Po porażce projektu ACTA Komisja Europejska nie rezygnuje z szukania sposobów kontrolowania internetu. Projekt Clean IT, który wejdzie w życie w 2013 r., w założeniu miał zapewnić, że sieć przestanie służyć terrorystom. W praktyce to, co jest dziś proponowane, po prostu zlikwiduje wolną platformą wymiany danych.

Bruksela przekonuje, że Clean IT będzie obowiązywał na zasadzie umowy dżentelmeńskiej, więc o przymusie nie ma mowy. Ale zwolennicy libertyńskiego podejścia do sieci mają inne zdanie. Według organizacji EDRI (Digital Civil Rights Initiative) już dziś na koncerny z branży internetowej wywierana jest presja, by same nałożyły sobie kaganiec. Do tego w żadnym momencie nowe przepisy nie zostaną poddane pod głosowanie parlamentów.

– Protesty publiczne nie będą skuteczne – mówi DGP Joe McNamee, dyrektor EDRI. To właśnie ta koalicja organizacji sprzeciwiających się polityce KE w sieci odegrała kluczową rolę w zablokowaniu w zeszłym roku pomysłu ACTA. Dziś EDRI walczy z rozwiązaniami zaproponowanymi w ramach Clean IT.

Przepisy są tak mało precyzyjne, że pozwalają pozwać niemal za wszystko

Projekt raportu, który widział DGP, rzeczywiście zawiera wiele niepokojących rozwiązań. Przewiduje m.in. zniesienie w umowach z klientami zapisów, które zakazują wprowadzenia filtrów przesyłanych danych. Operatorzy mają się również zgodzić, aby władze mogły jednostronnie wycofać z sieci kontent, który uznają za „groźny dla bezpieczeństwa publicznego”. „Świadome” przekierowanie użytkownika do „materiałów terrorystycznych” będzie od tej pory uznawane za równie poważne przestępstwo jak sam terroryzm. Z zasady do pseudonimów używanych w internecie miałyby być podłączone rzeczywiste dane osobowe użytkowników sieci, co ograniczy możliwość korzystania z fałszywej tożsamości.

Firmy, które dostarczają systemy filtrujące kontent, mają przejąć odpowiedzialność prawną, jeśli ich rozwiązania filtrujące okażą się nieskuteczne. W podobny sposób odpowiedzialnością prawną byliby obciążeni indywidualni użytkownicy internetu, którzy świadomie przesyłają materiały nielegalne. Operatorzy mediów społecznościowych mieliby dodatkowo wprowadzić system umożliwiający ostrzeżenie użytkowników przed przesyłaniem zabronionych treści oraz ich zablokowanie. Najniebezpieczniejszy jest jednak zapis, który zobowiązuje firmy dostarczające usługi internetowe do zawierania możliwie ogólnych umów z użytkownikami.

– To stwarza największe pole do nadużyć – przekonuje McNamee. Jego zdaniem przykładem są już dziś istniejące umowy z Microsoftem, które zakazują ściągania z sieci materiałów pokazujących nagość. Zapis jest jednak na tyle mało precyzyjny, że można teoretycznie pociągnąć do odpowiedzialności karnej osoby dopuszczające się nawet najbardziej niewinnych operacji, jak zgrywanie kreskówek z kaczorem Donaldem, który przecież... nie nosi spodni.

Jak mówi nam Michele Cercone, rzecznik Komisji Europejskiej, ostateczny dokument będzie odzwierciedlał opinie stron uczestniczących w tej inicjatywie. – W żadnym momencie akcesu do niej nie zgłoszą ani władze UE, ani kraje członkowskie – mówi DGP Cercone.

Oficjalnie nowym projektem nie zajmuje się zresztą Komisja Europejska, tylko odrębna instytucja pilotowana przez holenderskie służby antyterrorystyczne. Jak mówi nam McNamee, jej prace są finansowane z grantów komisji. Do tej pory zorganizowano już cztery spotkania między przedstawicielami ministerstw spraw wewnętrznych niektórych krajów Unii i wielkich operatorów działających w internecie.

W listopadzie odbędzie się ostatnie spotkanie w tej sprawie w Wiedniu. W lutym zostanie opublikowany końcowy raport. Dokument ten ma być podstawą do przejęcia przez wielkie firmy z branży IT jak Facebook czy Google „dobrowolnych” zapisów o zwalczaniu terroryzmu.

– Wystarczy, aby któryś z dużych graczy podjął takie zobowiązanie, a wszyscy inni pójdą za nim, bo będą się obawiać sporu z rządami. Już teraz coraz aktywniej uczestniczą w pracach Clean IT – mówi McNamee.