Taką decyzję podjęli np. wszyscy sędziowie z Sulęcina. Ich macierzysty sąd 9 miesięcy temu został przekształcony w wydziały zamiejscowe Sądu Rejonowego w Międzyrzeczu.

– Nie wyszedłem wczoraj na salę rozpraw, choć miałem wyznaczoną wokandę. Poinformowałem o odstąpieniu od orzekania swoich przełożonych – prezes Sądu Rejonowego w Międzyrzeczu oraz prezesa Sądu Okręgowego w Gorzowie Wielkopolskim. Tak samo zrobili moi koledzy – tłumaczy sędzia Bartłomiej Starosta.

W innych jednostkach, które dotknęła reforma Gowina, takiej jednomyślności jak w Sulęcinie już nie ma. Jednak wszyscy sędziowie, z którymi rozmawialiśmy, mają wątpliwości, czy mogą wydawać merytoryczne rozstrzygnięcia.

– Postanowiłem wstrzymać się od orzekania. Nie wychodzę także na salę rozpraw. Część z moich kolegów wybrała salomonowe rozwiązanie – prowadzi rozprawy, ale unika podejmowania merytorycznych decyzji – relacjonuje sędzia Robert Słabuszewski, przewodniczący zamiejscowego wydziału cywilnego Sądu Rejonowego w Gorzowie Wielkopolskim.

Skąd to zamieszanie? Otóż do sędziów dotarło uzasadnienie kluczowej uchwały Sądu Najwyższego podjętej w lipcu. Wynika z niego, że minister sprawiedliwości podczas styczniowej reformy popełnił kolosalny błąd: nie podpisywał osobiście decyzji o przenoszeniu sędziów ze znoszonych sądów, lecz scedował to na swoich zastępców. Efekt jest taki, że w opinii SN decyzje te są nieważne, a sędziowie nie mogą orzekać.

Jak uzasadnienie Sądu Najwyższego komentuje Ministerstwo Sprawiedliwości?

– Zwracamy uwagę, że ta uchwała SN została wydana w konkretnej sprawie i nie ma mocy wiążącej w innych postępowaniach – mówi Wojciech Hajduk, wiceminister sprawiedliwości.

Gigantyczny problem może dotknąć również orzeczeń wydawanych po 1 stycznia przez sędziów zniesionych jednostek. Sąd Najwyższy wskazał bowiem wyraźnie, że mogą one być dotknięte nieważnością postępowania. A to oznaczałoby możliwość wzruszenia setek tysięcy wyroków.

– Sam od początku roku wydałem ponad tysiąc orzeczeń – podlicza sędzia Bartłomiej Starosta.

Zamieszanie w środowisku sędziowskim wywołało opublikowane na początku października uzasadnienie lipcowej uchwały Sądu Najwyższego podjętej w składzie siedmiu sędziów (sygn. akt III CZP 46/13). Zapadła ona w sprawie sędziego przeniesionego z Lęborka do Bytowa.

Lipcowa uchwała

Z uzasadnienia wynika bowiem, że podczas styczniowej reorganizacji, której efektem było zniesienie 79 mniejszych sądów rejonowych, ówczesny minister sprawiedliwości popełnił poważny błąd: nie podpisał osobiście decyzji o przeniesieniu do większych jednostek sędziów znoszonych sądów. Zrobili to za niego podsekretarze stanu w resorcie sprawiedliwości. Tymczasem – jak czytamy w uzasadnieniu uchwały SN – „decyzja o przeniesieniu na inne miejsce służbowe podjęta przez inną osobę, także »z upoważnienia« Ministra Sprawiedliwości, jest wadliwa (bezprawna), a sędzia, którego ona dotyczy, nie może wykonywać władzy jurysdykcyjnej w sądzie (na obszarze jurysdykcyjnym), do którego został »przeniesiony«.”

– Ta uchwała czarno na białym pokazuje, że to, co zrobił ówczesny minister sprawiedliwości, było niezgodne z konstytucją – komentuje Maciej Strączyński, prezes Stowarzyszenia Sędziów Polskich „Iustitia”.

Dodaje, że stowarzyszenie szeroko sygnalizowało ten problem, jednak resort pozostał głuchy na jego argumenty.

– Efekt jest taki, że dziewięć miesięcy pracy 79 zniesionych sądów powinno trafić do kosza – uważa sędzia Strączyński.

Sąd Najwyższy podkreślił bowiem, że jeżeli w składzie orzekającym był sędzia, w którego sprawie minister wydał wadliwą decyzję o przeniesieniu, to taki skład jest „sprzeczny z przepisami prawa w rozumieniu art. 379 pkt 4 k.p.c.”. Zgodnie z tym przepisem, jeżeli w danej sprawie skład sądu był sprzeczny z przepisami prawa, to zachodzi nieważność postępowania.

– To może oznaczać, że trzeba będzie powtórzyć kilkaset tysięcy postępowań. A to rozłoży polskie sądownictwo na łopatki – prorokuje Maciej Strączyński.

Rozterki sędziów

Sędziowie, którzy znaleźli się w takiej sytuacji jak sędzia, w którego sprawie została podjęta uchwała SN, mają więc twardy orzech do zgryzienia. Część z nich podjęła już decyzję, że odstępuje od orzekania. Wśród nich jest sędzia Robert Słabuszewski, przewodniczący zamiejscowego wydziału cywilnego Sądu Rejonowego w Gorzowie Wielkopolskim, który przed 1 stycznia br. wchodził w skład Sądu Rejonowego w Strzelcach Krajeńskich.

– Nie chodzi o uchylanie się od pracy. Ja nadal pracuję: piszę uzasadnienia do zapadłych już wyroków, załatwiam sprawy czysto techniczne. Nie rozpoznaję jednak spraw merytorycznie – deklaruje. I tłumaczy, że gdyby podjął inną decyzję, naraziłby się na zarzut przekroczenia uprawnień. A to – jego zdaniem – mogłoby grozić nie tylko odpowiedzialnością dyscyplinarną, ale nawet karną.

Sędziowie, którzy podjęli decyzję o odstąpieniu od orzekania, podkreślają, że kieruje nimi również troska o wymiar sprawiedliwości.

– Po tym, co stwierdził SN, my po prostu nie możemy orzekać. Po co wydawać wyroki, skoro i tak zostaną one wzruszone w trybie nadzwyczajnym – pyta retorycznie sędzia Bartłomiej Starosta, którego macierzysty sąd w Sulęcinie został przekształcony w wydział zamiejscowy SR w Międzyrzeczu.

Sędziowie kontra resort sprawiedliwości

Sędziowie kontra resort sprawiedliwości

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Studzenie emocji

Co na to przełożeni sędziów? Pytany przez nas prezes Sądu Okręgowego w Gorzowie Wielkopolskim, Roman Makowski, przyznaje, że wie o sytuacji w podległej mu jednostce. Jak podaje, wczoraj nie odbyły się w niej dwie wokandy – łącznie 17 spraw. Na jego ręce trafiły pisemne oświadczenia o odstąpieniu z dniem wczorajszym od orzekania czterech sędziów z sulęcińskich wydziałów (cała tamtejsza ekipa orzeczników liczy siedem osób).

– Poinformowałem sędziów, że moim zdaniem powinni nadal orzekać. A to dlatego, że uchwała SN dotyczy konkretnej sprawy i nie jest wiążąca w innych postępowaniach. Ja oczywiście nie mogę niczego nakazać sędziom, ponieważ jako prezes sprawuję nad nimi jedynie nadzór administracyjny, a kwestie orzecznicze są chronione niezawisłością. Co więcej, również SN w uzasadnieniu swojej uchwały podkreślił, że to sąd z urzędu musi rozstrzygać na każdym etapie postępowania, czy jest upoważniony do orzekania w konkretnej sprawie – mówi prezes Makowski.

Zaznacza jednak, że rozumie argumenty, które SN przedstawił w uzasadnieniu uchwały.

A te, trzeba przyznać, są bardzo mocne. I zaskakujące, nawet dla Ministerstwa Sprawiedliwości.

Stanowisko resortu

– Lipcowa uchwała SN jest wyraźnie sprzeczna z dotychczasową linią orzeczniczą – mówi Wojciech Hajduk, wiceminister sprawiedliwości.

I przypomina uchwałę z 2007 r., w której Sąd Najwyższy w pełnym składzie uznał, że ustawowe uprawnienie ministra sprawiedliwości do delegowania sędziego do pełnienia obowiązków w innym sądzie może być w jego zastępstwie albo z jego upoważnienia wykonywane przez sekretarza stanu lub podsekretarza stanu (sygn. akt BSA I-4110-5/07).

– SN potwierdził to w postanowieniu z 2012 r., w którym wskazał, że choć uchwała z 2007 r. dotyczyła delegacji sędziego, to jednak merytorycznie odnosiła się do wszystkich ustawowych kompetencji przyznanych ministrowi sprawiedliwości – podkreśla wiceminister Hajduk.

Dlatego też resort stoi na stanowisku, że decyzje ministra nie są dotknięte nieważnością.

– Dlatego też uważam, że sędziowie nie powinni wstrzymywać się od orzekania. Ale to każdy z nich, zgodnie z własnym sumieniem, musi podjąć decyzję w tej sprawie. Jeśli chodzi o orzekanie, sędziowie są niezawiśli, więc resort nie może na nich nic w tej kwestii wymusić – zaznacza Wojciech Hajduk.

Sędziowie są niezawiśli, resort nie może na nich nic wymusić w kwestii orzekania