Ten, kto nie poszedł do sądu, od razu przegrał. Nie wystarczy mieć rację, trzeba jeszcze umieć to pokazać, wyłożyć karty na stół. I wytrzymać presję
W pewnej starej bibliotece na półce stała książka. Nie wiem o czym, ale jej tytuł zawsze mnie fascynował: „Między ustami a brzegiem pucharu”. Podobała mi się zawarta w nim sugestia, że między jednym a drugim, z natury rzeczy bliskim sobie, może się jeszcze wiele zdarzyć i zmieścić. Podobnie dzieje się między prawem a sprawiedliwością. Ktoś mógłby powiedzieć: „Niestety”. A ja przekornie i z przekonaniem mówię: „Stety, stety”. Na tym polega wymiar sprawiedliwości: jest tym wszystkim, co się może zdarzyć między ustami a brzegiem pucharu. Zilustruję to opowieścią o pewnym oszuście. Dla ułatwienia narracji opowiem tę historię w osobie pierwszej, tak jakbym to ja była prawniczką z tej opowieści.
Otóż pewnego dnia na horyzoncie pojawia się Starsza Pani i prosi o pomoc. Opowiada mi: pięć lat temu zawarła umowę przedwstępną zamiany mieszkań. Swojego, większego, wykupionego od gminy z bonifikatą, na mniejsze, spółdzielcze własnościowe. Do zamiany nie mogło dojść od razu, bo takie są warunki udzielenia bonifikaty. Do tego zamieniający użyczyli sobie wzajemnie tych mieszkań. Właściciel mniejszego mieszkania, jak na razie obciążonego hipoteką, nazwijmy go panem Tomaszem, zapraszał potem Starszą Panią od czasu do czasu, w ciągu tych pięciu lat, na kolację w drogiej restauracji, żeby jej sprawić przyjemność. Pytał, jak zdrowie, czy się jej dobrze mieszka, czy syn nadal za granicą i jak sobie radzi sama w życiu. W ostatnich miesiącach, kiedy to zbliżał się termin zawarcia ostatecznej umowy zamiany, napomknął coś o tym, że może zatrzymałby obydwa mieszkania, a Starszej Pani dopłacał do tysiączłotowej emerytury dwie, trzy stówki. Starsza Pani grzecznie podziękowała za propozycję, ale odmówiła.
Agnieszka Damasiewicz / Dziennik Gazeta Prawna
Reklama
Na kolejnej takiej kolacji, już bardzo blisko upływu pięciu lat, po których miałoby dojść ostatecznie do zamiany, propozycja się powtórzyła. Z jednym dodatkiem: po odmowie pan Tomasz westchnął ciężko i zapytał Starszą Panią, jak sobie poradzi z koniecznością zapłaty dziesięciu tysięcy podatku. Starsza Pani zaniepokoiła się: „Nic nie wiedziałam o żadnym podatku. To może ja zapytam jakiegoś prawnika, co zrobić?”. Tym razem zaniepokoił się pan Tomasz: „Po co pani prawnik? Prawnik jest tu zupełnie niepotrzebny”.

Reklama
Ale Starsza Pani nie jest już tą samą osobą co pięć lat temu: wtedy po operacji kręgosłupa, z umierającym mężem w śpiączce, z monitami z gminy w sprawie zadłużenia, ze zdiagnozowaną depresją, bez rodziny, nieszczęśnica nieświadomie wyglądająca kogoś, kto rozjaśni horyzont... Dziś Starsza Pani nadal choruje, nadal leczy się na depresję, ale męża już dawno pochowała, gmina do niej nie pisze, więc może myśleć nieco jaśniej, nieco czyściej, na ile antydepresanty pozwalają na spojrzenie na świat w nieco delikatniejszych szarościach niż zwykle. Dlatego jednak postanowiła zapytać prawnika. Czyli mnie.
Sprawdzam. Żadne podatki się nie należą w jej sytuacji. A nawet gdyby, umowa przedwstępna przewiduje, że wszelkie podatki pokryje pan Tomasz. Zaświtało mi, że chciał ewentualnie zgarnąć oba mieszkania, jedno na zamianę, drugie za „dwie, trzy stówki” miesięcznie, do końca życia schorowanej siedemdziesięciopięciolatki. No, moralnie średnie, ale naruszenia jeszcze nie ma. To była tylko propozycja. Niepokoi mnie jednak, że w drugim rozdaniu ta oferta stała się czymś na kształt propozycji nie do odrzucenia, popartej argumentem o rzekomych podatkach do zapłacenia. Czytam umowę od deski do deski. Niby nic. Liczę kwoty i.... jej mieszkanie warte 422 tys. zł, jego 255 tys. zł. Różnica w wartości 167 tys. zł. On wpłaca 10 proc. wartości w celu wykupu od gminy, spłaca dług w gminie, obiecuje na koniec dopłacić 5 tys. zł. Razem ponosi koszty 65 tys. zł. Gdzie, u diabła, podziały się 102 tys.? To jedna czwarta wartości mieszkania Starszej Pani.
Przemknęło mi przez myśl, że przynajmniej wyjaśnia się, skąd pomysł na te „opiekuńcze” obiadki. Tak naprawdę to były obiadki kontrolne, żeby sprawdzić, czy nikt się nie zorientował, że podczas zamiany zniknęło 25 proc. wartości mieszkania. Oglądam umowę ze wszystkich stron. Szukam czegoś, co by uzasadniało zatrzymanie w kieszeni pana Tomasza ponad stu tysięcy w charakterze tajemniczego bonusu z transakcji. Nic.
Nie chcę człowieka oskarżać o oszustwo tak z marszu. Pytam Starszą Panią. Mówi, że sytuacja była straszna, a pan Tomasz tak się nią dobrze zajął, wahał się, czy zamienić się mieszkaniami, ale w końcu się zgodził, obiecał, że w gminie wszystko sam załatwi, więc dała mu pełnomocnictwo, chwalił ją, że dobrze robi, bo gdyby nie ta zamiana, to gmina by ją eksmitowała w ciągu tygodnia. (Skąd facet to wziął? Tydzień od wezwania do zapłaty do eksmisji? Westernów się naoglądał, czy co?).
Starsza Pani opowiada spokojnie. Mówi, iż wie, że to było nieładnie z jego strony, że tyle zatrzymał dla siebie, ale ona nie miała wyjścia i trudno. Postanawiam skontaktować się z notariuszem, który spisywał tę umowę. Może powie mi coś więcej o okolicznościach jej zawarcia. Wyszukuję kancelarię, dzwonię. Nie ma takiego numeru. Kilka telefonów i okazuje się, że nie ma także takiego adresu ani takiego notariusza. Nie pracuje już w zawodzie. Niczego się nie dowiem, ale sprawa robi się coraz bardziej w kierunku Sherlocka Holmesa.
Postanawiam się spotkać z panem Tomaszem. Przybywa. Spotkanie trwa 45 minut. Przez cały ten czas człowiek ów zawodowo kłamie. Przeczytał w jakimś poradniku, że jak ktoś kłamie, to unika kontaktu wzrokowego. Wziął sobie do serca, przećwiczył i poskutkowało: przez trzy kwadranse wytrzeszcza na mnie oczy, prawie nie mruga. Robi mi się nieswojo. Oczy mu nie wysychają? No, mniejsza z tym. Przystępujemy do gry. Udaję głupiego i mówię mu, że Starsza Pani zaniepokojona jest jakimś podatkiem czy opłatą i poprosiła mnie o wyjaśnienie sprawy. Że nie miałam co prawda czasu czytać umowy (tu ja kłamię, ale nie wytrzeszczam oczu), przeczytam ją później, jak dostanę, ale może da się od razu wyjaśnić, w czym rzecz.
Zaczyna się koncertowe kręcenie. „Że to pomyłka, oczywiście nie ma żadnego podatku”. (Z czego ona wynikała?) „Bo notariusz wprowadził mnie w błąd”. (Kiedy? Teraz?) „Nie, pięć lat temu”. (To dlaczego ta kwestia pojawiła się dopiero teraz?). „Bo sobie zapomniałem o tym i dopiero teraz, czytając umowę, się zorientowałem”. Pętla zaczyna się zacieśniać. Chcę zobaczyć, co zrobi, przyciśnięty do muru. Pytam wprost, dlaczego w takim razie sugerował, że Starsza Pani ma zapłacić ten podatek, skoro umowa, z tego, co słyszałam, obciąża go obowiązkiem zapłaty wszelkich kosztów i podatków. „Bo nie czytałem umowy ... (O!? Wpadka?) ...aż tak dokładnie”.
Przez całe 45 minut siedziałam na dwóch koncertach. Fortepianowym, w głębi kawiarni, i drugim kłamstw, tuż przed moim nosem. Kończymy spotkanie, nadal z pełną kurtuazją. Mówię, że w takim razie przeczytam umowę i wtedy porozmawiamy (muszę się zastanowić, co zrobić ze swoimi odkryciami). On się zgadza i mówi, że też doczyta i zgłosi się do mnie. Śliczne pożegnanie.
Wyskakuję z kawiarni jak z procy. Otrząsam się ze wstrętem z powodu tak bliskiej obecności szui. Klnę w duchu. Wściekam się. A potem uspokajam. Trzeba myśleć profesjonalnie. Zapada cisza. Antrakt pierwszy.
Mija kilka tygodni. Pan Tomasz milczy. Ja studiuję orzecznictwo na temat art. 58 par. 2 kodeksu cywilnego: „Nieważna jest czynność prawna sprzeczna z zasadami współżycia społecznego”. Mam jeszcze art. 388 kodeksu cywilnego: „Jeśli jedna ze stron, wyzyskując przymusowe położenie, niedołęstwo lub niedoświadczenie drugiej strony, w zamian za swoje świadczenie przyjmuje albo zastrzega dla siebie lub dla osoby trzeciej świadczenie, którego wartość w chwili zawarcia umowy przewyższa w rażącym stopniu wartość jej własnego świadczenia, druga strona może żądać zmniejszenia swego świadczenia lub zwiększenia należnego jej świadczenia, a w wypadku gdy jedno i drugie byłoby nadmiernie utrudnione, może ona żądać unieważnienia umowy”. Kłopot w tym, że „Uprawnienia powyższe wygasają z upływem lat dwóch od dnia zawarcia umowy”. Umowa przedwstępna była zawarta pięć lat wcześniej. Choć z drugiej strony zobowiązuje do zawarcia umowy przyrzeczonej teraz, więc pytanie, czy do tej przyrzeczonej, zawieranej teraz można zastosować przepis o wyzysku, czy ten z pięćdziesiątki ósemki. Do rozważenia. Tymczasem jednak Starsza Pani, ni stąd, ni zowąd, otrzymuje wezwanie do stawienia się w kancelarii w określonym dniu i o określonej godzinie w celu zawarcia umowy zamiany.
I to jest początek cyrkowego tournee, z akrobacjami i piosenkami oraz wygłupami klaunów. Tak można opisać następne kilkanaście tygodni – wezwania, spotkania, także u notariusza, gdzie okazuje się, że nawet gdyby umowa była ważna, to pan Tomasz nie ma odpowiedniego oświadczenia z banku o zgodzie na przeniesienie hipoteki z dotychczasowego mieszkania na zamieniane. Potem znów „zapomniał” przynieść weksel, którego zażądał przy zawieraniu umowy przedwstępnej „na zabezpieczenie tej umowy, bo przecież nigdy nic nie wiadomo, zawsze komuś może cegłówka spaść na głowę”. Najwyraźniej uznał, że jemu nie spadnie, bo sam weksla na zabezpieczenie nie dał. Potem nagle stwierdził, że tak właściwie on nie zapomniał weksla, tylko on go chyba nigdy od Starszej Pani nie brał. To wszystko przeplatane dyskusją na temat ważności umowy i okoliczności jej zawarcia. Na niektórych spotkaniach obserwuję te akrobacje pana Tomasza, jego żony, prawników (tak, tak, najpierw miał jednego, a potem już dwóch) i trudno mi utrzymać nerwy na wodzy. Ja go zaraz zwyczajnie strzelę w pysk. No, nie dam rady: zatłukę dziada. Ale jakoś wytrzymuję.
Pan Tomasz pisze, że jego prawnik (ten młody, elegancki, stonowany), wskazuje, że orzecznictwo przesądza, iż „nieekwiwalentność świadczeń nie jest jeszcze powodem uznania nieważności umowy”. Odpisuję: „Zgadzam się z twierdzeniami pana mecenasa, w zakresie, w jakim powołuje się na orzecznictwo: podstawą stwierdzenia nieważności umowy nie jest sama nieekwiwalentność wzajemnych świadczeń, lecz dopiero nieekwiwaletność w powiązaniu ze sposobem i z okolicznościami, w jakich doszło do zawarcia tej umowy. W niniejszej sprawie chodzi właśnie o sposób i okoliczności uzyskania przez pana korzystnej dla siebie nieekwiwalentności świadczeń. Jeśli chodzi o zasady współżycia społecznego, do naruszenia których doszło przy zawarciu umowy przedwstępnej, to (1) wykorzystanie przymusowej sytuacji drugiej strony umowy, (2) rozmyślne podsycanie jej obaw i to (3) w formie kwalifikowanej, bo z wykorzystaniem zaufania, jakim, wskutek rozpaczliwej sytuacji, pana obdarzyła. Abstrahując od tej konkretnej sytuacji, którą powinien ocenić sąd, zaznaczę, iż rozumiem to tak: czym innym jest wykorzystanie okazji do zawarcia korzystnej transakcji, a czym innym wykorzystanie osoby będącej w skrajnym położeniu do korzystnego dla siebie ukształtowania warunków transakcji. Gdybym miała to wytłumaczyć laikowi przy użyciu metafory, to powiedziałabym, że jak jeden gość się schyli, to nie upoważnia to drugiego do kopnięcia go, za przeproszeniem, w tyłek”.
Starsza Pani mówi, że wiedziała, że to jest niesprawiedliwe, ale nie wiedziała, że jest na to przepis. Pytam, czy chce iść do sądu. Tłumaczę, jakie są ryzyka, a jakie szanse. Nie wie. Pomyśli. Chce. Przekazuję wieści prawnikowi pana Tomasza. I, co ciekawe, dowiaduję się właśnie, że ten prawnik już „tylko asystuje”, bo do sprawy został zatrudniony drugi, „starszy, bardziej doświadczony”. Jeszcze kilka tygodni, a zatrudnią trzeciego. No ale na razie z tym drugim z ciekawością spotykam się. Wykonujemy elegancką szermierkę na przepisy i orzecznictwo, ostatecznie proponuję zawarcie umowy, ale zmniejszenie różnicy w tak rażąco nieekwiwaletnych świadczeniach. Pomyślą. Odpowiedzą. Znów na wiele dni zapada cisza. Antrakt drugi.
Po tym spotkaniu Starsza Pani raz chce procesu, raz nie. Zależnie od tego, czy danego dnia czuje się lepiej lub gorzej na serce. Zależnie od tego, czy zadzwoni akurat adwokat pana Tomasza, ten starszy, i postraszy ją kosztami. Zależnie od tego, jak danego dnia ma się jej depresja. Prosi mnie, żeby ten prawnik więcej do niej nie dzwonił. Przekazuję mu, ale on ignoruje i dalej dzwoni. Prawdopodobnie nagrywa rozmowy, bo z relacji Starszej Pani wynika, że wypytuje ją o różne rzeczy. Nic nie szkodzi. Nagrania, w połączeniu z opinią psychiatry, będą niezłym dowodem. Przeciwko panu Tomaszowi. Zresztą – szermierka na nagrania też jest dobra. Ujawnia fakty, nie relacje o nich. Ale Starsza Pani jest w rozterce. Rano chce procesu, bo się czuje wykorzystana. Wieczorem nie chce procesu, chce jechać do syna i o wszystkim zapomnieć.
Taka jest różnica między sprawiedliwością a prawem: sprawiedliwie to pan Tomasz wziąłby kredyt i uzupełnił kwotę do jakiejś uczciwej wysokości. Gdyby nie chciał dobrowolnie, sprawa toczyłaby się przed sądem, byłaby trudna, bo z zasadami współżycia społecznego w tle zawsze jest nielekko orzekać. Ale Starsza Pani nie ma mocnego serca. Zżera ją stres. Boi się, że będą dzwonić prawnicy i ją znów maglować. Ma niezłe dowody, ale pan Tomasz ma być może lepsze: skrzętnie je produkował od początku, wtedy, pięć lat temu. Widać przewidywał, że mogą mu się przydać.
Jak sprawę oceniłby sędzia? Są dowody na kłamstwa. Są zasady doświadczenia życiowego, które same za siebie potrafią opowiedzieć tę historię. Ale Starsza Pani ostatecznie macha ręką. Nie stać jej psychicznie ani fizycznie na ten proces. Odpuszcza. Podpisuje umowę zamiany. Ja już nie biorę w tym udziału. Nie mogę uczestniczyć w podpisaniu takiej umowy. Ona siada przed notariuszem sama. Pan Tomasz z dwoma prawnikami w tle.
Stała się niesprawiedliwość? Tak. Stało się prawo? Tak: ten, kto nie poszedł do sądu dowieść swoich racji, od razu przegrał, bo tak stanowi prawo. Że trzeba przyjść i wyłożyć karty na stół. I wytrzymać presję. Trzeba pokazać, że się ma rację, nie tylko ją mieć.
I to jest ten moment między ustami a brzegiem pucharu: tak działa wymiar sprawiedliwości. I tak powinien działać. Gdyby było inaczej, zapanowałby chaos. Oczywiście, że Starsze Panie powinny mieć gdzie iść po pomoc. Na przykład do fundacji, która powie: „ocenimy sprawę, jeśli dowody są wystarczające na proces, bierzemy pełnomocnictwo, próbujemy panią zwolnić z kosztów, prowadzimy sprawę, a pani przybędzie tylko na jedno przesłuchanie w charakterze strony”. To oczywiście pachnie doktorem Judymem, ale nic nie poradzę: tak by było po prostu sprawiedliwie. Jednak sprawiedliwość – przepraszam, że to mówię, sama się wzdrygam, ale muszę to powiedzieć – sprawiedliwość nie jest bezwzględnym warunkiem wymiaru sprawiedliwości. Wymiar sprawiedliwości to jest właśnie to gdzieś między prawem a sprawiedliwością, gdzieś między ustami a brzegiem pucharu.
(dedykuję ten felieton panu Tomaszowi)