Dużo się dowiaduję i szybko zapominam. Dlatego gdy przypominam sobie, że reprywatyzacyjne przekręty miały miejsce pięć lat temu, a niektóre i dekadę temu, traktuję je jak historię. Teraz na czasie jest rozliczanie afery, a nie szukanie jej kolejnych ogniw. Ponadto, przecież skoro wszyscy już wiemy, jak wyglądał mechanizm, nikt by go nie powtórzył. Prawda?

Otóż nieprawda. Z pełnym przekonaniem ośmielę się stwierdzić, że mamy do czynienia z kolejnym etapem afery reprywatyzacyjnej. Mniej widowiskowym, bo opartym na zamiataniu brudów pod dywan, ale równie istotnym.

W czym rzecz? Otóż w zeszłym tygodniu opisaliśmy na łamach DGP („Stołeczny ratusz wbrew interesowi publicznemu”, 24 maja 2018 r.) historię postępowania reprywatyzacyjnego dotyczącego stołecznej nieruchomości przy ul. Odolańskiej 7. Została ona zwrócona – wszystko na to wskazuje – niezgodnie z prawem. I to jest pierwszy etap afery reprywatyzacyjnej.

Z drugim mieliśmy do czynienia w połowie 2017 r., czyli niespełna rok temu. Już w najlepsze po wyrzuceniu przez prezydent Hannę Gronkiewicz-Waltz urzędników, którzy robili przekręty, po rozwiązaniu Biura Gospodarki Nieruchomościami.

Nowi urzędnicy postanowili ukrywać brudy starych. I przekonują, że nic się nie stało.

Proszę sobie wyobrazić, że Samorządowe Kolegium Odwoławcze wydało korzystną dla miejskiego majątku decyzję. Stwierdziło, że zwrot kamienicy przy ul. Odolańskiej 7 sprzed lat był dokonany z rażącym naruszeniem prawa. Mówiąc kolokwialnie, SKO się „przejechało” po ratuszu. Ale zarazem stworzyło wykładnię przepisów niebywale korzystną dla urzędników. Ci bowiem przez lata mówili, że nieruchomości oddawać nie chcieli, ale musieli, bo „takie było orzecznictwo”. Orzeczenie SKO stanowi zaś przeciwieństwo tego, co było złe. Organ zwierzchni wobec prezydent Warszawy wskazał jasno: oddawać nieruchomości nie należy. Choć decyzja dotyczyła tylko jednej kamienicy, to z uzasadnienia wynika, że analogiczne podejście należałoby zastosować w innych sprawach.

Wydawać by się mogło, że w magistracie szampan będzie lał się strumieniami. Do każdej przyszłej decyzji reprywatyzacyjnej wystarczy skopiować fragment uzasadnienia orzeczenia SKO – i odmowa wydania nieruchomości gotowa. Wtedy gdyby nawet ktoś narzekał, urzędnicy mogliby wykorzystać starą śpiewkę: „takie jest orzecznictwo”.

Ale w magistracie zrobiono coś niepojętego. Pracownicy wydziału spraw dekretowych zaczęli szukać sposobu na zaskarżenie decyzji kolegium. Tym samym uznali, że chcą dalej stosować wyroki i decyzje niekorzystne dla miejskiego majątku, a nie te korzystne. Pokazując obrazowo, załóżmy, że adwokat ma przed sobą dwa wyroki Sądu Najwyższego. Jeden dobry dla jego klienta i jeden zły. Ten dobry wrzuca do niszczarki, a gdy idzie do sądu, opowiada szeroko o tym złym. Właśnie to postanowili zrobić warszawscy urzędnicy. Gdy zaś to odkryłem, zaczęli mnie okłamywać. Należy bowiem wiedzieć, że prezydent Warszawy (pierwsza instancja) nie może zaskarżyć decyzji SKO (druga instancja). Zrobić to mógłby rzecznik praw obywatelskich. I gdy w ręku miałem papier z biura RPO, że ratusz zwrócił się z prośbą o zakwestionowanie korzystnej dla miasta decyzji, urzędnicy magistratu przekonywali mnie, że wcale z taką prośbą do Adama Bodnara się nie zwracali.

– Ale ja mam na to papier. Są skany pism – powiedziałem.

– Mmmhhhhmmm... Yyyy... No to... Jest tyle spraw, że o tym zapomnieliśmy – usłyszałem w odpowiedzi.

Na szczęście RPO odpisał wiceprezydentowi Warszawy Witoldowi Pahlowi, że mu nie pomoże. A to dlatego, że interwencja w interesie prezydenta miasta nie byłaby interwencją w interesie obywateli.

Szkoda, że Hanna Gronkiewicz-Waltz – bo przecież to ona ponosi odpowiedzialność za swoich podwładnych – zapomniała o prostej zasadzie: że w interesie urzędników jest to, co leży w interesie obywateli. A nie jest wcale tak, że w interesie obywateli powinno być to, co jest w interesie magistratu.