Szkicowy rysunek smartfona, pęknięta szybka, za którą czai się niewyraźna, mroczna sylwetka, a wszystko to opatrzone hasłem: „Wygoń policjanta ze swojego telefonu”. To jedna z bardziej umiarkowanych reakcji internetu na znowelizowaną przez parlamentarną większość Prawa i Sprawiedliwości ustawę o policji – nazywaną też „ustawą inwigilacyjną”.
Jakub Dymek, członek zespołu „Krytyki Politycznej” / Dziennik Gazeta Prawna
Inne komentarze były dużo mniej subtelne – a wśród nich nierzadko zdarzały się odwołania do totalitaryzmu i ciągnących się za nimi cieni: nie tylko w gruncie rzeczy swojskiego policjanta, ale i ubeka, kagiebowca, agenta Stasi. I nawet jeśli część z tych obaw jest karykaturalna, to stojąca za nimi emocja ma swoje uzasadnienie. W polskich realiach propozycje poszerzania zakresu uprawnień służb specjalnych, policji i aparatu sprawiedliwości zazwyczaj nie spotykają się z entuzjastycznym przyjęciem, a doświadczenie historyczne – straszenie „Rokiem 1984” Orwella w XXI wieku nie wzięło się znikąd! – jest tylko jednym z wielu czynników. A powodów do obaw tu i teraz nie brakuje.
Reklama
Główne zagrożenie wynikające z nowelizacji – podkreśla je chociażby Katarzyna Szymielewicz z fundacji Panoptykon – to więcej inwigilacji w oparciu o dane internetowe i, jednocześnie, mniejsza możliwość kontroli służb przez sąd. Owszem, służby mają raz na pół roku sprawozdawać sądowi, co robią – ale fakt, że będzie się to działo być może na długo po rozpoczęciu działań, a zajmować się tym będzie sąd okręgowy, czyni tę kontrolę czysto iluzoryczną. Dodatkowo niepokoić może to, że będzie można sięgać po nasze billingi, dane lokalizacyjne czy informacje o okolicznościach komunikacji (wszystko to zbiorczo nazywa się metadanymi, czyli tym, co nie stanowi treści wymiany informacji, danych, ale jej towarzyszy, jak lokalizacja właśnie) nie tylko w związku z np. prowadzonym postępowaniem przeciwko nam, lecz także w celu zapobiegania przestępstwom – i to nie tylko tym najpoważniejszym. Nie jest więc wykluczone, że czynności prewencyjne będą podejmowane nie wobec osób, co do których motywów zazwyczaj nie ma wątpliwości – znanych gangsterów i przemytników – ale i wobec tych, którzy mogą być z różnych względów „niewygodni”. Nie można przecież wykluczyć, że wyjątkowo nieprzychylny rządowi dziennikarz skrywa jakieś złe intencje, prawda? A może przynajmniej obsesyjnie ściąga filmy z internetu. Mówiąc najprościej, i nieco tylko wyolbrzymiając problem: dopóki nie zostanie to jasno i precyzyjnie uregulowane – być może najwcześniej następną ustawą – możemy być obserwowani, dopóki coś na nas nie „wpadnie”.

Reklama
Na te pojawiające się w debacie publicznej i z mównicy sejmowej zastrzeżenia i obawy rząd i większość sejmowa odpowiadają – nie do końca bez racji – że nawet niedoskonała ustawa i tak musiała zostać wprowadzona, bo należy wykonać wyrok Trybunału Konstytucyjnego. A właśnie mija ostatnia chwila, kiedy trzeba to zrobić, aby służby nie utraciły możliwości legalnego prowadzenia działań operacyjnych. Rząd więc ustawę przeprowadza, ale i obiecuje, że już za chwilę rozpocznie się proces konsultacji społecznych, których efektem – jak mamy rozumieć – będzie lepsza ustawa, bardziej szczegółowa i w większym stopniu uwzględniająca zastrzeżenia organizacji pozarządowych czy rzecznika praw obywatelskich. To obietnica wartościowa, ale – jak pokazuje bardzo pobieżne potraktowanie dotychczasowych rekomendacji Rady Cyfryzacji przy Ministerstwie Administracji i Cyfryzacji – jej realizacja zależy tylko od dobrej woli rządzących.
O ile jednak obecna nowelizacja, owa „ustawa inwigilacyjna”, jest z pewnością niedoskonała i może stwarzać poważne zagrożenie dla wolności obywatelskich, to nie jest to wcale dowód na – jak chcieliby niektórzy krytycy rządu – wyjątkową perfidię PiS, autorytarne zapędy Jarosława Kaczyńskiego, obsesję służb Zbigniewa Ziobry i Mariusza Kamińskiego czy totalitarne sympatie polskiej prawicy. I to nie tylko dlatego, że podobny projekt zgłosiła już wcześniej Platforma Obywatelska. Kierunek, który w sprawie nadzoru, inwigilacji i działalności służb obiera Prawo i Sprawiedliwość, nie jest w ogóle różny od europejskiej średniej, a także od postępowania naszych sąsiadów i partnerów. Są przykłady demokracji idących dużo dalej. Żeby zdać sobie z tego sprawę, wystarczy rzucić okiem na zeszłoroczne działania – wcale nie prawicowego zresztą – rządu Francji.
Po ubiegłorocznych atakach na redakcje obrazoburczego tygodnika satyrycznego „Charlie Hebdo” i żydowski sklep, w których zginęło 17 osób, Zgromadzenie Narodowe i rząd Republiki zabrały się za tworzenie nowej „superustawy” właściwie od razu. Projekt zwiększający uprawnienia służb był gotowy w mniej niż 100 dni od tragicznych ataków w Paryżu. Krytycy szybko wytknęli prezydentowi Hollande’owi i premierowi Vallsowi, że to „ustawa Wielkiego Brata” – co było oczywiście nawiązaniem do George’a Orwella. Przeciwko ustawie w parlamencie opowiedzieli się zieloni i część posłów z lewego skrzydła Partii Socjalistycznej, ale za nowym prawem była większość reprezentantów narodu – przewagą 483 głosów „za” do 86 „przeciw”. Wobec wątpliwości prezydent Hollande zdecydował się skierować ustawę do przeglądu przez Radę Konstytucyjną – odpowiednik naszego Trybunału – który poświęcił kolejne miesiące na jej sprawdzenie. Nie dopatrzył się jednak zasadniczych naruszeń porządku konstytucyjnego, i ustawa z kilkoma zmianami zaczęła obowiązywać już latem – pół roku po styczniowych zamachach.
Francuska „ustawa Wielkiego Brata”, pomyślana i przedstawiona przez rząd jako zabezpieczenie przed islamskim terroryzmem, dopuszcza wyjątkowo szeroki zakres prewencyjnego nadzoru – zezwolenie na podsłuchiwanie telefonów i przeglądanie korespondencji elektronicznej podejrzanych to tylko początek całej listy pogłębionych działań, które służby we Francji mogą prowadzić. Służby mogą zainstalować „keyloggery” – oprogramowanie, które w czasie rzeczywistym „spisuje” wszystko, co obserwowana lub obserwowany wystukuje na klawiaturze komputera lub ekranie urządzenia elektronicznego. Standardowy nasłuch, kamery i mikrofony zakładane w domach podejrzanych oczywiście także są dopuszczalne. Najbardziej zapalna kwestia dotyczy „czarnych skrzynek” – dostawcy usług internetowych mają w myśl nowego prawa stworzyć furtki w postaci skomplikowanych i ukrytych algorytmów reagujących na zagrożenie (stąd „czarne skrzynki”), które mają nagrywać „podejrzane zachowania” i tworzyć z tego, co zostanie nagrane, zasób informacji całkowicie dostępny dla służb. Wobec braku precyzyjnych reguł i w dość oczywisty sposób ograniczonej wiedzy społeczeństwa o tym, jak służby faktycznie prowadzą działania operacyjne, rodzi się podejrzenie, że automatycznie rejestrowana będzie komunikacja ludzi, którzy nic z terroryzmem wspólnego nie mają. Jeśli „czarne skrzynki” mają się uaktywniać na hasło, powiedzmy, „Państwo Islamskie”, to dziennikarka, student zajmujący się tematem terroryzmu i faktyczny islamski radykał kontemplujący wyjazd do Syrii znajdą się w tym samym gronie podejrzanych. A jeśli jeszcze owa dziennikarka czy student ma niefrancusko brzmiące nazwisko, to być może następnego dnia obudzi się z oprogramowaniem szpiegowskim na komputerze i kamerą w ścianie. Gdyby jeszcze tego rodzaju prewencyjne środki zatwierdzać miał sąd, można by liczyć, że liczba nadmiarowych podsłuchów będzie ograniczona – ale we francuskim prawie przewidziano tylko, że wnioski będzie akceptował nie sąd, a składający się z polityków specjalny panel ds. służb specjalnych. W pierwszej wersji prawa przewidziano zresztą wyjątki i od tej reguły – w sprawach nagłych służby miały mieć prawo do rozpoczęcia operacji bez żadnej uprzedniej zgody, choćby politycznego panelu czy premiera osobiście. Ten zapis jako jeden z kilku został jednak zakwestionowany przez Radę Konstytucyjną.
Założenia nowego prawa zostały skrytykowane przez wiele międzynarodowych i krajowych instytucji: Amnesty International, La Quadrature du Net, Privacy International. Zarzuty wysuwane przez aktywistów i ekspertki tych organizacji podtrzymał Komitet Praw Człowieka przy ONZ w swoich rekomendacjach dla Francji. Niemała część społeczeństwa i wielu parlamentarzystów wyrażali przez cały miniony rok krytycyzm wobec nowego prawa. Czy słusznie?
Należy raczej zapytać: czy przepisy te pozwoliły lepiej i sprawniej przeciwdziałać zagrożeniu terrorystycznemu na terenie Francji? Wydarzenia kolejnych miesięcy po wprowadzeniu ustawy – i krwawe żniwo kolejnych zamachów w Paryżu – pokazują, że nawet przy zwiększonej aktywności służb i ich nowych uprawnieniach francuskie społeczeństwo wcale nie może czuć się bezpieczniejsze. Nowe narzędzia nadzoru i szpiegowania być może pomagają, ale za to na pewno tworzą realne zagrożenie dla wolności obywatelskich. Francja jednak nie tylko kontynuuje politykę nadzoru, ale i zdaje się iść dalej, w kierunku permanentnego stanu wyjątkowego. Nic też nie wskazuje na to, że kolejny – lewicowy czy prawicowy – prezydent i rząd w tym akurat aspekcie porzucą politykę Hollande’a. Ale, wracając do Polski, co z tego wynika dla nas?
Znając rozwiązania francuskie, trudno uznawać zapisy ustawy PiS (a wcześniej Platformy Obywatelskiej) za jakąś formę inwigilacyjnego ekstremizmu. Przeciwnie, to raczej, niestety, nowa europejska norma. Zgoda na większe uprawnienia służb, a w szczególności skierowanie ich aktywności na komunikację elektroniczną, której agenci i policja chcą przyglądać się swobodnie i z dużym wyprzedzeniem, zanim jeszcze do jakiegokolwiek przestępstwa dojdzie, to już dziś transatlantycki konsensus. Nie ma sensu przypominać, że pionierem tego podejścia były Stany Zjednoczone, gdzie działalność Agencji Bezpieczeństwa Narodowego (NSA) jest już właściwie synonimem masowej inwigilacji społeczeństwa. Warto jednak podkreślić, że w ostatnich latach nie tylko anglosaski tzw. sojusz pięciorga oczu (Nowa Zelandia, Wielka Brytania, USA, Australia i Kanada) dążył do rozszerzenia swoich możliwości przechwytywania komunikacji elektronicznej i kontroli treści pojawiających się w sieci. Na jakimś etapie w ostatnich latach temat podnosiła większość krajów członkowskich Unii Europejskiej – od Belgii po Grecję. A najsilniejszy impuls i tak wychodził od największych graczy: Niemiec i Wielkiej Brytanii. Stosowaniu w praktyce brytyjskiego terrorist law albo sprawie podsłuchiwania polskich obywateli przez niemieckie BnD (Federalną Służbę Wywiadowczą), o wyjaśnienie czego upomina się austriacki poseł Peter Pilz, można by poświęcić obszerne analizy.
Prawo i Sprawiedliwość – zarówno tym projektem, jak i ewentualną kolejną nowelizacją – tylko równa do poziomu, który za normalny uznają rządy i głowy państw w całej Unii. Nie oznacza to, że jest to ruch dobry i politycznie opłacalny, przeciwnie. W kraju, w którym powszechnie uważa się działalność służb za niekontrolowane „państwo w państwie”, a obywatele codziennie doświadczają powolności lub bezradności działania sądów i instytucji, które mają ich chronić, nie trzeba tłumaczyć, jak dalsze równanie do tej „europejskiej średniej” może wyglądać. Ale jednocześnie, przy wszystkich zastrzeżeniach, absurdem jest zarówno wytykanie „prawicowego totalitaryzmu”, jak i niewypowiedziane oczekiwanie, że wraz z tarciami między rządem a Komisją Europejską ktoś zwróci uwagę na niedemokratyczność nowych przepisów. Kto miałby to zrobić? Francuzi, Brytyjczycy, Niemcy? W kierunku poszerzania uprawnień służb idą najbardziej stabilne europejskie demokracje. A całemu zwrotowi w polityce obronności – być może jednym z największych po upadku żelaznej kurtyny – z logiki wzajemnego atomowego pata (Mutually Assured Destruction) do prewencyjnego eliminowania zagrożeń patronuje największy sojusznik tych samych europejskich państw i największe państwo NATO, Stany Zjednoczone. Dlaczego mielibyśmy uważać nowe-stare pomysły Polski za coś wyjątkowego? W najbardziej optymistycznej, propagandowej interpretacji – której nie podzielam – można by przecież powiedzieć, że to dobrze, że polski rząd wprowadza takie antyterrorystyczne prawo, zanim dojdzie do ataku, a nie – jak Francuzi – dopiero po nim. I jestem przekonany, że gdyby Polska spotkała się z międzynarodowym krytycyzmem, szybko by po taki argument sięgnięto.
Krytyka najnowszych posunięć Polski wymaga uwzględnienia ich w międzynarodowym kontekście. Nie usprawiedliwienia, ale trzeźwego stwierdzenia, że akurat w sprawie kontroli nadzoru prowadzonego przez służby i poszanowania prywatności obywateli Zachód ma coraz mniej dobrych wzorców do zaoferowania. Nikt z Europy nas przed krajowymi służbami bronić nie będzie. Sprzeciwiając się kolejnym pomysłom rządu, możemy i powinniśmy krytykować też postępowanie sojuszników i partnerów w Europie. To przynajmniej może dać nadzieję, że linia Polski w tej sprawie przynajmniej trochę odbije od europejskiej – w lepszą stronę.