Coraz częściej słychać głosy, że z tego względu należy zmienić ustawę – Prawo zamówień publicznych (t.j. Dz.U. z 2010 r. nr 113, poz. 759 z późn. zm.) tak, aby nakazywała odrzucanie ofert zawierających najniższą oraz najwyższą cenę. Niedawno interpelację z pytaniem, czy rząd zamierza wprowadzić do polskich przepisów takie rozwiązania, złożył poseł Arkadiusz Litwiński (PO).

Odpowiedział mu Jacek Sadowy, prezes Urzędu Zamówień Publicznych. Stwierdził jednoznacznie, że odrzucenie skrajnych cenowo ofert byłoby niezgodne z prawem unijnym. Wskazał w nim m.in. na orzeczenie Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości z 22 czerwca 1989 r. (sygn. akt C-103/88), w którym uznano za niedopuszczalne automatyczne odrzucanie ofert na podstawie arytmetycznego kryterium.

„Wykładnia przedmiotowego orzeczenia pozwala przyjąć, że odrzucanie skrajnych ofert, a w tym przypadku ofert o cenach poniżej pewnego poziomu, prowadziłoby do naruszenia zasady konkurencyjności postępowania o udzielenie zamówienia publicznego” – napisał w odpowiedzi Jacek Sadowy.

Problem był omawiany na posiedzeniu sejmowej komisji gospodarki. Litwiński sugerował wówczas, że proponowany mechanizm funkcjonuje w Niemczech. Zaprzeczył temu Dariusz Piasta, wiceprezes UZP.

2,7 oferty składają średnio firmy w jednym postępowaniu

– Tego typu rozwiązanie byłoby natychmiast zaskarżone do Trybunału Sprawiedliwości UE. Podobne funkcjonowało 30 lat temu we Włoszech i zostało uznane, po skardze Komisji Europejskiej, za niezgodne z rozwiązaniami obowiązującymi w Unii. Według mojej wiedzy nie ma w żadnym kraju UE rozwiązań, które pozwalałyby na automatyczne odrzucanie skrajnych ofert – wyjaśnił posłom.

Jak wynika z danych Biuletynu Zamówień Publicznych za 2011 r., w 43 proc. postępowań złożono zaledwie jedną ofertę, w 21 proc. – dwie. Na dodatek średnio odrzucano 1,6 oferty (np. z powodu niezgodności ze specyfikacją). W praktyce więc w stosunkowo niewielu przetargach jest tyle ofert, by móc odrzucać skrajne.