Dla uniknięcia zarzutów niekonstytucyjności lub groźby zablokowania prac KRS wystarczyłaby odrobina dobrej woli z obu stron: z jednej ustawowa gwarancja prawa do kandydowania przez obecnych członków, a z drugiej właśnie zrzeczenie się - mówi w wywiadzie dla DGP sędzia Rafał Puchalski z Sądu Rejonowego w Jarosławiu, członek zarządu Stowarzyszenia Sędziów Polskich „Iustitia”.
Reklama
Ministerstwo Sprawiedliwości przygotowało projekt nowelizacji ustawy o Krajowej Radzie Sądownictwa. Wprowadza ona m.in. zakaz łączenia funkcji prezesa lub wiceprezesa sądu z członkostwem w radzie. To dobrze?
Taki przepis nie budzi moich wątpliwości. PiS już w latach 2005–2007 próbował wprowadzić podobne ograniczenie, polegające na zakazie kandydowania do KRS prezesów i wiceprezesów sądów. Wówczas TK stwierdził jednak, że jest to niezgodne z konstytucją, ponieważ ogranicza bierne prawo wyborcze. Zgodnie z projektem taka osoba może kandydować i zostać członkiem KRS, ale kiedy już zostanie wybrana, będzie musiała zrezygnować z funkcji. Takie rozwiązanie nie ogranicza więc prawa prezesów do kandydowania.
KRS jest organem konstytucyjnym, który powinien być bardzo niezależny. A trzeba pamiętać o podległości administracyjnej prezesów sądów wobec ministra sprawiedliwości, której się nie da uniknąć. Siłą rzeczy jest to podległość organom władzy wykonawczej i z uwagi na to, dla dobra wymiaru sprawiedliwości, prezesi sądów zasiadający w KRS powinni z tych funkcji zrezygnować.

Reklama
Projekt zmienia też zasady wyboru do KRS sędziów reprezentujących sądy powszechne, tak by umożliwić wybór do rady nawet sędziów z najniższego szczebla. W tym celu zostanie utworzonych 11 okręgów wyborczych, z każdego z nich do rady wejdzie jeden kandydat. Okręgi nie będą się jednak pokrywać z apelacjami.
I to jest bardzo dobre rozwiązanie, ponieważ kandydat będzie wybierany przez szerszy krąg sędziów niż tylko obszar własnej apelacji. Wybrany zostanie przez osoby, z którymi nawet w minimalnym stopniu nie ma kontaktów towarzyskich. Poza tym trzeba pamiętać, że apelacje różnią się pod względem liczby sędziów. Są mniejsze i większe. Jaka więc byłaby siła głosu apelacji potężnych – poznańskiej czy gdańskiej, a jaka tych małych, szczecińskiej czy rzeszowskiej? Mielibyśmy przepaść pod względem liczby osób, które głosowały na danego kandydata. Jeśli więc wybieramy tylko jednego kandydata z danego obszaru, to uczciwym kryterium powinna być liczba sędziów, która na niego głosuje. Jeśli do KRS ma trafić 11 reprezentantów sądów powszechnych, to należy wyznaczyć 11 okręgów, tak by liczba sędziów w każdym z nich była mniej więcej równa. Podkreślam jednak, że nie wypowiadam się w imieniu stowarzyszenia Iustitia, bo nad stanowiskiem dopiero pracujemy. Są to moje osobiste opinie.
Kandydaci z niektórych sądów nie będą jednak mieli większych szans. Przykładowo Sąd Okręgowy Warszawa-Praga został umieszczony w okręgu białostockim, a Sąd Okręgowy w Bydgoszczy będzie w okręgu z sądami poznańskimi. Kandydaci z „przeklejonych” sądów będą w okręgach trochę obcy.
Część środowiska i dzisiaj zarzuca, że dochodzi do porozumień pomiędzy apelacjami co do wyboru członków KRS. Teraz będziemy mieć bardzo klarowną sytuację. Jeśli wprowadzamy bezpośrednią formę wyboru, to najbardziej obiektywnym kryterium jest liczba wybierających. Nie zapominajmy, że z uwagi na duże różnice w wielkości sądów apelacyjnych gwarancja równego rozdziału liczby członków KRS istniałaby jedynie przy ordynacji podobnej do wyborów do Sejmu, tj. wielomandatowych. Jeśli chcemy zagwarantować równość głosów, okręgi nie mogą pokrywać się z obszarami apelacji. Można ewentualnie dyskutować, które obszary łączyć ze sobą, żeby uzyskać zbliżoną liczbę „wyborców”.
Ale żeby wprowadzić te zmiany, trzeba wygasić mandaty obecnym członkom rady. A to jest sprzeczne z art. 187 ust. 3 konstytucji, który wprost stanowi, że kadencja członka KRS trwa cztery lata.
Ten punkt budzi zdecydowanie największe wątpliwości. Mam nadzieję, że zostanie to w jakiś sposób rozwiązane, bo zmianę modelu wyboru sędziów do KRS uważam za trafną. Sędziowie postulowali ją od wielu lat. Nowy model uczyni radę bardziej reprezentatywną dla całego środowiska. Problemem jednak pozostaje propozycja wcześniejszego wygaszenia trwających kadencji członków KRS.
Może KRS mogłaby w porozumieniu z ministerstwem wyznaczyć datę wejścia w życie nowych „przepisów wyborczych”, w której obecni członkowie KRS po prostu dobrowolnie zrzekliby się mandatów?
To byłoby najlepsze, co można w tej sytuacji zrobić, by nie łamać konstytucji, zgodnie z którą kadencja członka wygasa w chwilą jej upływu, śmierci lub zrzeczenia się. Dla uniknięcia zarzutów niekonstytucyjności lub groźby zablokowania prac KRS wystarczyłaby odrobina dobrej woli z obu stron: z jednej ustawowa gwarancja prawa do kandydowania przez obecnych członków, a z drugiej właśnie zrzeczenie się. To kontrowersyjne, ale prawnie możliwe i skuteczne.
Wątpliwości budzi też kwestia nominacji sędziowskich: konieczność przedstawienia prezydentowi co najmniej dwóch kandydatów ubiegających się o dane stanowisko. To ograniczałoby kompetencje KRS.
Osobiście nie postrzegam tego jako wielki problem. Obecnie przeważa przecież stanowisko, że nominacja jest prerogatywą prezydenta. Może on zaprzysiąc sędziego, ale nie musi. Wypowiedział się o tym nawet Sąd Najwyższy (sygn. akt III KRS 9/08), stwierdzając, że w razie zgłoszenia się na wolne stanowisko sędziowskie kilku z najlepszych kandydatów do objęcia tego stanowiska, KRS nie powinna ograniczać liczby zgłaszanych prezydentowi wniosków o mianowanie. Reasumując, oprócz tych dwóch kontrowersyjnych kwestii związanych z wygaszaniem kadencji i ewentualnie koniecznością przedstawienia prezydentowi większej liczby kandydatów – bardzo przychylnym okiem patrzę na te propozycje.