W sądach lawinowo rośnie liczba wniosków o zapomogi. Niskie zarobki powodują, że wiele osób chciałoby dorobić pracując za granicą podczas urlopu, a w ciągu roku sprzątając. Nie mogą, bo nie licuje to z powagą ich obowiązków.
Reklama

Kiedy większość Polaków słyszy słowo „prawnik”, ma przed oczami pławiącego się w luksusach człowieka. Ukończenie studiów prawniczych było przez długie lata kojarzone ze zdobyciem zawodu elitarnego, wysoko płatnego i szanowanego. Dziś, jak nigdy, ten stereotyp jest nieprawdziwy i powoduje duże problemy, ponieważ uwierzyli w niego nie tylko zwykli Polacy, ale także – co gorsza – rządzący. Stracili oni z oczu całą masę osób, bez których wymiar sprawiedliwości przestałby funkcjonować, ponieważ to właśnie oni – trzydziestotysięczna armia pracowników sądownictwa – pilnuje porządku, akt, a często także sędziów czy prokuratorów. To na ich barkach spoczywa pierwszy kontakt z człowiekiem dochodzącym sprawiedliwości, kontrola dokumentów, przygotowywanie rozpraw i cały szereg innych czynności.

Mówi się, że przysłowia są mądrością narodów. Jednym z nich, które doskonale opisuje sytuację pracowników sądów i prokuratur jest „najciemniej pod latarnią”. Inaczej nie da się bowiem wytłumaczyć tego, że pracownicy zatrudniani na podstawie umowy o pracę w pełnym wymiarze godzin nie zarabiają nawet płacy minimalnej.

Historia walki pracowników sądów i prokuratur o podwyżki wynagrodzeń jest długa. W projekcie nowelizującym rozporządzenie ministra sprawiedliwości w sprawie stanowisk i szczegółowych zasad wynagradzania urzędników i innych pracowników sądów i prokuratury oraz odbywania stażu urzędniczego z września tego roku zapisano, że najniższa pensja w wymiarze sprawiedliwości wyniesie 1850 zł.

– Ktoś z zewnatrz patrząc na to rozporządzenie może uznać: „w głowach im się poprzewracało” – mówią moje rozmówczynie. Faktycznie: osoba zatrudniona na samodzielnym stanowisku zarobi nawet 12000 zł, na wspomagającym – 7000 zł, a stażysta – 3000 zł. Druga strona medalu jest jednak ciemniejsza. Wynagrodzenie stażysty zaczyna się od 2400 zł., osoby zatrudnionej na stanowisku wspomagającym 5000 zł, a na samodzielnym – 7000 zł. Problem w tym, że pracownicy nie wierzą, że dostaną takie wynagrodzenie. Prędzej spodziewają wyrównania swoich wynagrodzeń do poziomu płacy minimalnej. W przeszłości, ze względu na zamrożenie płac, wielokrotnie okazywało się, że nie zarabiają nawet najniższej krajowej. Dlaczego w rozporządzeniu nie znalazły się zapisy, które gwarantowałby automatyczne podnoszenie wynagrodzenia do poziomu minimalnego? Nie wiadomo. Ministerstwo Sprawiedliwości nie odpowiedziało na zadane pytania. Nic więc dziwnego, że w sądach lawinowo rośnie liczba wniosków o zapomogi dla pracowników, a część z nich ma problemy z komornikiem. Wielu chciałoby dorobić – wyjechać w czasie urlopu do pracy za granicę, a w pozostałym okresie dorabiać sprzątając czy pracując na magazynie. Nie mogą, bo „nie licuje to z powagą wykonywanej przez nich pracy”. – Ale jaka to powaga za 1850 zł? – pytają retorycznie. Niejeden pracownik sądu usłyszał już, że powinien mieć obywatelski stosunek do swojej pracy.

Z wynagrodzeniami jest jeszcze jeden problem: – W zeszłym roku Ministerstwo wymusiło na dyrektorach sądów, aby ci określili wewnętrzne systemy wynagradzania pracowników, które często odbiegały od tych, widniejących w rozporządzeniu. Mogło więc dojść do sytuacji, w której mieliśmy mieć wypłacane wynagrodzenie, które jest sprzeczne z zasadami prawa – tłumaczy członkini Związku Zawodowego Pracowników Wymiaru Sprawiedliwości RP.

– I to jest prawdziwy obraz rzeczywistości. O górnych widełkach każdy z nas może jedynie pomarzyć. Często zastanawiamy się po co Ministerstwo w ogóle podaje takie kwoty, które są zupełnie odrealnione. Konkluzja jest jedna: ma to być zabezpieczenie przed naszymi protestami i sprzeciwami – tłumaczy reprezentantka ZZPWS. Z kolei Edyta Odyjas z Solidarności Pracowników Sądownictwa pokazuje mi odcinek ze swojej pensji. Kwota? 2181 zł. – I to z wysługą lat – dodaje. Młody pracownik na takie pieniądze nie może liczyć. Zresztą, młodych pracowników w sądach i prokuraturach praktycznie nie ma. – W miejsce pracowników, którzy odchodzą na emeryturę nie są zatrudniani nowi. Do niedawna w sądach kwitł proceder zatrudniania osób przez agencje pracy tymczasowej. Skutki mogły być opłakane. Te osoby nie były w żaden sposób weryfikowane. Kiedy ja zaczynałam pracę w sądzie inni pracownicy wypytywali nawet moich sąsiadów o to, kim jestem – opowiada członkini ZZPWS. – Trzeba pamiętać, że na co dzień osoba pracująca w sądzie i prokuraturze ma dostęp do setek danych osobowych i wielu ludzkich dramatów – dodaje. Decyzją ministra Borysa Budki udało się skończyć z zatrudnianiem przez agencje pracy tymczasowej. Jednak natura nie znosi próżni. Brak pieniędzy na nowe etaty wymusił kreatywne podejście do zarządzania kadrowego. – W Starogardzie Gdańskim dyrektor sądu chciał zatrudniać wolontariuszy – kończy nasza rozmówczyni. (Pisaliśmy o tym >>>> ).

Jak najkrócej nazwać kulisy pracy sądu? Fabryka. – Pracowników jest po prostu za mało. Ideałem dla nas byłby model: sędzia, asystent sędziego i sekretarz. Dzisiaj jeden sekretarz obsługuje kilku sędziów – opowiada przewodnicząca Solidarności Pracowników Sądownictwa. W efekcie zaległości namnażają się geometrycznie. Pracownicy pracują po godzinach i w weekendy. Oczywiście nadgodziny nie są w żaden sposób wynagradzane: o pieniądzach nie ma mowy, a wolny dzień jednej osoby oznacza kolejne opóźnienia – i tak błędne koło się zamyka. Do związkowców docierały także sygnały o mobbowaniu pracownic na tym tle. Na młode kobiety wywierano presję, żeby nie zachodziły w ciążę, a tym, które przebywały na urlopie macierzyńskim, zalecano wcześniejszy powrót do pracy – w przeciwnym razie miały być przeniesione do wydziału karnego lub cywilnego, gdzie praca jest najcięższa. – Co ciekawe, w czasie kadencji Platformy Obywatelskiej, kiedy zatrudnienie w sądach i prokuraturach systematycznie malało, w samym Ministerstwie Sprawiedliwości zwiększyło się o około 50 proc. – mówi Odyjas.

Na te opóźnienia wpływ ma nie tylko fakt, że liczba spraw rośnie, a pracowników ubywa. To efekt dodawania ciągłych „usprawnień”. – Wszystkie czynności, które wykonujemy pracując z aktami, muszą być odnotowywane. Na dobrą sprawę powinno wyglądać to w ten sposób: bierzemy akta z półki, wpisujemy to w komputerze, wypełniamy je, i odkładamy, po czym znów wpisujemy, że odłożyłyśmy. Za chwilę przychodzi sędzia i prosi o akta – bierzemy je, wpisujemy, że oddałyśmy sędziemu, i przekazujemy. Za chwilę sędzia wraca i mówi, że wziąłby jeszcze kolejne – otwieramy szafę, bierzemy, wpisujemy, i przekazujemy. Następnie wchodzi kierownik sekretariatu i prosi o kolejne akta – bierzemy, wpisujemy, i przekazujemy. Ten jednak wraca i mówi, że pomylił sygnaturę – odbieramy, wpisujemy, odkładamy na półkę; bierzemy kolejne, wpisujemy, i przekazujemy – opowiada członkini związku zawodowego. Ale kuriozów w pracy urzędnika w sądzie jest więcej. Na przykład korespondencja zagraniczna. W polskim sądzie odpowiedź na maila trwa tydzień. I to nie dlatego, że pracownik nie zna języka. Zna i chętnie by udzielił odpowiedzi, ale nie może. – Kiedy przychodzi mail odczytujemy go, drukujemy, zamawiamy pocztę, i wysyłamy do tłumacza przysięgłego. Ten tłumaczy go, zamawia pocztę i wysyła do nas wraz z rachunkiem, który musi zostać zatwierdzony na posiedzeniu. Wtedy my sporządzamy odpowiedź po polsku i powtarzamy całą procedurę. Dopiero, gdy wróci do nas tłumaczenie, możemy odpowiedzieć nadawcy – opowiada przedstawicielka związków.

Pracownicy sądownictwa uczestniczą w badaniu mającym zdiagnozować poziom stresu, na jaki są narażeni w codziennej pracy. Pierwsze wyniki są przerażające. Pokazują one m.in., że sąd to idealne miejsce do mobbingu: hierarchiczna struktura, brak jasnych wytycznych, kto kogo powinien słuchać i brak skutecznej możliwości dochodzenia swoich praw. Jeśli już ktoś zdecyduje się mówić głośno o mobbingu i wykorzystywaniu zależności służbowej, to najczęściej sprawa jest wyciszana.

– Jestem pełnomocnikiem procesowym w sprawie mojej koleżanki, która była mobbingowana przez swoją kierowniczkę. Sprawa ciągnie się dwa lata. Tylko trzy osoby zeznały przeciwko tej osobie. Reszta – w tym sędziowie – wyrażali się o niej pozytywnie. Ale byliśmy pewni, że wyrok będzie dla nas korzystny. Niestety – na koniec telefon z góry i pada argument: „to jest sędzia”. Nawet we własnym środowisku nie potrafimy dojść prawdy i jej egzekwować. Jeżeli wymiar sprawiedliwości działa tak od wewnątrz, to jak traktowani są obywatele? – pyta retorycznie Odyjas. I opowiada dalej: – Sędzia prowadząca sprawę wymusiła na pracowniku zmianę w protokole. Wcześniej przez rok uwzięła się na niego, więc w obawie przed dalszymi szykanami, spełnił jej prośbę. Prokuratura zauważyła tę zmianę, pracownik został zawieszony, a sędzi nie można odebrać immunitetu.

Od kilku lat związkowcy z Solidarności toczą boje z ministerstwem. Część ich postulatów została uwzględniona, ale jest to promil w morzu potrzeb. Zmianom nie sprzyja częsta rotacja na stanowisku Ministra Sprawiedliwości. Ich problemy znajdują się zwykle gdzieś na końcu listy spraw do załatwienia. – A obrazu dopełnia fakt, że jeden z wiceministrów ministrów myślał, że my zarabiamy po 8 tys. zł. I wcale nie jest w tym błędzie odosobniony – podsumowuje