Niedawno dowiedzieliśmy się, że istnieje Komisja Wenecka, która może ocenić u nas jakość demokracji i stanowionego prawa. A gdzie można się jeszcze poskarżyć na rząd?
Niemal wszyscy słyszeli o Międzynarodowym Trybunale Sprawiedliwości, głównym organie sądowym Narodów Zjednoczonych. Został utworzony w 1945 r., jednak do jego kompetencji należy rozstrzyganie wyłącznie sporów między państwami i osoby fizyczne nie mogą przed nim składać skarg. Co prawda mieszczący się w Hadze MTS może także wydawać opinie doradcze, jednak nie mają one wiążącej mocy. Z kolei Europejski Trybunał Praw Człowieka (ETPC) jest sądem Europejskiej Konwencji Praw Człowieka. Orzeka w sprawach zapisanych w konwencji i dodatkowych protokołach do niej, rozpatrując skargi obywateli 47 państw członkowskich Rady Europy. Odkąd w 1993 r. przystąpiła do niej Polska, nasi obywatele skarżą się do ETPC głównie na opieszałość funkcjonowania krajowych sądów.
Reklama

Reklama
Obywatel kontra państwo
Jednak o istnieniu utworzonej w 1990 r. Komisji Weneckiej (oficjalna nazwa to: Europejska Komisja na rzecz Demokracji przez Prawo) wielu nawet bardzo bacznych obserwatorów debaty publicznej dowiedziało się niedawno, kiedy zaprosił ją do Polski minister spraw zagranicznych Witold Waszczykowski, by zbadała sprawę Trybunału Konstytucyjnego. Komisja jest organem doradczym Rady Europy. Należą do niej wszystkie państwa europejskie (Białoruś ma status członka stowarzyszonego).
– Jej zadaniem jest zapewnianie demokratycznego i sprawnego funkcjonowania państwa i ochrona praw człowieka. Ma udzielać państwom technicznej pomocy, jak to było np. 25 lat temu, kiedy Rumunia pisała nową konstytucję. Analizując przepisy prawa krajowego, Komisja Wenecka wyszukuje niezgodności z wartościami europejskimi lub luki w prawie. Jej członkowie oceniają nie tylko ustawy konstytucyjne, lecz też prawo wyborcze, prawo dotyczące mniejszości oraz, jak ostatnio w przypadku Polski, niezależność sądownictwa. Jej opinie nie są wiążące – mówi nam Maura De Bernart, politolog z Uniwersytetu Bolońskiego.
Jednak pierwszą w świecie ponadnarodową „komisją” badającą przestrzeganie prawa i wolności obywatelskich była – założona w 1960 r. przy Organizacji Państw Amerykańskich – Międzyamerykańska Komisja Praw Człowieka (IACHR). Od tego czasu zasiadający w niej prawnicy przeprowadzili śledztwo w sprawie ponad 12 tys. przypadków nadużyć w krajach obu Ameryk. Ciało to regularnie też wydaje raporty na temat kondycji życia imigrantów, praw kobiet, dzieci, mniejszości etnicznych i więźniów. – Kraje Ameryki Łacińskiej ciągle zgłaszają zastrzeżenia, że komisja jest nazbyt upolityczniona i zależna od USA. To dotyczy m.in. proaborcyjnego podejścia jej członków, którzy często krytykują katolickie społeczeństwa Ameryki Południowej – stwierdza Jeffrey A. Mittman z ACLU, amerykańskiej organizacji, której celem jest ochrona praw obywatelskich. Członkowie komisji reprezentujący Argentynę, Boliwię, Gwatemalę, Nikaraguę i Wenezuelę proponują przeniesienie jej siedziby z Waszyngtonu w bardziej „niezależne” miejsce, np. na Kostarykę.
IACHR badała w ostatnich latach sprawę niewyjaśnionych śmierci setek kobiet w Ciudad Juárez w Meksyku, cenzury za rządów Hugona Cháveza w Wenezueli, lecz także ograniczenia prawa do głosu mieszkańców stołecznego Waszyngtonu (Washington, D.C.), którzy nie mają przedstawicieli w Kongresie. Pomimo orzeczenia komisji, by obywatele stolicy Stanów Zjednoczonych mieli swoich kongresmenów i senatorów, rząd USA jak dotąd nie zastosował się do tego wskazania.
W Afryce działa Afrykańska Komisja Praw Człowieka i Ludów (ACHPR), zaś w Azji Południowo-Wschodniej Międzyrządowa Komisja Praw Człowieka (ASEAN). Tę drugą „Wall Street Journal” nazwał niedawno bezzębną, bo jej wskazania przez nikogo nie są brane pod uwagę. Ze wszystkich podobnych do Komisji Weneckiej ciał to właśnie ona działa względnie najsprawniej, a i jej sugestie są prawie zawsze respektowane przez rządy. – System Rady Europy jest po prostu najmocniejszy, a więc i pozycja Komisji Weneckiej relatywnie silniejsza niż w regionach, gdzie rządzą reżimy autorytarne, które za nic mają sobie opinie społeczności międzynarodowej – dodaje De Bernart.
Firma kontra państwo
Tymczasem spory między państwem a firmami rozstrzyga się najczęściej z pomocą arbitrażu międzynarodowego. Konsorcja rzadko decydują się na rozwiązywanie sporów w lokalnych sądach, bo oprócz prozaicznych obaw o barierę językową boją się też stronniczości.
Międzynarodowy arbitraż handlowy to forma prywatnego sądu, w którym obie strony wskazują jednego z arbitrów. Trzecim podmiotem jest niezależny przewodniczący. Prawną podstawą takich trybunałów są za każdym razem dwustronne umowy między państwami. Kraj nie ma możliwości ucieczki przed wyrokiem sądu arbitrażowego, bo do jego uznania zmusza konwencja nowojorska z 1958 r. Przed jego wykonaniem można się ustrzec tylko w wyjątkowych przypadkach, powołując się na sprzeczność z porządkiem publicznym, ale to tak mglista formuła, że trudno ją zastosować w praktyce.
– Na liście krajów pozywanych przez biznes przed oblicze arbitrów prym wiodą państwa wschodniej Europy, Filipiny, Kolumbia, zaś liderem jest Argentyna. Ta ostatnia głośno przestrzega przed zbyt pochopnym zawieraniem umów bilateralnych o ochronie inwestycji, na których podstawie przedsiębiorstwa mogą pozwać kraj goszczący inwestycje przed międzynarodowy sąd arbitrażowy, bo mają z tym bolesne doświadczenia – mówi nam John Bonine z Uniwersytetu Oregonu.
W 2006 r. rosyjskie Ministerstwo ds. Zasobów Naturalnych cofnęło zgodę na inwestycje brytyjsko-holenderskiego koncernu Royal Dutch Shell na Sachalinie, co w praktyce oznaczało wstrzymanie inwestycji o wartości 16 mld euro. Moskwa cynicznie powoływała się wówczas na ekologię. Shell z kolei twierdził, że nie złamał żadnych rosyjskich przepisów i że realizował wszystkie postulaty władz w sprawie ochrony środowiska. Sprawę zakończyły kryzys gospodarczy i spadające zaufanie inwestorów do Moskwy po wojnie w Gruzji. W połowie 2009 r. Władimir Putin wpuścił Holendrów na wyspę na Morzu Ochockim.
Nie mniej głośnym konfliktem państwo – korporacja był rozpoczęty siedem lat temu spór amerykańskiej firmy Red Hat, dystrybutora jednej z odmian systemu operacyjnego Linux, kontra Szwajcaria. Koncern oskarżył władze w Bernie o to, że lokalny Federalny Urząd Budownictwa i Logistyki zawarł z Microsoftem (MS) umowę na dostarczanie komputerowych stacji roboczych bez przetargu. Do protestu dołączyło się 17 innych spółek, które także czuły się pokrzywdzone polityką szwajcarskiego rządu. Sprawa znalazła się w trybunale arbitrażowym, a Red Hat żądał unieważnienia trzyletniego kontraktu z MS. Ostatecznie skończyło się ugodą i Microsoft pozostał w Szwajcarii.
Do podobnego konfliktu doszło na Ukrainie, gdzie tajwańskie konsorcjum budowlane Archasia Design Group pozwało przed laty państwo (premierem była wówczas Julia Tymoszenko, prezydentem – Wiktor Juszczenko) za zerwanie umowy na budowę stadionu w Kijowie przed Euro 2012. Sąd w Kijowie oddalił pozew przeciwko ukraińskiemu Ministerstwu Sportu. Sprawa dochodzenia odszkodowania przed trybunałem arbitrażowym jest otwarta.
Przykład od naszych południowych sąsiadów: należąca do Amerykanina Ronalda Laudera firma Central European Media Enterprises (CME) zainwestowała 27 mln dol. w komercyjną telewizję TV Nova. Lauder podpisał umowę ze współzałożycielem stacji Vladimirem Żeleznym na to, że CME będzie mieć decydujący wpływ na program. To rozwiązanie naruszało jednak czeskie prawo zakazujące emisji programu z zagranicy. Lokalna rada radiofonii i telewizji zmusiła CME do oddania kontroli Żeleznemu. Lauder poczuł się oszukany, pozwał Czechy i nie dość, że po długich bojach wywalczył 335 mln dol. odszkodowania (kilkunastokrotność wartości kontraktu), to jeszcze przeprowadził w zachodnich mediach skuteczną kampanię zniechęcającą do inwestowania w Czechach. Także Polska była pozwana przed międzynarodowy arbitraż: jego wyrok zakończyl ponad 10-letni spór o kontrole nad PZU z holenderskim Eureko.
A wszystko wskazuje na to, że państwa coraz częściej będą pozywane przez prywatne firmy. Taką możliwość daje właśnie negocjowana w sekrecie między Unią Europejską a Stanami Zjednoczonymi umowa gospodarcza, której oficjalna nazwa brzmi: Transatlantyckie Partnerstwo w dziedzinie Handlu i Inwestycji (TTIP). – A że Stany Zjednoczone nigdy jeszcze przed trybunałem arbitrażowym nie przegrały, zachodzi obawa większej zależności krajów europejskich, szczególnie z nowej Unii – mówi nam John Johnsen z Utica College.