Uważam, że sędzią powinny targać dylematy. Ten, który nie ma wątpliwości, jest sędzią bardzo niebezpiecznym. Dlatego na studiach prawniczych należy wykładać przedmioty z dziedzin pokrewnych, w tym na pewno z psychologii - mówi w wywiadzie dla DGP Józef Musioł sędzia Sądu Najwyższego w stanie spoczynku, karnista, autor kilkudziesięciu książek z gatunku literatury faktu, w tym dotyczących prawa, w latach 1983–1990 wiceminister sprawiedliwości.
Reklama
Józef Musioł / DGP
Biret, łańcuch z godłem to tylko atrapy sędziego, sędzią się jest albo nie. Tak napisał pan w jednej z książek. Jakie zatem cechy powinien mieć prawdziwy sędzia?
Muszę powiedzieć, że po tylu latach pracy w wymiarze sprawiedliwości człowiek wie coraz mniej. To, co na początku drogi wydawało się oczywiste, wcale takie nie jest. Stąd odpowiedź na to pytanie do najłatwiejszych nie należy. Nie odpowiem więc na nie od razu. A zacznę tak: młody sędzia myśli, że usiądzie za stołem, ubrany w togę, łańcuch i będzie szybko rozstrzygał sprawę po sprawie. Wyrokowanie wydaje mu się łatwe. Ale głębsza refleksja przychodzi w miarę zdobywania doświadczenia i to niezależnie od tego, czy ktoś wcześniej trzy razy Sorbonę bądź Harward skończył, czy nie.
W miarę wchodzenia w ten zawód wyłaniają się coraz większe dylematy. Sędzia wnika w danego człowieka, szuka motywacji, potem nawet szuka w danej sprawie odniesienia do samego siebie. Zadaje sobie pytanie: „A ja jak bym się zachował?”. Są oczywiście sprawy łatwe, ale jednak za większością – mówię tu oczywiście o sprawach karnych – jest jakiś początek kształtowania się osobowości człowieka, który zdobył się np. na zabójstwo. Sędzia bada, kiedy nastąpiło jego rozejście z pewnymi zasadami, które wyniósł z domu, bądź ich nie wyniósł, bo zabrakło w nim wzorca. Odpowiadając więc na pytanie, jaki powinien być sędzia, powiem tak: rzetelnie wykształcony oraz prawidłowo, już w czasie studiów, uformowany, i to nie tylko przez profesorów, ale równocześnie wychowawców będących autorytetami. Ja miałem szczęście, bo takich miałem na Uniwersytecie Jagiellońskim. Mimo ciężkich lat stalinizmu wpoili mi trwały szacunek do pewnych uniwersalnych wartości. Byłem dzieckiem wojny i nawet w jakimś sensie ofiarą gwałtu na prawie, jaki w okresie stalinizmu w Polsce występował. Przez to łatwiej wchłaniałem przesłania tych moich mentorów. Myślę, że sędzia powinien być również ogromnie wrażliwy. Nawet najlepszy prawnik bez uwrażliwionego sumienia nie powinien być sędzią.
Wrażliwość? Powiem szczerze, że nie spodziewałam się takiej odpowiedzi.
Wielu się nie spodziewa. Ludzie myślą, że sędzia powinien szybko i sprawnie ciąć mieczem sprawiedliwości. W ten zawód, w mojej ocenie, wkomponowany jest obowiązek ogromnej wrażliwości i poczucia odpowiedzialności. Choć sędzia w pewnym momencie musi w sposób zdecydowany podejmować decyzje, to uważam, że powinny nim targać dylematy. Sędzia, który nie ma wątpliwości, jest sędzią bardzo niebezpiecznym. Dlatego na studiach prawniczych powinny być też wykładane przedmioty z dziedzin pokrewnych, w tym na pewno z psychologii. Horyzonty sędziego, ale i przecież prokuratora, adwokata czy radcy prawnego muszą być szerokie. Mnie o tyle było łatwiej, że równolegle w klasie maturalnej liceum ogólnokształcącego ukończyłem jeszcze studium pedagogiczne, gdzie, choć szczątkowo, z psychologią miałem do czynienia. Zresztą przez to wpadłem w pułapkę: tuż po maturze wraz z dyplomem nauczyciela wręczono mi nakaz pracy i przez blisko dwa lata byłem nauczycielem.
Sędzia nie powinien mieć też cech negatywnych: nie może być mściwy, arogancki, ponury, dobrze, jeżeli ma poczucie humoru. Po prostu musi być wszechstronnie wykształcony, aby mógł sprostać współczesnym wyzwaniom cywilizacyjnym. Oczywiście w każdym człowieku jest tyle samo dobra, ile zła, istotne jest, co bierze górę, co się samemu wybiera. A więc sędzia musi umieć wybierać. Ociosywanie sędziowskich cech powinno natomiast następować szczególnie w okresie aplikacji. Sędzia musi być także odporny psychicznie.
A pana udało się kiedyś wyprowadzić z równowagi? Albo inaczej: zdarzały się przypadki, kiedy powaga sądu została naruszona?
I to nie raz. Życie jest nieprawdopodobne. Czasem sytuacji, które działy się na salach rozpraw, nie wykreowałby nawet znakomity literat. Weźmy chociaż jedną dużą sprawę kryminalną, w której byłem sprawozdawcą. Sąd Wojewódzki w Katowicach (a więc odpowiednik obecnego okręgowego – red.), wielki proces, z kilkoma oskarżonymi. Sala pęka w szwach, wprowadzeni zostali oskarżeni o rozbój z użyciem niebezpiecznego narzędzia, a więc o przestępstwo, które w tamtych czasach zagrożone było nawet karą śmierci. Pytam się potężnie zbudowanego oskarżonego o datę urodzenia, ten odpowiada: „Nie pamiętam”. Lekko zszokowany pytam raz jeszcze, on nadal, że nie pamięta. Na to ja – już z pewnym poirytowaniem w głosie – pytam raz jeszcze, jak może nie pamiętać daty urodzenia, na sali zaś cisza jak makiem zasiał. I co następnie słyszę od rosłego chłopa? „Skąd mam ja wiedzieć, kiedym się urodził, skoro malutki wtedy byłem”. Na to cała sala w śmiech, którego wcale tak łatwo nie można było opanować.

Zawsze starałem się mówić do stron prostym językiem. Rzadko np. używałem słowa „oskarżony”, często zwracałem się „proszę pana/pani”. Nigdy nie krzyczałem. Dziś czasami zdarza się, że sędzia daje się wyprowadzić z równowagi. Kultura prowadzenia rozpraw to wciąż aktualny problem

Inną sytuację miałem, prowadząc sprawę cywilną o podział majątku. Chcąc ustalić, jakie są zarobki stron, pytam się, ile zarabia pozwany mężczyzna, dyrektor jednego z zakładów na Śląsku. Ten zaś na to: „Na pewno lepiej od pana sędziego, bo ile to też pan sędzia może zarobić?”. Odpowiedziałem krótko, by pozwany znalazł sobie inny punk odniesienia. W tej sprawie zresztą pojawił się też inny wątek, karny. Szanowny dyrektor zeznał bowiem, że dom rodzinny powinien należeć do niego, bo cały cement na jego budowę to on własnoręcznie systematycznie przewoził w workach w bagażniku swego służbowego auta osobowego z budowy, którą nadzorował. Niestety, sprawa kradzieży się przedawniła, więc niewiele mogliśmy już zrobić. Różne były więc na salach rozpraw przypadki.
A głos się zdarzało panu podnieść?
Nigdy nie krzyczałem. Dziś się jednak czasami zdarza, że sędzia daje się wyprowadzić z równowagi. Kultura prowadzenia rozpraw to wciąż aktualny problem. Ja zawsze też starałem się mówić do stron prostym językiem. Rzadko np. używałem słowa „oskarżony”. Często zwracałem się, gdy tego nie wymagała sytuacja procesowa: proszę pana/pani, czy zrozumiał pan/pani akt oskarżenia, czy przyznaje się pan/pani do winy, jakie chce złożyć pan/pani wyjaśnienia? Raz zresztą w sprawie karnej o zabójstwo – od sześciokrotnie przesłuchiwanego wcześniej w śledztwie mężczyzny, który dotąd nie przyznawał się do winy – usłyszałem: „Tak, zabiłem”. Gdy zapytałem, dlaczego teraz się przyznaje, skoro podczas trwającego rok śledztwa nieustannie zaprzeczał, powiedział: „Bo dopiero sąd zwrócił się do mnie przez »pan«, jak do człowieka i normalnie do mnie mówił”. Oczywiście od razu nie dałem wiary temu przyznaniu się do winy. Złożone jednak później wyjaśnienia sprawiły, że cała ta układanka z niekompletnego aktu oskarżenia zaczęła do siebie pasować, wszystko ułożyło się w logiczną całość. To, że ów człowiek dopuścił się zabójstwa, przestało budzić jakiekolwiek wątpliwości.
Niektóre z takich historii umieszcza pan w swych książkach.
To prawda. Od samego początku pracy sędziowskiej czyniłem zapiski – często nawet na wokandzie – z charakterystycznych spraw, które prowadziłem. Polecam to każdemu sędziemu. To właśnie te notatki wykorzystałem w jednej, czterokrotnie już wznawianej satyryczno-humorystycznej książce, takim polskim Szwejku osadzonym w sądowym klimacie, bo na wojsku, szczerze powiem, to się w ogólne nie znam.

Idąc na salę narad, sędzia nie powinien jeszcze wiedzieć, jaki wyda wyrok. Ja tę umiejętność ćwiczyłem przez lata. Któregoś dnia uznałem, że już tak potrafię się wewnętrznie wyjałowić, wyizolować – przed zbyt wczesnym wydaniem wyroku – że mógłbym sądzić swego brata. Przeraziło mnie to

W książkach przedstawia pan jednak nie tylko komiczne sytuacje z sal rozpraw, ale może przede wszystkim dylematy, przed którymi stają sędziowie. Ot choćby np. problem odbioru wyroku przez opinię publiczną. Czy sędziowie powinni obawiać się krytyki?
Oczywiście, że nie. Sędzia musi być odważny i odporny na krytykę, musi widzieć dalej i głębiej. Dlatego zawsze im mówię, że podpisując się pod wyrokiem, powinni mieć przekonanie, że podjęli słuszną decyzję, że za 10, 20 lat nie będą się wstydzić swego podpisu pod wydanym orzeczeniem, że będą potrafili je obronić. Bardzo boję się, że sędziowie mogą się czegokolwiek bać, bo wtedy nie będzie już sędziów niezawisłych. Druga sprawa zaś w tym, że opinia publiczna nie powinna kreować wyroków sądów.
A kreuje?
Orzeczenia sądowe mogą, a bywa, że powinny być poddane pod osąd publiczny, to jest dla mnie oczywiste. A czy opinia je kreuje? Na pewno próbuje. Zdaję sobie sprawę, że nie wyeliminujemy wpływania mediów na sędziów, szczególnie w państwie wolnym, demokratycznym. Dlatego też trzeba ich na te zewnętrzne naciski uodparniać. Nie może być jednak tak, że sędzia jest publicznie linczowany za wydany wyrok albo organizuje się akcje wpływające na treść rozstrzygnięcia. To powinno być wręcz ścigane bez względu na źródło takiego nacisku, szczególnie jeżeli pochodzi od jakiejkolwiek władzy: czy to władzy ustawodawczej, czy wykonawczej, bo to jest podcinanie korzeni państwa prawa. Powyższe sytuacje mają jednak miejsce, bo nasz poziom kultury prawnej jest jeszcze niski. Takie incydenty mogą prowadzić do tego, że sędzia nieposiadający mocnego, ukształtowanego kręgosłupa moralnego pójdzie za głównym nurtem. Pomyśli bowiem: po co mam się narażać, mieszkam w małej miejscowości, nie chcę, żeby mnie linczowano za wydany wyrok. Musimy pamiętać, że niezawisłość nie jest wyłącznie dobrem sądu, ale dobrem państwa. Bez niezawisłych sądów demokratyczne państwo nie istnieje. To jest wielka wartość. Dla sędziego nie jest to tylko prawo, ale konstytucyjny obowiązek.
Sędziowie bardzo często nie chcą rozmawiać o wydanych wyrokach. Dlaczego?
Od tego powinien być mądry rzecznik prasowy. Pewną niezręcznością dla sędziego jest mówienie o rozstrzygniętej przez niego sprawie. Od tego jest uzasadnienie, to w nim powinniśmy przekonywać strony oraz opinię publiczną o powodach podjęcia takiej, a nie innej decyzji. Sam w swojej karierze tylko kilka razy rozmawiałem z dziennikarzem o rozstrzygnięciach. Raz, gdy sąd pod moim przewodnictwem skazał na karę 25 lat pozbawienia wolności mężczyznę, który znajdując się pod wpływem alkoholu zamordował swojego teścia. Gdy ogłaszałem ten wyrok, słyszałem szum oburzenia na sali. Kilka dni po zakończeniu rozprawy zadzwonił do mnie dziennikarz i poprosił o rozmowę. Widząc, jakie są nastroje, zgodziłem się. Gdy się spotkaliśmy, pierwszą rzeczą, o jaką mnie zapytał, było, czy sąd powinien liczyć się z opinią publiczną i dlaczego nie wziąłem pod uwagę zdania społeczności, w której mieszkał skazany. Ta zaś uważa, że wyrok jest zbyt surowy, gdyż oskarżony zabił, bo był pijany, a nieżyjący teść był złą osobą, przesadnie oszczędną. Odpowiedziałem, że to nie opinia publiczna powinna kreować wyroki i mówić, jakie wartości są najważniejsze, ale sąd. To na nim spoczywa obowiązek wskazywania granicy między dobrem a złem. Mądre orzeczenia powinny wychowywać i wskazywać, jakie są najważniejsze wartości. A w mojej ocenie najważniejszą wartością jest życie ludzkie.
Mimo tego pana podpis widnieje pod wyrokiem kary śmierci.
To prawda, podpisałem się pod nim, mimo że jestem największym przeciwnikiem kary śmierci. Stało się to tylko raz. Rozpoznawaliśmy w Sądzie Najwyższym rewizję prokuratora od wyroku 25 lat i zostałem przegłosowany przez kolegów. Zasady są zaś takie, że sędzia przegłosowany musi także podpisać wyrok i jedynie co może – ale nie musi zrobić – to napisać zdanie odrębne, votum separatum. Złożyłem więc zaraz pod sentencją wyroku te trzy litery „cvs”, a potem potężne uzasadnienie, dlaczego ten młody człowiek nie powinien być skazany na karę śmierci. Ta sprawa mimo upływu lat wciąż mnie męczy i wraca, bo Rada Państwa nie skorzystała z prawa łaski i wyrok śmierci został wykonany.
Co więc powinien zrobić sędzia, który uznaje dane prawo czy przepis za zły?
Sędzia, orzekając, związany jest własnym sumieniem, musi jednak stosować prawo, które obowiązuje – w myśl starej zasady dura lex, sed lex. Nie może stwierdzić: „Nie wydaję wyroku, bo nie zgadzam się z daną normą”. Możemy oczywiście powiedzieć, że sędziowie powinni mieć większy luz przy orzekaniu. Ja się jednak z tym nie zgadzam. To jest bardzo niebezpieczne. W trakcie rewolucji październikowej kazano się kierować nie prawem, a tzw. rewolucyjnym sumieniem, a i w czasie wielkiej rewolucji francuskiej z powodu tak ogólnych założeń tysiące ludzi posłano pod gilotynę.
A gdzie pan widzi aktualne zagrożenia dla polskiego sądownictwa?
Jak dotąd największą szkodę sądownictwu wyrządza władza wykonawcza, w tym, o zgrozo, Ministrowo Sprawiedliwości, które np. raz znosi tzw. małe sady rejonowe, by następnie je przywracać, wywracając i dezorganizując pracę nie tylko sądów, ale i generując milionowe koszty. Również działalność legislacyjna to istny koszmar, owe nowele do noweli to żenujący brak kompetencji i odpowiedzialności za stabilność pracy sądów i narażanie ich na krytykę ze strony społeczeństwa, słusznie jednak oburzonego niestabilnym stanem prawa. Mało tego, często też politycy niszczą i jawnie podrywają niezbędny autorytet wymiaru sprawiedliwości dla celów politycznych. Brak im wyobraźni, jaką szkodę wyrządzają państwu prawa, jak je niszczą. Podrywając autorytet sądów wręcz zachęcamy, aby obywatel, np. w sprawach cywilnych, przekazywał wyegzekwowanie swojej należności przedstawicielowi świata przestępczego. W tym momencie chciałoby się wręcz krzyczeć o opamiętanie niektórych polityków, a niekiedy i przedstawicieli mediów. Ale tu zaraz usłyszeć możemy, że o autorytet muszą dbać sami sędziowie, sądy. Całkowicie się zgadzam, ale tym sędziom musimy stworzyć warunki do prawidłowego wypełniania konstytucyjnych obowiązków, to zaś należy do władz ustawodawczej i wykonawczej. Na sprawnie działający wymiar sprawiedliwości składają się: dobre i mądre prawo, stworzenie optymalnych warunków sądownictwu oraz dobrze przygotowani i mądrzy sędziowie. Jeżeli sędzia popełnił błąd, są instytucje takie jak apelacja czy w ostateczności środki kasacyjne do Sądu Najwyższego. Mamy więc cały arsenał nadzwyczajnych narzędzi pozwalających skorygować błędne orzeczenie. Zapyta pani redaktor, czy dochodzi do błędnych i niesprawiedliwych orzeczeń. Odpowiadam: niestety tak, dochodziło, dochodzi i będzie dochodzić, i to nawet w najlepiej zorganizowanych państwach prawa, bo tak złożona jest ludzka materia. Chodzi o to, żeby te błędy ograniczyć do minimum.
Sędzia orzeka od 1959 r., pewnie zdarzały się po drodze dylematy przy orzekaniu?
Ja już miałem komfort, bo najgorszy okres skończył się w 1956 r. wraz z nadejściem odwilży. Największe problemy moralne miałem zaś wtedy, gdy ustawodawca stworzył tzw. progi, nazwane przeze mnie niemoralnymi. Chodziło o wysoko zakreślone minimalne kary za niektóre z przestępstw. Na przykład w przypadku, gdy szkoda z tytułu zagarnięcia mienia społecznego wynosiła powyżej 100 tys. zł, sędzia, czy chciał, czy nie, musiał orzec łącznie: karę co najmniej 8 lat pozbawienia wolności, konfiskatę mienia, grzywnę oraz odszkodowanie w wysokości zabranego mienia. Mało tego, przepis ten należało stosować w równym stopniu do wszystkich współwinnych, niezależnie od tego, jakiej wartości mienie każdy z nich ukradł. A zatem temu, któremu przypadło 10 tys. z ukradzionych 150 tys. również groziło co najmniej 8 lat. To było przerażające. Sędziowie orzekali w ogromnym zakleszczeniu. Nieraz wracałem do domu zdruzgotany wydanym rozstrzygnięciem. Dlatego też w normalnym, dobrze działającym państwie muszą być sprzężone: mądre prawo z mądrymi sędziami.
No właśnie, czasami zawodzą sami sędziowie. W jednej z książek opisuje pan typ sędziego tzw. murarza. Kim on jest?

To sędzia, który po przeczytaniu aktu oskarżenia – a więc już na samym początku – buduje sobie opinię na temat danej sprawy i przyszłego rozstrzygnięcia. Podczas rozprawy dokonuje zaś takich czynności, by jedynie podmurować swoje zdanie. Poznałem takiego sędziego, będąc już w sądzie wojewódzkim. W czasie rozprawy tak formułował zeznania świadka czy wyjaśnienia oskarżonego i dyktował do protokołu – pod swoją tezę oczywiście – że ciężko można było znaleźć zarzut rewizyjny. Sąd drugiej instancji nie przeprowadza natomiast już dowodów, np. z przesłuchania świadków. Gdy to odkryłem, byłem zdruzgotany i urządziłem karczemną awanturę.
Jak ma się więc sędzia uchronić przed samym sobą, żeby za wcześnie nie wydać wyroku?
Trzeba się wewnętrznie przed tym bronić. Idąc na salę narad, sędzia jeszcze nie powinien wiedzieć, jaki wyda wyrok. Ja tę umiejętność ćwiczyłem przez lata. Któregoś dnia uznałem, że już tak potrafię się wewnętrznie wyjałowić, wyizolować – przed zbyt wczesnym wydaniem wyroku – że mógłbym sądzić swego brata. Przeraziło mnie to.
Doświadczenie w zawodzie sędziego jest niezwykle ważne. Czy zatem postulat, aby był on ukoronowaniem kariery prawniczej, nie jest słuszny?
Myślę, że w naszych warunkach ten model by się nie sprawdził, i to z bardzo prozaicznych powodów. Uposażenie sędziów wciąż nie jest konkurencyjne w stosunku do innych zawodów prawniczych. Zasada jest jednak bardzo dobra, choć powinna istnieć możliwość wyjątków od niej.
Na koniec nie wypada mi nie zapytać pana, jako doświadczonego karnisty, o ocenę obowiązującego od 1 lipca nowego modelu procedury karnej. To dobry krok ustawodawcy? Pytam, bo niektórzy sędziowie wprost deklarują, że sądzą i będą sądzić na starych zasadach.
Prowadzenie zasady kontradyktoryjności do naszego procesu karnego jest interesującym novum, choć nie ukrywam, że nie wiem, czy nasze organy postępowania przygotowawczego są do tego należycie przyszykowane. Myślę, że najtrudniejsze zadanie stoi przed prokuraturą. Nowa procedura z pewnością jest wygodna dla sędziów, którzy dotąd zmuszeni byli nieraz wyręczać prokuratora ledwo podnoszącego się z fotela na sali rozpraw. Zaangażowanie sędziego w poszukiwanie dowodów w sprawie, którą przyszło mu rozstrzygać, było też czymś sprzecznym z istotą naszego zawodu, choć tego sobie nie uzmysławialiśmy.
Z drugiej strony zasadne jest tutaj pytanie, czy przypisana nam teraz rola niezaangażowanego składu sądzącego nie odbije się ujemnie na dochodzeniu do prawdy? Jest wprawdzie „szczelina”, w którą sędzia może wchodzić w sytuacji szczególnej i samodzielnie przeprowadzać dowody, ale czy wtedy nie pojawi się pretekst do zarzutu apelacyjnego stronniczości sędziego? Ignorowanie nowej regulacji przez sędziego, który „będzie sądził jak dotąd”, jest jednak niedopuszczalne, bo sędzia jest związany ustawą. A tak na marginesie dodam, że powinna zostać wreszcie przywrócona instytucja sędziego śledczego, którą zniesiono po II wojnie światowej, a która w moim odczuciu byłaby rozwiązaniem optymalnym. Również w kontekście wprowadzonej kontradyktoryjności do naszego procesu karnego.