Sprawa wróci na najbliższym posiedzeniu Sejmu po tym, jak Senat w głosowaniu zdecydował o odrzuceniu tej nowelizacji. Na środowym posiedzeniu sejmowej komisji, po dyskusji posłów z sędziami z Krajowej Rady Sądownictwa i Stowarzyszenia Sędziów "Iustitia", większość posłów opowiedziała się za pozytywną rekomendacją. O wszystkim rozstrzygnie w głosowaniu cała izba.

"My chcemy wspierać prezesa sądu, aby jego argumenty przebiły się przed sądem - nie mamy zamiaru być trzecią stroną procesu" - zapewniał wiceministeer sprawiedliwości Jerzy Kozdroń. "Dziwię się Senatowi. Minister musi mieć wpływ na budżet" - wspierał go wiceszef komisji Robert Kropiwnicki (PO).

Sędzia Sądu Najwyższego Katarzyna Gonera, występująca w imieniu Krajowej Rady Sądownictwa oceniła, że ta nowelizacja to "przejaw braku zaufania do sądów. Sądy mają obowiązek orzekać zgodnie z prawem i nie ma znaczenia, czy powód jest osobą prywatną, czy sędzią" - mówiła. Zgodził się z nią Andrzej Dera (SP), który także uznał, że to próba wywarcia nacisku na sądy.

Negatywną opinię do ustawy wyraziło także Stowarzyszenie Sędziów Iustitia. "Ministerstwu chodzi o stworzenie presji na sędziów. Dopóki zapadały wyroki korzystne dla ministerstwa, nie było problemu" - mówił sędzia Łukasz Piebiak.

Reklama

"Nie pozwólmy, by te procesy toczyły się tylko w kręgu sędziowskim - bez udziału żadnego czynnika zewnętrznego" - zaapelował na koniec wiceminister Kozdroń i większość komisji zagłosowała za rekomendowaniem Sejmowi odrzucenia uchwały Senatu.

Projekt do laski marszałkowskiej złożyli posłowie PO. Jak mówili, zrodził się on na kanwie sytuacji, w której płacowe pozwy sędziów są kierowane do sądów przeciwko prezesom sądów, podczas gdy to minister sprawiedliwości jest dysponentem tej części budżetu państwa, która dotyczy wydatków płacowych dla sędziów i pracowników wymiaru sprawiedliwości. Tym uzasadniono potrzebę utworzenia możliwości przystępowania ministra do procesu, aby prawo ministra sprawiedliwości do właściwego wykonywania budżetu państwa nie było iluzoryczne.

Reklama

Poselski projekt uzyskał poparcie rządu jeszcze na etapie sejmowym. Kozdroń wskazywał wtedy, że ustawa pozwoli ministrowi na przystępowanie do procesów jako tzw. interwenient uboczny (czyli osoba mająca interes prawny w rozstrzygnięciu danej sprawy), ale bez konieczności wykazywania tego interesu prawnego - w przeciwieństwie do pozostałych, którzy muszą go wykazywać, a ostateczną decyzję o dopuszczalności przystąpienia do sprawy wydaje sąd orzekający. W tym wypadku przystąpienie ministra nie zależałoby od decyzji sądu.

Resort sprawiedliwości źle ocenia sądową praktykę, że sędziowie występują o podwyżkę wynagrodzenia do sądu, a rozpatrują to ich własne sądy, bo prezesi sądów nie prowadzą należytej polemiki z pozywającymi. "Były sytuacje, gdy prezes sądu przyznał niesłusznie podwyżki sędziom - interweniowaliśmy, ale prezes tego nie uchylił. Boimy się, że rozumiejąc tak daleko idącą niezależność sądów, te sądy mogą wysadzić budżet w powietrze, na co minister nie będzie miał wpływu" - mówił Kozdroń.

W dyskusjach ekspertów projekt wywoływał kontrowersje, bo zmienia on zasadę równości stron z Kodeksu cywilnego. Od czasów Kodeksu Napoleona stanowi ona, że - czy to obywatel, czy minister - przed sądem cywilnym ich prawa są równe. Wskazywano, że w tej sytuacji powinno się też zapisać, że w sprawach z pozwu nauczycieli o ich pensje powinno się też dopozywać ministra edukacji.

Sprawa wynagrodzeń sędziów i dopuszczalności podwyżek jest jeszcze nieprzesądzona od strony prawnej, bo czeka na rozstrzygnięcie Sądu Najwyższego i Trybunału Konstytucyjnego, gdzie trafiły kasacje i pytania prawne.