– Chcę powiedzieć okłamanym żonom miliarderów z całego świata: marzycie, aby puścić z torbami swoich mężów, zróbcie to w Londynie, dlatego że londyńscy specjaliści od puszczania z torbami będą wam wdzięczni za możliwość zarobku – tak burmistrz Londynu Boris Johnson zachęcał zagranicznych bogaczy do korzystania z usług londyńskich sądów.

– Jeżeli jakiś oligarcha uznał, że został obrażony przez innego, to właśnie londyńscy adwokaci wyleją balsam na jego serce – zapewniał. Dzięki swoim sądom Londyn stał się kierunkiem numer jeden prawnej turystyki w Europie. Miasto zyskało już miano światowej stolicy rozwodów.

Brytyjskie prawo pod tym względem uchodzi za sprzyjające kobietom, co działa jak magnez na małżonki miliarderów. Do najgłośniejszych spraw rozwodowych obcokrajowców, które odbyły się w Londynie, należy przypadek oligarchy Borysa Bieriezowskiego i jego byłej żony Galiny Beszarowej. W 2011 r. dzięki anglosaskim sądom kobieta zdołała zabrać eksmężowi 220 mln funtów.

Londyn, dzięki swoim sądom, zyskał miano stolicy rozwodów

Gościnność brytyjskiego sądownictwa ma też swoje ciemne strony. Wystarczyło, że do rąk brytyjskich czytelników trafiły 23 egzemplarze książki „Finansowanie zła”, by na celownik londyńskiego sądu trafiła jej autorka, amerykańska badaczka terroryzmu Rachel Ehrenfeld.

W 2003 r. kobieta została pozwana przez jednego z bohaterów swojej książki, Saudyjczyka Chalida bin Mahfouza, którego oskarżyła o współudział w finansowaniu ekstremistów.

Brytyjski sąd orzekł na rzecz Saudyjczyka odszkodowanie w wysokości 10 tys. funtów i nakazał autorce zniszczyć wszystkie egzemplarze publikacji. Saudyjczyk nieprzypadkowo na miejsce rozprawy wybrał Londyn. W Wielkiej Brytanii – inaczej niż np. w USA – to strona pozwana musi dostarczyć dowody swojej niewinności.

Dlatego z usług Londynu często korzystają też gwiazdy Hollywood walczące z amerykańskimi mediami. Według amerykańskiej administracji londyńskie sądy zagrażają wolności słowa w USA.

W związku z tym w Kalifornii i stanie Nowy Jork uchwalono ustawy, które zwalniają amerykańskich obywateli od konieczności podporządkowania się Brytyjczykom, gdy sąd w USA uzna, że wyrok Londynu narusza wolność słowa gwarantowanego przez amerykańską konstytucję.

Tylko w ciągu ostatniego roku zyski stu najlepszych kancelarii prawnych w Londynie wzrosły o 17 proc., do 5,4 mld funtów. Duża część tej sumy pochodzi z kieszeni oligarchów z byłego ZSRR. Jak szacuje „Financial Times”, ponad 60 proc. spraw prawa handlowego prowadzonych w brytyjskim sądzie pochodzi obecnie z Rosji i Europy Wschodniej.

W prawdziwe święto dla brytyjskich prawników obróciła się tegoroczna sądowa wojna pomiędzy Borysem Bieriezowskim a Romanem Abramowiczem. Honoraria dla adwokatów wyniosły aż 100 mln funtów, czyniąc ten proces najdroższym w historii Wielkiej Brytanii. Miliarderzy dzielili między sobą udziały nabyte w ramach rosyjskiej prywatyzacji w latach 90.

Konkurencję Londynowi w walce o pieniądze bogatych cudzoziemców buduje Berlin. – Hasło „Wyprodukowano w Niemczech” nie dotyczy jedynie samochodów i technologii. Da się je zastosować także do niemieckiego prawa – reklamuje zalety lokalnej Temidy niemieckie ministerstwo sprawiedliwości.

Szczegóły? Wyrok w trzy miesiące, mocne prawo patentowe, tańsze procesy i mniejsze honoraria dla adwokatów.

– Europejskie rządy zaczynają rozumieć, że prawo jest towarem, na którym można zarobić – tłumaczy w rozmowie z DGP prof. Jan Smits z Uniwersytetu w Maastricht.

Ale nie tylko biznes korzysta z braku granic prawnych. Egzotyczną formą tego zjawiska jest wyprawa po eutanazję do Szwajcarii.

Państwo to od lat 40. XX w. przyznaje prawo do śmierci na życzenie ciężko chorym osobom. Co roku na śmierć w Szwajcarii decyduje się kilkuset obcokrajowców – głównie Niemców i Brytyjczyków.

Zjawisko turystyki prawnej dotyczy też Polski, gdzie chętnie prawo jazdy wyrabiają mieszkańcy sąsiednich Niemiec. Co roku w tym celu do Polski przyjeżdża kilkaset osób zza Odry. Mimo że Polacy stawiają przed cudzoziemcami wymóg półrocznego zameldowania, nie stanowi to problemu dla Niemców.

Interes się opłaca, bo kosztuje ponad dwa razy mniej niż w Niemczech. Na Polskę decydują się też ci, którzy utracili prawo jazdy za prowadzenie pod wpływem alkoholu. Nad Wisłą – inaczej niż w Niemczech – nie ma konieczności zdawania testu psychologicznego. W RFN zalicza go jedynie 10 proc. egzaminowanych.