Według ekspertów nasi politycy zmarnowali szansę na rozwiązanie problemu masowej inwigilacji obywateli. Proponowane przez nich przepisy nadal są dalekie od konstytucyjnych standardów.
Uprawnienia służb a wolność jednostki / Dziennik Gazeta Prawna
Brak jednolitego mechanizmu zapewniającego zewnętrzną kontrolę nad sięganiem po dane telekomunikacyjne, możliwość ich pozyskiwania w związku z błahymi przestępstwami i wykroczeniami, a także brak obowiązku informowania obywateli o tym, że ingerowano w ich prywatność – to główne zarzuty, jakie eksperci stawiają przygotowanemu przez Senat projektowi. To ten, który miał ukrócić samowolkę służb w tym zakresie. Jedna z organizacji pozarządowych przygotowała już propozycje poprawek do projektu. Ich ewentualne przyjęcie nie sprawi jednak, że prawo obywateli do prywatności będzie w pełni respektowane, ale przynajmniej pozwoliłoby nieco załatać senacką propozycję.
Reklama

Reklama
Fikcyjna kontrola
W lipcu zeszłego roku Trybunał Konstytucyjny uznał, iż obecne przepisy regulujące dostęp służb do danych telekomunikacyjnych obywateli są niezgodne z ustawą zasadniczą (sygn. akt K 23/11). W uzasadnieniu wyroku sędziowie zawarli dla ustawodawcy konkretne wskazówki, jak tę sytuację naprawić (patrz: grafika). Jednak zdaniem ekspertów to, co przygotowali senatorowie, nie wypełnia wszystkich zaleceń trybunału.
– W szczególności nie przewiduje realnej, niezależnej kontroli nad dostępem do billingów i innych danych telekomunikacyjnych – twierdzi Katarzyna Szymielewicz, prezeska fundacji Panoptykon.
Projekt zakłada, że policja i służby co sześć miesięcy będą składać do sądu okręgowego sprawozdania o łącznej liczbie pobranych danych, a sąd będzie mógł – a więc nie będzie to nawet obowiązkowe – zapoznać się z materiałami, z których wynikała potrzeba ich udostępnienia. Uprzednia zgoda sądu będzie wymagana tylko wtedy, gdy będzie chodziło o pozyskanie danych dotyczących m.in. adwokatów, dziennikarzy czy też parlamentarzystów. W tym ostatnim wypadku zgodę miałby wydawać I prezes Sądu Najwyższego.
– Nie kwestionuję, że ingerencja w prywatność parlamentarzystów powinna być absolutnie wyjątkowa, jednak wydaje się, że zamiast skupić się na ochronie wszystkich obywateli, senatorowie zadbali wyłącznie o siebie – komentuje Wojciech Klicki, ekspert Panoptykonu.
Rozwiązanie dotyczące następczej kontroli nie znalazło uznania również w oczach prokuratora generalnego. „Zobowiązanie organu policji do przedstawiania zbiorczych, uogólnionych informacji o liczbie kontroli danych telekomunikacyjnych lub pocztowych, podstawach prawnych ich uzyskania, jak i rodzaju przestępstw, w związku z zaistnieniem których wystąpiono o wskazane dane – nie stanowi rzeczywistej kontroli zasadności występowania o wskazane dane” – napisał w opinii przygotowanej dla Senatu Marek Jamrogowicz, pierwszy zastępca PG.
Z kolei generalny inspektor ochrony danych osobowych podkreśla, że kontrola następcza powinna być traktowana jako wyjątek i stosowana jedynie w sprawach niecierpiących zwłoki.
Brak informacji
Kolejny zarzut względem senackich propozycji dotyczy braku regulacji, które pozwalałyby informować obywateli o tym, że ich dane zostały służbom udostępnione.
Wątpliwości, że prawo powinno przewidywać taką możliwość, nie ma rzecznik praw obywatelskich. Mało tego – Marek Łukaszuk, dyrektor zespołu prawa karnego w biurze RPO, uważa, że najwłaściwsze byłoby przeniesienie do polskiego prawa rozwiązań szwedzkich: tam obywatele po zakończeniu działań operacyjnych mają prawo składać do sądu skargi następcze.
Na podobnym stanowisku stoi Najwyższa Izba Kontroli, która również miała zastrzeżenia co do uprawnień służb w zakresie sięgania po billingi.
– Należy wprowadzić rozwiązania zapewniające każdemu prawo do uzyskania informacji o pozyskaniu jego danych, z możliwością odroczenia przekazania tej informacji do czasu zakończenia postępowania – podkreśla Paweł Biedziak, rzecznik prasowy NIK.
Natomiast Panoptykon ostrzega, że pominięcie tej gwarancji narusza konstytucyjny i europejski standard ochrony praw człowieka: dostęp do tego typu informacji jest bowiem warunkiem umożliwiającym realizację innych praw jednostki, w szczególności prawa do sądu.
Błahe powody
Krytykowana jest również propozycja, zgodnie z którą służby będą mogły sięgać po dane telekomunikacyjne obywateli w celu „zapobieżenia, wykrycia, ustalenia sprawców, a także uzyskania i utrwalenia dowodów, ściganych z oskarżenia publicznego, umyślnych przestępstw”. Zdaniem ekspertów tak ujęty katalog sytuacji usprawiedliwiających działania służb jest zbyt szeroki. „Pogląd, że wszystkie stypizowane przez ustawodawcę przestępstwa (w tym skarbowe) czy chociażby tylko wszystkie przestępstwa ścigane z oskarżenia publicznego są przestępstwami »poważnymi«, należałoby uznać za pogląd całkowicie niezasadny” – zauważa prokurator Jamrogowicz. Z oskarżenia publicznego bowiem ścigane są nie tylko czyny największego kalibru, ale też – dla przykładu – nielegalny wyrąb drzewa w lesie.
Dlatego zdaniem ekspertów taka swoboda służb w sięganiu po dane obywateli może zostać uznana za naruszenie konstytucji, a konkretnie wyrażonej w niej zasady proporcjonalności. Zgodnie z nią bowiem stopień ingerencji w prawa człowieka (w tym wypadku prawo do prywatności) musi być uzasadniony powagą zagrożenia lub innym interesem publicznym.
– W praktyce oznacza to, że dane telekomunikacyjne powinny być dostępne wyłącznie w związku ze ściganiem poważnych przestępstw, a skala ich wykorzystania nie może wykraczać poza działania obiektywnie konieczne do zrealizowania tego celu – tłumaczy Szymielewicz.
Na konieczność utworzenia katalogu spraw, do których dane telekomunikacyjne mogłyby być pozyskiwane, zwraca również uwagę NIK.
Niepokój budzi jednak i to, że projekt odnosi się jedynie do danych telekomunikacyjnych i pocztowych. Jego zakresem nie zostaną więc objęte dane przechowywane przez firmy świadczące usługi drogą elektroniczną, szczególnie w zakresie dostarczanych przez nie usług e-poczty. Na to niedopatrzenie zwróciły uwagę nie tylko organizacje czuwające nad przestrzeganiem praw obywateli, lecz także same służby (CBA, ABW).
Propozycje poprawek
Prace w Senacie nad projektem dobiegły już końca. Teraz pochylą się nad nim posłowie, którzy oczywiście będą mogli wprowadzić do niego własne poprawki. Licząc, że dostrzegą oni taką potrzebę, Panoptykon przygotował ich propozycje:
● wprowadzenie jednolitego mechanizmu zapewniającego zewnętrzną kontrolę nad sięganiem po dane telekomunikacyjne, bez względu na ich rodzaj i sytuację osoby, której dotyczą,
● wprowadzenie zasady, zgodnie z którą każdy ma prawo zażądać od policji lub innych służb informacji o tym, czy jego dane telekomunikacyjne były w przeszłości udostępniane na potrzeby konkretnych postępowań,
● wprowadzenie do projektu ograniczenia, zgodnie z którym dane takie (z wyłączeniem podstawowych danych abonenckich) mogą być udostępniane wyłącznie w tych samych przypadkach, w których służby mogą prowadzić kontrolę operacyjną,
● objęcie zakresem projektu danych przetwarzanych przez firmy świadczące usługi drogą elektroniczną.
Są jednak nikłe szanse na to, że posłowie będą chcieli wprowadzać poprawki tak daleko ingerujące w pierwotną treść projektu. Ustawodawcę goni czas – wyrok TK wejdzie w życie już na początku lutego 2016 r.
– Zwlekając tak długo z przygotowaniem projektu i wprowadzając go ostatecznie drogą przez Senat, rząd zmarnował szansę na głęboką i bardzo potrzebną reformę, która mogła rozwiązać problem masowej inwigilacji – podsumowuje Katarzyna Szymielewicz.
Etap legislacyjny
Projekt przed pracami w Sejmie