Mam psa. Maltańczyka. A właściwie maltankę. To taka mała biała kulka. Wożę ją po Polsce, głównie pendolino. Zgodnie z regulaminem przewozu zwierząt w pociągach PKP Intercity mogę psu kupić bilet. Ale nie muszę, jeśli przewiozę go w „odpowiednim pojemniku” (definiowanym jako „klatka, pudło, kosz itp.”; co to znaczy „odpowiedni” – nie wiem). Wkładam więc swoją kulkę do torby naręcznej i trzymam na kolanach. Psina wyrosła nadmiernie, więc w torbie wygląda tak jak ja w jeansach w rozmiarze 34.
Każde spotkanie z konduktorem to nowe przeżycia.
Pociąg do Gdyni: „Powinien pan trzymać psa w zamkniętym kontenerze. Tym razem nie wystawię dodatkowego biletu, ale żeby mi to było ostatni raz”.
Pociąg do Krakowa: „Powinien pan trzymać psa w przestrzeni na bagaż. Tym razem nie wystawię dodatkowego biletu, ale żeby mi to było ostatni raz”.
Reklama
Pociąg do Wrocławia: „Dziękuję, życzę przyjemnej podróży”.

Reklama
Pociąg do Olsztyna: „Powinien pan kupić większą torbę, bo w tej pies się nie mieści. Tym razem nie wystawię dodatkowego biletu, ale żeby mi to było ostatni raz”.
Co konduktor, to inna wersja. Co konduktor, to inna interpretacja jednego i bynajmniej po drodze niezmienianego regulaminu. I wreszcie co konduktor, to ostatecznie mrugnięcie okiem i zarazem – by nikt nie posądził pracownika kolei o działanie na szkodę spółki – napomnienie o ostatnim razie. Nikt się przecież nie chce spierać o to, jak powinien wyglądać „odpowiedni pojemnik”. I każdy doskonale wie, że żaden właściciel małego psa nie zgodzi się go wrzucić między walizki.
Nie mam nic do obsługi konduktorskiej w pociągach pendolino. To mili panowie i sympatyczne panie. Jak w soczewce jednak skupiają w swym zachowaniu podejście Polaków do prawa. Nie tylko konduktorów. Polityków, którzy to prawo stanowią, oraz zaufanych menedżerów państwa także.
W DGP tropimy prawnicze absurdy. Wielokrotnie znajdowaliśmy w ustawach przepisy głupie. Odnajdowaliśmy też regulacje wzajemnie się wykluczające. I odpowiedź polityków i urzędników, których pytaliśmy o to, jak przeciętny obywatel ma się do tych głupot stosować, najczęściej brzmiała tak: „spokojnie, my tego przepisu nie będziemy stosowali”.
Przykład polskiemu urzędnikowi dają ci, którzy są na samej górze drabinki administracji publicznej. Żeby nie być gołosłownym...
Kontrowersyjne prawo łowieckie i działania ministra środowiska Henryka Kowalczyka. Jak poinformowała „Wirtualna Polska”, Kowalczyk w piśmie do szefa związku łowieckiego zwrócił się z prośbą, by myśliwi dogadywali się z rolnikami na podstawie ogólnych przepisów kodeksu cywilnego, a nie nowych, teoretycznie specjalnie uchwalonych między innymi w tym celu, regulacji prawa łowieckiego. Powód jest prozaiczny: choć ustawa weszła w życie, to resorty środowiska i rolnictwa różnie ją oceniają. I dopóki politycy się nie dogadają, czy powinno zostać tak, jak jest, czy też niezbędna jest nowelizacja, wolą, aby rynek zdecydował za nich.
Jeszcze weselej było z rozliczaniem podatku przez osoby, które w 2017 r. obracały kryptowalutami. Na początku kwietnia Ministerstwo Finansów opublikowało informację, że od każdej transakcji podatnicy powinni zapłacić podatek od czynności cywilnoprawnych. Doprowadziłoby to do tego, że wiele osób, które na obrocie bitcoinami zarobiły w zeszłym roku kilka tysięcy złotych, musiałoby zapłacić daninę w wysokości przekraczającej 1 mln zł. No to resort finansów wymyślił, że (uwaga, to jest mocne, ale nie zmyślam) kto chce, może podatek zapłacić! A jak ktoś nie chce, to urzędnicy zobaczą, czy nie chce słusznie, czy niesłusznie. I jak nie chce słusznie, to nie wyciągną konsekwencji.
Przykład kolejny: energetyka. Wiceminister energii Grzegorz Tobiszowski na posiedzeniu jednej z sejmowych podkomisji przed kilkoma tygodniami wyjaśnił mającym wątpliwości posłom, że bezpośrednio po uchwaleniu ustawy ministerstwo rozpocznie rozmowy na temat poprawek do niej i przeprowadzi konsultacje, tak by do końca roku złożyć projekt nowelizacji tego, co za chwilę przegłosują posłowie (o słowach Tobiszowskiego jako pierwsza poinformowała na Twitterze Magda Graniszewska z „Pulsu Biznesu”).
Wiceminister energii miał od kogo czerpać wzorce. W grudniu 2014 r. na łamach DGP wyśmialiśmy słowa ówczesnego wiceministra zdrowia Igora Radziewicz-Winnickiego. Na zarzuty posłów, że resort chce wprowadzić drakońskie prawo, minister odpowiedział, że „biorąc pod uwagę częstotliwość nowelizacji prawa farmaceutycznego, warto zobaczyć, jak przepis będzie funkcjonował w praktyce. Jeżeli dojdzie do sytuacji nękania pojedynczych firm farmaceutycznych, to będziemy dyskutowali nad kolejną zmianą”. Jak się okazało, potrzeby nowelizacji w tym zakresie jednak nie było, bo w kilka tygodni po uchwaleniu regulacji Ministerstwo Zdrowia wydało interpretację, która sprowadzała się do tego, by części nowych przepisów w ogóle nie stosować.
Podobnie zrobiono z niedawno uchwaloną nowelizacją ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej. Chodzi o przepisy karne pozwalające karać obywateli całego globu za głoszenie nieprawdy o polskim udziale w Holokauście, tworzeniu obozów zagłady i innych wojennych przestępstwach. Gdy tylko wybuchła międzynarodowa afera dotycząca jednego z przepisów, parlament szybko go przepchnął. Bo – jak wyjaśniał marszałek izby wyższej Stanisław Karczewski – liczono na to, że uchwalenie ustawy ostudzi emocje. Nie ostudziło. Dlatego z Ministerstwa Sprawiedliwości wyszedł komunikat, że choć przepis jest, to nie będzie stosowany. Nie ma więc powodu do obaw.
A ja się boję, bo takie podejście to psucie prawa, a zarazem zagrożenie dla obywateli. Z jednej strony, akceptując polityczno-urzędniczą narrację, że przepis jest, ale niestosowany, zgadzamy się na fuszerkę. Przepisy powinny być precyzyjne, odpowiadać potrzebom, wzajemnie się nie wykluczać. Powinny być rygorystyczne jedynie na tyle, na ile to potrzebne (a nie na zapas). Jeśli takie nie są, to ich po prostu być w ogóle nie powinno. Tak jak się ściąga źle położone kafelki, by je położyć dobrze, albo wyrzuca wizytówki z błędem w nazwisku oraz niewłaściwym numerem telefonu, tak w koszu powinno lądować niedoskonałe prawo. A wprowadzane w życie powinno być dopiero w wersji, w której każdy może je stosować.
Z drugiej strony, gdy akceptujemy, że niestosowany przepis pozostaje w systemie, ryzykujemy. A gdyby któregoś dnia resort zdrowia zmienił narrację i postanowił stosować drakońskie dla producentów leków przepisy? Może zapał ministra Tobiszowskiego okazałby się słomiany i nowelizacja kiepskich przepisów nigdy nie weszłaby w życie? A może Ministerstwo Sprawiedliwości zmieni zdanie i uzna, że na podstawie niedookreślonego przepisu karnego ustawy o IPN należy ludzi ścigać?
Prawo powinno być przewidywalne – banał, który warto powtarzać. Obywatel musi wiedzieć, co mu wolno, a czego nie wolno. Powinien móc bez trudu ustalić, czy w danej sytuacji postępuje legalnie czy nie.
A wychodzi na to, że wszyscy pogodziliśmy się z tym, że w polskich przepisach jest ogrom nonsensu lub co najmniej niejasności. I przyjęliśmy, że najłatwiej tego prawa po prostu nie stosować. Można i tak, ale żeby mi to było ostatni raz.