Mówi, że policji, prokuraturze i sędziom nie odpuści. Bo niesłusznie skazano go na 25 lat więzienia za zabójstwo. Za kratami przesiedział trzy. Kolejne cztery czekał na prawomocne uniewinnienie.
Zbigniew Góra żąda 17,5 mln zł odszkodowania i zadośćuczynienia. Na razie przyznano mu 323 tys. zł, o resztę walczy w Sądzie Najwyższym. W maju SN przyjął jego skargę kasacyjną, ale termin rozprawy nie został jeszcze wyznaczony. Góra jest cierpliwy, bo jest przekonany o słuszności wysokich roszczeń.
Reklama
– To duża kwota?! – reaguje ostro na moją uwagę. – A ile warte są łza, rozpad rodziny, utrata syna, lata zamknięcia w zatłoczonej celi, ból przyklejonej mi łaty mordercy? – pyta retorycznie.

Reklama
Zapewnia, że odstąpi od żądań finansowych pod jednym warunkiem – że winni jego skazania na własnej skórze odczują skutki błędnego wyroku. Że stracą stanowiska i odejdą z pracy.
Morderstwo
Zabójstwo 70-letniej lekarki, za które Zbigniew Góra został skazany na 25 lat, wywołało szok w Lublinie. Był to bestialski mord na bezbronnej kobiecie w jej mieszkaniu przy ul. Leśnej 15. Góra niechętnie godzi się na to, by wraz ze mną pójść przed kamienicę. Zza firanek obserwują nas lokatorzy i nie są to przyjazne spojrzenia. Nieważne, że Góra został uniewinniony. Dla nich pozostaje winny, bo policja do dziś nie znalazła sprawcy.
Prokuratorski opis zabójstwa jest przerażający. 27 września 2004 r. morderca zatłukł Halinę B. Najpierw bił pięściami po głowie, potem kilkakrotnie uderzał tępym, twardym narzędziem. Powalił na podłogę. Następnie przycisnął do jej twarzy poduszkę. Dusił. Kolanem docisnął płuca. Połamał żebra. Morderca ukradł telefon komórkowy – nokię 3510i o wartości ok. 300 zł – oraz biżuterię wycenioną na ok. 1000 zł.
Podejrzanym o zabójstwo i kradzież został Góra. Wraz z rodziną wynajmował mieszkanie od lekarki. Odwiedził ją w dniu tragedii, by zapłacić czynsz. Policja zatrzymała go po czterech miesiącach – 21 stycznia 2005 r. Poinformowała, że trafiła na „ślad zabójcy” po rutynowej kontroli mężczyzny na stacji paliw, przy którym znaleziono telefon komórkowy zamordowanej. Zeznał on, że kupił go od Tomasza B., ten kolei stwierdził, że aparat nabył od Góry, który dorabiał do pensji sprzedażą komórek. Na nic zdały się wyjaśnienia tego ostatniego, że sprzedał Tomaszowi B. inny model telefonu, o innym numerze identyfikacyjnym IMEI. Prokurator, a za nim sąd, nie dali wiary jego wersji. Wystarczyły poszlaki: zeznania Tomasza B. oraz ślady DNA na zegarku zamordowanej, które mogły należeć do Zbigniewa Góry.
– Byłem zastraszany przez policję. Ta musiała znaleźć winnego, więc wskazała na mnie – mówi.
Gość w celi
Dyrektor aresztu w Lublinie zgodził się, by Góra odwiedził celę numer 126, w której przesiedział trzy lata. – Niewiele się zmieniło. Wtedy siedziało siedmiu facetów na 15 metrach. Teraz jest o jedno łóżko mniej. I podłoga jest inna. Z terakoty. Wtedy była z drewnianych klepek. Gdy któregoś w celi dopadł głód nikotyny, zdrapywał wióry z podłogi, zawijał w gazetę i miał co palić – opowiada beznamiętnie. Góra siedział z włamywaczami, dilerami narkotyków, zabójcami. Nie grypsował, choć z grypsującymi jakoś się ułożył. Trudniej było mu sobie poradzić z samym sobą. Potrzebował wsparcia psychologa więziennego, bo bardzo ciężko znosił rozłąkę z rodziną.
Spontanicznie oświadczył się Małgosi w pociągu podczas podróży do pracy we włoskiej pizzerii. Miał 20 lat, ona – 19. To był dla niego, jak mówi, najpiękniejszy czas. W chwilach wolnych od pracy jeździł z nią na motorynce po malowniczej Kalabrii. Małgosia zawsze była uśmiechnięta i pełna podziwu dla jego zaradności w poszukiwaniu zatrudnienia. Szczęście im sprzyjało, nawet gdy we Włoszech zaszła w ciążę. Obawiali się, że właściciel restauracji wyrzuci ją z pracy. Ten jednak zaoferował lżejsze zajęcie – za barem.
Pobrali się po powrocie, zamieszkali w podlubelskiej wsi, w gospodarstwie jego rodziców. Ona zajęła się dzieckiem, on jeździł do Włoch na zarobek. Poznawał tajniki śródziemnomorskiej kuchni, sztukę przyrządzania pizzy. Już wtedy swoją przyszłość widział w gastronomii. Po powrocie do Polski pracował jako szef kuchni w hotelu w Lublinie. Pojawiło się kolejne dziecko. W Lublinie wynajęli mieszkanie od Haliny B. Gdy nad ranem przyszła po niego policja, kilkuletni synowie jeszcze spali. – Ucałowałem żonę. Powiedziałem, że zaraz wrócę, i to było najdłuższe zaraz.
Administrator budynku od razu wymówił jej umowę najmu. Kazał wyprowadzić się z dziećmi w ciągu trzech dni. Znalazła mieszkanie na obrzeżach miasta, bo tam było najtaniej. Małgorzata musiała utrzymać 2,5-letniego Przemka i 6-letniego Łukasza, opłacić adwokatów, wysyłać paczki do męża. Szybko skończyły się oszczędności. Wyprowadziła się na wieś, do domu rodziców. Na kilka miesięcy wyjechała do pracy we Włoszech. Gdy po powrocie odwiedziła męża, ten był na obserwacji psychicznej. Areszt znosił fatalnie. Tęsknił za normalnością, dziećmi, żoną. Ta znalazła jednak nowego mężczyznę – kierowcę busa. Poznała go podczas powrotu z Włoch. W chwilach wolnych od kursów odwiedzał ją w wiejskim sklepie, w którym pracowała jako sprzedawczyni. Zaszła z nim w ciążę. Małgorzata niechętnie o nim opowiada. – Był epizodem, przypadkiem, kimś, na kim nie mogłam polegać. Wtedy uważałam jednak, że robię słusznie. Zbyszek mówił, że wyjdzie po dwóch miesiącach, a ciągle przedłużano mu areszt. Prokurator pokazywał mi dowody winy męża. Adwokaci byli bezradni. Było coraz gorzej, a musiałam żyć z dziećmi. Kończyły się pieniądze!
Rozwód
List z pozwem o rozwód dostał po roku od aresztowania. – Zdecydowała się na rozwód, przestała we mnie wierzyć – mówi. Skazanie za zabójstwo i pobyt za kratami zmieniły także relacje z najstarszym synem. Łukasz odwiedził ojca raz. Po wizycie oznajmił mamie, że nie chce już więcej do niego jeździć. – Im dłużej byłem w areszcie, tym Łukasz coraz bardziej odsuwał się ode mnie. W ostatnim liście napisał, żeby się z nim nie kontaktować, bo on już do mnie pisać nie chce. Musiała mi pomóc psycholog.
– Pogodził się pan z zamknięciem?
– Buntowałem się, ale to nic nie dawało. Wszelkie prośby o pomoc, o to, by ktoś przeanalizował akta, dowody mojej niewinności, nic nie dawały. W 2006 r. dostałem 25 lat więzienia. Tylko na podstawie pomówienia. Za nic! – z trudem ukrywa emocje.
Rok później, po kolejnym zażaleniu, sąd apelacyjny uchylił areszt (przychylił się do skarg Góry o uchylenie przedłużającego się tymczasowego aresztowania). Zbigniew Góra odpowiadał już z wolnej stopy. Zamieszkał u rodziców. Znowu potrzebował pomocy psychologa, bo sąsiedzi traktowali go jak mordercę. Od jego mamy i taty także się odsunęli. Bał się wychodzić z domu. Z sądami walczył jeszcze cztery lata. Uniewinniono go z powodu braku dowodów winy prawomocnie dopiero w 2011 r.
Julcia
Kolejny szok przeżył, gdy odwiedził synów. W domu swojej byłej żony zobaczył półtoraroczną Julcię – córkę Małgorzaty. Julcia urodziła się, gdy był za kratami. W pierwszej chwili chciał się wycofać, ale postanowił ratować rodzinę. Nie było łatwo. Starszy syn był mu niechętny, młodszy go nie poznawał. Znowu musiała pomóc psycholog. Trudno było im przełamać bariery braku zaufania i pretensji obojga do siebie.
– Pani nie uwierzyła w niewinność męża i odeszła.
– Zbyszek mnie zrozumiał, wybaczył – tłumaczy Małgorzata Góra.
– A pani sobie wybaczyła?
– Nie!
W 2009 r., po dwóch latach od wyjścia z więzienia, zamieszkali razem. Wynajęli niewielkie mieszkanie w Fajsławicach, 30 km od Lublina. Tu było spokojniej, dalej od złych spojrzeń, plotek. Mieli po 35 lat i zaczynali życie na nowo. – Julcia była bardzo mała. W domu, podczas zabawy z braćmi cały czas słyszała: „Tato to, tato tamto”. Zaczęła więc sama tak do mnie wołać. Dziś jestem jej kochanym tatusiem! – opowiada Góra.
W końcu Zbigniew i Małgorzata podjęli kolejną życiową decyzję. Ponownie się pobrali. Utrzymywali się z tego, czego nauczyli się we Włoszech – prowadzenia pizzerii. Zaczęli skromnie, od wynajęcia małego lokalu. Dziś dzierżawią jeszcze podmiejską restaurację.
Nie odpuszczę
Gdy wyszedłem z aresztu, powiedziałem sobie, że będę dociekał sprawiedliwości – Góra mówi z przekonaniem. – Oskarżam policję, prokuraturę i sąd o to, że w postępowaniu dopuściły się wielu przestępstw, fałszowania dowodów, matactwa. Nie przeprowadziły ważnych czynności śledczych, które spowodowałyby, że nie siedziałbym w areszcie.
W jego imieniu fundacja Lex Nostra wystąpiła do prokuratura generalnego z zawiadomieniem o możliwości popełnienia przestępstwa przez funkcjonariuszy wymiarów ścigania i sprawiedliwości w Lublinie. Dochodzeniem w sprawie nieprawidłowości zajęła się Prokuratura Okręgowa w Radomiu. Nie znalazła podstaw do wszczęcia postępowania i umorzyła je – dwukrotnie.
O sprawie Góry w lubelskiej prokuraturze i sądzie jest nadal głośno. A Cezary Wójcik, rzecznik sądu apelacyjnego, nie waha się używać mocnych słów: – Porażką wymiaru sprawiedliwości było to, że proces trwał tak długo. Ten niewinny człowiek siedział w tymczasowym areszcie blisko trzy lata. Sąd Okręgowy w Lublinie popełnił trzy zasadnicze błędy. Niewłaściwie ocenił zeznania świadka, który nabył telefon od oskarżonego. Niedostatecznie rozważył alibi, na które wskazywał sam oskarżony. Nie pogłębił badań genetycznych, dotyczących śladów biologicznych na zegarku pokrzywdzonej. Został on bezpośrednio po zdarzeniu wydany rodzinie, a dopiero po trzech miesiącach zbadany przez specjalistów.
Prokuratura i lubelski sąd do winy się nie poczuwają. Najwyżej do uchybień. Śledczy zebrali kiepskie dowody, a sąd dał im wiarę. Teraz jedni zrzucają winę na drugich. Dla prokuratury i sądu jednym z najważniejszych dowodów winy były zeznania świadka, który twierdził, że Zbigniew Góra sprzedał mu telefon zamordowanej lekarki. Te okazały się pomówieniem. – Sąd za pierwszym razem nie wiedział, że świadek kłamał. Nie była to porażka sądu, bo przecież finalnie uniewinnił oskarżonego – tłumaczy Artur Ozimek, rzecznik Sądu Okręgowego w Lublinie.
Sąd nie wziął także pod uwagę tego, że Góra miał alibi. Twierdził, że w czasie zarzucanego mu zabójstwa był w kasynie gry, co musiały zarejestrować kamery monitoringu miejskiego. Taśm jednak śledczy „nie zabezpieczyli”. – To nie sąd ponosi za to winę. Do sądu akt oskarżenia wpłynął po prawie dwóch latach od zdarzenia, a zatem rolą policji i prokuratury, a nie sądu, było ustalenie monitoringu. Tym bardziej że nikt nie archiwizuje monitoringu z kamer przez kilka lat – podkreśla Ozimek.
– Prokurator żądał obrazu z monitoringu w kasynie gry. Nie można już było jednak zabezpieczyć tego dowodu, który stanowiłby potwierdzenie, bądź nie, alibi oskarżonego – tłumaczy Beata Syk-Jankowska, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Lublinie.
– Brak profesjonalizmu?
– Przeoczenie? Nie wiem – z pewnym zakłopotaniem odpowiada.
Zegarek
Zbigniew Góra oskarża też funkcjonariuszy o manipulację dowodami. – Śledczy prowadzący postępowanie przygotowawcze nanieśli ślady krwi na zegarek zamordowanej lekarki. Chcieli stworzyć dowód, który mógł doprowadzić do skazania mnie.
Policjanci i prokurator nie zatrzymali zegarka lekarki po zabójstwie. Otrzymali go dopiero po trzech miesiącach od mordu, 30 grudnia 2004 r., co wytknął sąd apelacyjny – „z inicjatywy osoby, która była w jego posiadaniu”. – To był elementarny błąd organów ścigania. Ślad na zegarku zmarłej mógł zostać naniesiony w jakikolwiek inny sposób, przez sprawcę lub przez osobę, która przyszła do Haliny B. – mówi rzecznik sądu apelacyjnego.
Podczas rozprawy w 2006 r. sąd pokazał Zbigniewowi Górze film nakręcony podczas oględzin, dzień po zabójstwie. – Tych brunatnych śladów po krwi nie było widać na filmie ze zbliżeniami na zegarek. Podczas kolejnej rozprawy w 2008 r. ponownie wyświetlano ten film. Tego fragmentu z bliskimi ujęciami zegarka już nie było. Wycięto go – dodaje pewnym głosem Zbigniew Góra.
Zażądał zbadania przez biegłych autentyczności kasety. Sąd oddalił wniosek. Uznał, że oskarżony zmierza do przedłużenia postępowania. Sędzia stwierdził, że osoby trzecie nie miały dostępu do filmu i że nie podlegał on żadnym manipulacjom.
Mój tata wciąż jest dla mnie osobą obcą
Łukasz, najstarszy syn, do dziś nie może poradzić sobie z przeszłością ojca. Wie, że prokurator i sędziowie popełnili błąd. Nie potrafi jednak wybaczyć mu straconych lat dzieciństwa, poniżania przez kolegów.
– Gdy tata poszedł do aresztu, miałem sześć lat. Na początku nie wiedziałem, co się stało. Mówiono mi, że wyjechał zarabiać do Włoch. Potem przeczytałem kilka artykułów w gazetach... Tam było napisane, gdzie jest tata... W szkole koledzy mi dokuczali. Szydzili, że ojciec był skazany za niewinność, a dostał 25 lat. Poszedł do więzienia w najważniejszym momencie mojego życia. Było mi wstyd. W kościele podczas Pierwszej Komunii widziałem rodziny kolegów, ich rodziców i chrzestnych. U mnie byli tylko mama i babcia.
– Dopiero po półtora roku od wyjścia z aresztu, od kiedy zacząłem z synem na nowo utrzymywać kontakt, powiedział mi: kocham cię, tato – Zbigniewowi Górze łamie się głos.
– Dla mnie tata wciąż, w jakimś kawałku, jest osobą obcą. To mi na duszy siadło i do końca życia będzie siedzieć – mówi Łukasz.