakończyła się pod koniec grudnia 2016 r., czyli niemal dokładnie wtedy, gdy z trybunału odszedł ówczesny naczelny wróg rządzących, czyli stojący na jego czele Andrzej Rzepliński.
Reklama
Teraz zapewne będzie podobnie i zapał posłów do uchwalania kolejnych noweli nowelizujących nowele dotyczące SN zacznie opadać gdzieś w okolicach lipca. Trzeciego dnia tego miesiąca zakończy się trzymiesięczny ustawowy okres, w jakim sędziowie SN mogą orzekać, mimo że osiągnęli 65. rok życia. A skutkiem będzie wygaśnięcie kadencji I prezes SN. Innymi słowy: koniec z rządami prof. Małgorzaty Gersdorf. Można więc zakładać, że od tego momentu w kwestii SN zapadnie okres względnej ciszy. Przynajmniej w parlamencie. Ustawodawca nagle uzna, że obowiązujące w tej kwestii przepisy są świetnie napisane, że nie ma już potrzeby ich poprawiania i należy je stosować bez mrugnięcia powieką.
Wniosek ten nasuwa się sam, gdy przyjrzymy się pod kątem merytorycznym zeszłotygodniowym decyzjom Sejmu. Niemal wszystkie zmierzały tylko do tego, aby na te dwa i pół miesiąca, które jej zostały, związać prof. Gersdorf ręce. I projektodawcy nawet się z tym nie kryli. Otwarcie mówili m.in. o tym, że zmiany są po to, aby uniemożliwić obecnemu zgromadzeniu ogólnemu sędziów SN wybór kandydatów na I prezesa SN. W tym celu wprowadzili przecież przepis, który stanowi, że gdyby prof. Gersdorf dobrowolnie lub z powodów zdrowotnych odeszła, z takim wyborem trzeba poczekać do momentu, aż w SN zasiądzie 110 sędziów. Obecnie natomiast jest ich niecała setka.

Reklama
W zeszłym tygodniu gra toczyła się jednak nie tylko o Sąd Najwyższy. Aż do piątku w puli był także inny ważny organ wymiaru sprawiedliwości, a mianowicie Krajowa Rada Sądownictwa. Do tego dnia bowiem nie było wiadomo, czy będzie ona mogła ruszyć z pracami. Wszystko dlatego, że przepisy stanowią, że gdy KRS nie ma przewodniczącego, pierwsze jej posiedzenie zwołuje właśnie I prezes SN. No i do niedawna szefowa SN się z tym nie kwapiła. Coś się jednak zmieniło: w piątkowe popołudnie prof. Gersdorf postanowiła popsuć senatorom zabawę i niespodziewanie ogłosiła, że zwoła posiedzenie rady na 27 kwietnia. Senat miał właśnie zacząć prace nad przygotowanym przez posłów rozwiązaniem, zgodnie z którym, gdyby szef SN nie zwołał posiedzenia w celu wyboru przewodniczącego KRS, uprawnienie to miało przechodzić na sędziego lub sędziego w stanie spoczynku, który jest najstarszym członkiem KRS. Gdyby i to okazało się niemożliwe, to obowiązek ten miał spocząć kolejno na najstarszych wiekiem członkach rady będących sędziami lub sędziami w stanie spoczynku, aż do momentu jego realizacji. Gdy się czytało te propozycje posłów, nie można się było oprzeć wrażeniu, że były one pisane pod konkretną osobę, a mianowicie Wiesława Johanna, który nie dość, że jest obecnie najstarszym wiekiem sędzią w radzie, to jeszcze jest w stanie spoczynku. I znów nasuwa się analogia do TK. Pod koniec 2016 r. Sejm przyjął bowiem zmianę, na mocy której obradom Zgromadzenia Ogólnego Sędziów TK zwołanym w celu wyłonienia kandydatów na nowego prezesa przewodniczyć miał sędzia najmłodszy stażem. To była zmiana o 180 stopni, gdyż poprzednia ustawa stanowiła, że funkcja przypadała sędziemu najstarszemu wiekiem uczestniczącemu w zgromadzeniu ogólnym. Zmiana oznaczała więc, że obrady prowadzić miał nie Stanisław Rymar, zaliczany do tzw. starych sędziów TK, lecz wybrany przez obecny Sejm prof. Zbigniew Jędrzejewski, który kadencję zaczął zaledwie kilka miesięcy wcześniej. To była bardzo istotna decyzja parlamentu, gdyż właśnie w gestii przewodniczącego leży np. decyzja o przerwaniu obrad zgromadzenia.
Wróćmy jednak do wątku SN. Piątkowa decyzja prof. Gersdorf z pewnością była szokiem także, a może przede wszystkim, dla środowiska sędziowskiego. Podkreślano, że w ten sposób dochodzi do legitymizowania organu, który zdaniem wielu ekspertów został obsadzony niezgodnie z ustawą zasadniczą. I to nawet jeżeli sama I prezes SN twierdzi inaczej.
Do tego argumentu warto dorzucić jeszcze jeden. Otóż w krajach, w których istnieje trójpodział władz, nie wszystko jest zapisane w prawie wprost. Istnieje jeszcze coś takiego jak mechanizm check and balance. I choć próżno szukać o nim przepisów w jakimkolwiek akcie prawnym, to jest on głęboko zakorzeniony w wielu ustawach. Dowodem niech będzie właśnie rozwiązanie z ustawy o KRS, zgodnie z którym w sytuacjach kryzysowych, gdy rada zostaje bez swego pasterza, to właśnie nie kto inny niż I prezes SN zwołuje posiedzenie w celu wyboru nowego przewodniczącego. Dzięki temu istnieje zabezpieczenie, że żaden inny organ władzy ustawodawczej i wykonawczej nie będzie mieć wpływu na dobór szefa organu, który ma strzec niezależne sądownictwo przed zapędami tychże władz. Cóż, prof. Gersdorf najwyraźniej jednak postanowiła nie skorzystać ze swoich możliwości i nie pokazać nam, jak w praktyce działa mechanizm check and balance. Zresztą wszystko to i tak zdaje się zbędną dygresją w kraju, w którym członków KRS wybierają politycy. A skoro mowa o radzie. Organ ten ma teraz dla polityków PiS kluczowe znaczenie. Bez niego bowiem nie da się obsadzić SN nowymi sędziami. Nie ruszyłyby również dwie nowe izby – dyscyplinarna oraz kontroli nadzwyczajnej i spraw publicznych. Pośpiech posłów przestaje dziwić. Z podobnym mieliśmy zresztą do czynienia pod koniec kadencji poprzedniej ekipy rządzącej. Oni również na chybcika, stosując niezbyt udany legislacyjny fortel, próbowali dorzucić do TK dwóch nadprogramowych sędziów. Nie udało się i koalicja PO–PSL musiała za to słono zapłacić. Co więcej, dała paliwo obecnym rządzącym do „reformowania” trybunału. Ta sytuacja oraz to, co dzieje się obecnie w Sejmie, pokazuje, że progiem, o który prędzej czy później potknie się każda ekipa rządząca starająca się urzeczywistnić swą wolę, nie bacząc na żadne reguły i zasady, jest konstytucja. Odbicie zawartych w niej reguł znajdujemy w niemal wszystkich aktach prawnych, a szczególnie widoczne są one w tych ustawach, które regulują kwestie ustrojowe. Tak więc nawet jeżeli politycy odniosą doraźny sukces, uchylając czy zmieniając jakieś pojedyncze przepisy, a nawet całe ustawy dotyczące wymiaru sprawiedliwości, aby zyskać większą nad nim władzę, zza rogu wychynie kolejna regulacja, która ma na celu zagwarantowanie trójpodziału władz i tym samym stanie rządzącym na drodze. PiS – w przeciwieństwie do swoich poprzedników – odrobił jednak lekcje. Zrozumiał, że wyjścia z tej patowej sytuacji są dwa: albo zmienić konstytucję, albo dokonać wymiany kadry na taką, która tej konstytucji nie widzi lub patrzy na nią przez palce. I, z czystego pragmatyzmu, wybrał to drugie.