Po wpłynięciu do Krajowej Izby Odwoławczej (KIO) odwołania w sprawie przetargu, zamawiający dostają czas na ustosunkowanie się do zarzutów. Jeśli uwzględnią wszystkie przed otwarciem rozprawy, postępowanie jest umarzane, a rozprawa nie dochodzi do skutku.

I jak pokazują statystyki, dzieje się tak coraz częściej. O ile w 2010 r. umorzono z tego powodu 10 proc. odwołań, o tyle w ubiegłym roku już 15 proc. Oznacza to więc pięćdziesięcioprocentowy wzrost.

– Dostrzegam dwa główne powody. Pierwszy wiąże się z coraz lepszą obsługą prawną, i to po obydwu stronach uczestniczących w przetargach. Na to zaś może mieć wpływ lepsze kształcenie. Na większości wydziałów prawa powstały już kierunki zamówień publicznych – mówi Przemysław Szustakiewicz z Katedry Prawa Administracyjnego Uczelni Łazarskiego.

– Drugi powód może wiązać się ze zmianą mentalności organizatorów przetargów. Coraz częściej nie traktują wykonawców jak wrogów, a zgłaszanych przez nich zastrzeżeń jako prób torpedowania przetargów – dodaje.

– Może to też oznaczać, że urzędnicy przestali się bać wyrażania swoich opinii. Chociaż wiedzą, że bezpieczniejszym rozwiązaniem byłoby poddanie sprawy pod osąd KIO, to decydują się wycofać z własnego błędu i uznać argumenty przedsiębiorców – ocenia Włodzimierz Dzierżanowski, prezes Grupy Doradczej Sienna.

Dodatkowym powodem może też być chęć skrócenia przetargu. Czas oczekiwania na orzeczenie KIO nie jest długi, bo wynosi średnio 12 dni, niemniej dla niektórych i taki okres może mieć znaczenie.

Przegrywają, chociaż mają rację

Chociaż coraz częstsze uwzględnianie zarzutów przez urzędników powinno cieszyć, to jest i druga strona medalu. Czasem nie zgadzają się oni ze wszystkimi zastrzeżeniami oferenta, ale akceptują je, bo tylko wtedy mogą uniknąć rozprawy.

– Przepisy pozwalają umorzyć postępowanie tylko wtedy, gdy zamawiający uwzględni wszystkie zarzuty. Jeśli chociaż jeden z nich nie zostanie uwzględniony, musimy otwierać rozprawę.

I nawet, gdy również dojdziemy do wniosku, że ten jeden zarzut jest bezpodstawny, to odwołanie co do całości zostaje uwzględnione, bo pozostałe zarzuty są słuszne – tłumaczy Małgorzata Stręciwilk, rzecznik prasowy KIO.

Uwzględnienie odwołania oznacza zaś, że to zamawiający pokrywa koszty rozprawy przed KIO. A te mogą wynieść nawet 20 tys. zł plus koszty zastępstwa procesowego strony przeciwnej. Pieniądze te przepadają, mimo że de facto KIO na rozprawie przyznaje rację zamawiającemu i w pełni podziela to, jak odniósł się do zarzutów.

Urzędnicy mówią wręcz o celowym uprzykrzaniu im życia przez niektórych przedsiębiorców. – Niedawno w jednym z przetargów zgłoszono siedem zarzutów. Pięć było słusznych i je uwzględniłem.

Dwóch nie mogłem, bo gdybym to zrobił, w rażący sposób złamałbym prawo i musiałbym liczyć się z konsekwencjami w razie kontroli. W efekcie dojdzie do rozprawy, o której wiem, że ją przegram, chociaż tak naprawdę izba przyzna mi rację – mówi pragnący zachować anonimowość kierownik działu zamówień w jednym z urzędów miast.

W konsekwencji niekiedy urzędnicy uwzględniają zarzuty, chociaż nie do końca się z nimi zgadzają, tylko po to by uniknąć rozprawy i związanych z nią kosztów.

– Rzeczywiście zdarzają się takie odpowiedzi na odwołania, w których zamawiający uwzględniają zarzuty, jednocześnie zastrzegając, że niektóre z nich mogą budzić wątpliwości – przyznaje Stręciwilk.