W realiach ustroju totalitarnego dyplom ukończenia studiów prawniczych staje się przepustką do czynienia zła, a prawo przestaje być „sztuką czynienia tego, co dobre i słuszne”. Zjawisko to znakomicie dokumentuje historia komunizującego studenta prawa Adama Humera.
Reklama
Wprawdzie wybuch wojny obronnej w roku 1939 uniemożliwił Humerowi zdobycie na KUL-u tytułu magistra, ale o uzupełnienie tego braku w zawodowym portfolio skwapliwie zadbał po wojnie. Czasy się zmieniły. Podwładni tytułowali go wówczas „panem majorem”, a aresztanci drżeli na samą myśl o spojrzeniu mu w oczy podczas przesłuchania.

Szafa

We wspomnieniowym opowiadaniu zatytułowanym „Figle losu” Marek Nowakowski opisuje perypetie znajomego inżyniera J., który po podjęciu pracy w Warszawie zamieszkał na stancji w domu emerytowanego małżeństwa H. Z pozoru historia, jakich wiele. „Państwo H. wynajęli mu za umiarkowaną opłatą najmniejszy pokoik w swoim trzypokojowym mieszkaniu. (…) Państwo H. byli już na emeryturze i większość czasu spędzali w mieszkaniu. J. zanotował ten fakt z pewnym zdziwieniem, oboje bowiem byli jeszcze w sile wieku. Ale różne mogły być przecież powody ich przejścia na emeryturę, a krzepki i zdrowy wygląd pana H. o niczym nie świadczył”.
DGP

Reklama
Lokator „z przyjemnością odnotował pewną życzliwość gospodarzy, którzy czasem częstowali go herbatą, dopytywali się, czy dobrze mu się mieszka itp. Byli delikatni, taktowni i J., mieszkaniec wielu sublokatorskich pokoików, uznał warunki swojej egzystencji za nader udane”. Z czasem bohater opowiadania otrzymał kawalerkę i rozpoczął przygotowania do przeprowadzki. Wówczas „odbyła się pożegnalna herbatka z domowym ciastem. J. dostał od państwa H. w prezencie na nowe mieszkanie solidną, dębową szafę, która bardzo mu się przydała”. Minęło kilka lat, podczas których panowie J. i H. sporadycznie spotykali się na ulicy, wymieniając zdawkowe uprzejmości. Pan H. „nadal trzymał się krzepko i zdrowo. Chętnie mówił o wnuczku”.
Zaskakujące zakończenie tej znajomości życie napisało kilkanaście lat później. „Pół roku temu J. włączył telewizor i akurat natrafił na sprawozdanie z sali sądowej. Odbywał się proces Adama Humera i innych funkcjonariuszy bezpieki. J. natychmiast rozpoznał swego gospodarza z mieszkania przy ul. Marszałkowskiej. Zeznawali więźniowie z Rakowieckiej i Koszykowej. Wyliczali repertuar tortur, którym byli poddawani. Wskazywali na kierowniczą rolę Adama Humera, zastępcy departamentu śledczego MBP i jego aktywny udział w śledztwie”.

Twarz z wosku

W roku 1994 Alina Czerniakowska nakręciła dokument pt. „Humer i inni”. Uwieczniła w nim epizody z procesu, w którym na ławie oskarżonych zasiedli byli funkcjonariusze Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Wśród nich znalazł się Adam Humer. Pokazano również reakcje jego ofiar na ponowne spotkanie z katem. Na filmie widać wyraźnie, że nadal nie czują się pewnie i bezpiecznie. Część z nich podczas składania zeznań się trzęsie. Wiele osób płacze.
Zeznaje generał Stanisław Skalski – as lotnictwa, legenda polskich sił powietrznych na Zachodzie, który po wojnie wrócił do kraju, by zostać aresztowanym i oskarżonym o szpiegostwo. „Śledztwo” prowadził Humer.
– Mnie o nic nie chodzi… – wyjaśnia po latach generał łamiącym się głosem. – Mnie chodzi o tych, którzy oddali życie przez nich i przez tych sędziów-morderców.
– Kiedy pana po raz pierwszy pobito? Czy został pan pobity, a jeżeli tak, to kiedy? – pyta sędzia.
– To dopiero się zaczęła «polka» w czterdziestym dziewiątym roku, w marcu czy coś takiego – odpowiada świadek.
– Pobito pana wtedy?
– Tak – pada cicha odpowiedź. – Humer, Szymański, Serkowski...
– W jakich okolicznościach się to wydarzyło? – drąży sędzia.
– Wezwano mnie, kazano się obnażyć, położyć się na taborecie, spodniami mnie związano nogi (czy coś takiego), strażnik stanął okrakiem nad moją głową i jeszcze mnie kluczem tutaj [tzn. w głowę – M.J.] uderzył, no i zaczęła się «polka»…
– Co robiono?
– Bito.
– W jaki sposób?
Generał nerwowo się uśmiecha, po czym kontynuuje:
– Usta miałem zatkane dywanem. Nie widziałem, czym bito: czy pałkami, czy żelazem, czy czym…
Po Skalskim zeznają inni. Zacinają się, głos im drży. Za wszelką cenę starają się jednak zachować spokój. Mówią o okładaniu nahajką zakończoną stalową kulką, o biciu drutem kolczastym w piersi i krocze oraz innych „metodach” śledczych, jakich doświadczyli po aresztowaniu. Oskarżeni nerwowo zerkają w kierunku kamery. Tylko twarz Adama Humera przypomina woskowy odlew. Kiedy zostaje dopuszczony do głosu, wyraźnie się ożywia, po czym buńczucznie rozpoczyna:
– Przyznaję, że w okresie 1944–1947 wobec wszystkich terrorystów i szpiegów, którzy mając informacje o dalszych działaniach innych osób, stawiały opór, z całą świadomością był stosowany przymus fizyczny.
W 1994 roku sąd pierwszej instancji skazał Adama Humera na dziewięć lat więzienia za wymuszanie zeznań torturami. W drugiej instancji w 1996 r. wyrok zmniejszono do siedmiu i pół roku. Skazany zmarł podczas przerwy w wykonywaniu kary. Miał 84 lata. Do końca nie wyraził skruchy.

Funkcjonariusz i obywatel

„Ścieżka kariery” Humera wygląda typowo. W wojnie obronnej 1939 r. udziału nie wziął. Po zajęciu przez Sowietów wschodniej Polski wyjechał do Lwowa, gdzie w marcu 1941 r. został członkiem Komsomołu. We wspomnieniach z rozczuleniem wracał potem do lwowskiego życia kulturalnego oraz kolacji, jaką pewnego razu zjadł w towarzystwie samego Nikity Chruszczowa. Po ataku Niemiec na ZSRR zadekował się w okolicach rodzinnego Tomaszowa Lubelskiego, a kiedy w lipcu 1944 r. pojawiła się na tych ziemiach Armia Czerwona, włączył się w organizowanie terenowych rad narodowych oraz zaangażował w propagowanie nowego ustroju.
W Resorcie Bezpieczeństwa Publicznego „pracę” podjął 12 września 1944 r. Ze stanowiska kierownika Sekcji Śledczej WUBP w Lublinie przeniesiono go do Warszawy, gdzie od 15 lutego 1945 r. pełnił funkcję kierownika Sekcji VIII Wydziału I. W walce z niepodległościowym podziemiem był bezwzględny i przerażająco skuteczny, więc trudno się dziwić, że wkrótce przyszły dalsze awanse. Karierę w organach bezpieczeństwa zakończył na stanowisku wicedyrektora Departamentu Śledczego MBP, które piastował od 1 września 1951 do 31 grudnia 1954 r.
Ze „służby” usunięto go 31 marca 1955 r., ale obyło się bez sądu i degradacji. Do „rezerwy” odszedł w stopniu pułkownika. Decyzję uzasadniono masowym stosowaniem niedozwolonych metod w prowadzonych śledztwach. Na emeryturze nadal świadczył pomoc organom bezpieczeństwa – tym razem już jako „specjalista zewnętrzny”. A specjalizował się w ruchu narodowym oraz nielegalnych ugrupowaniach niepodległościowych.
Interesował się bieżącą polityką oraz żywo reagował na zachodzące w kraju zmiany. Jeszcze 20 marca 1981 r. w liście do Biura Politycznego PZPR z zaniepokojeniem skarżył się na działalność „reakcyjnych, kontrrewolucyjnych elementów”, „gloryfikujących i nobilitujących organizatorów i prowodyrów reakcyjnych band, winnych morderstwa ok. 20 tysięcy patriotów polskich”. Generała Augusta Fieldorfa „Nila” nazywa w nim Humer komendantem „dywersyjnej organizacji zbrojnej działającej na tyłach walczącej Armii Czerwonej” i stwierdza, że nigdy nie był on więziony przez polskie organa bezpieczeństwa ani sądzony przez polskie sądy (sic!). List kończy fraza: „z partyjnym pozdrowieniem”.

Student

Znajomy Marka Nowakowskiego pozbył się szafy natychmiast po odkryciu tożsamości darczyńcy. „Dopiero niedawno – czytamy w opowiadaniu – kupił sobie nową szafę, trzydrzwiową z lustrem. Starą wystawił na korytarz i następnego dnia już jej nie było. Pewno służy dalej komuś innemu. Solidna robota, dąb. Pogoda ducha i spokój sumienia Adama Humera w tamtych latach, kiedy J. mieszkał u niego jako sublokator, zastanawiają go najbardziej. Myślałem – mówi – że nic mnie już nie zaskoczy”.
Życiorys Humera mieści w sobie więcej niespodzianek. W monografii Piotra Lipińskiego, noszącej podobnie jak film tytuł „Humer i inni”, znalazła się zaskakująca informacja: „komunista Humer w październiku 1936 roku zaczął studiować prawo na… Katolickim Uniwersytecie Lubelskim”. Sam zainteresowany bynajmniej nie wypierał się tego elementu swojej biografii. Można powiedzieć, że podchodził do niego ze stoickim spokojem. „Tolerowano tam wszystkich, nawet komunistów – kwitował po latach. – Pod warunkiem, że nie byli Żydami”.
W Archiwum Uniwersyteckim KUL zachowała się teczka studenta Adama Humera, w której znajduje się jego podanie o przyjęcie na studia prawnicze. W rubryce „narodowość” wpisał „polska”, a rubryce „wyznanie” (jak wszyscy): „rzymsko-katolickie”. Dane te powiela studencka karta rejestracyjna. Na uczelni Humer niczym się nie wyróżniał. Czas spędzał zresztą głównie poza Lublinem, gdyż podjął pracę zarobkową w rodzinnym Tomaszowie Lubelskim. W roku 1938 rektor KUL ks. Józef Kruszyński wystawił mu zaświadczenie, które pozwoliło odroczyć odbycie służby wojskowej.

Absolwent

Teczka Humera na KUL-u została przetrzebiona u schyłku lat 40. W podaniu „do Pana Dziekana Wydziału Prawa Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego” z 24 lutego 1948 r. niedoszły absolwent prosi o wydanie zaświadczenia o ukończeniu trzech lat studiów prawniczych, a do odbioru dokumentów upoważnia wiceprokuratora Rejonowego Sądu Wojskowego w Lublinie majora Józefa Feldmana. Uzasadnienia w podaniu zabrakło. Znalazło się w nim za to krótkie wyjaśnienie: „wyjaśniam, że na I-szy rok prawa K.U.L. wstąpiłem w październiku 1936 r., studia przerwałem w 1939 r. z powodu wojny”. W nagłówku czytamy natomiast, że pismo pochodzi od „Humera Adama, majora W.P., b. studenta KUL, zam. w Warszawie ul. Spacerowa 10 m. 7”.
Dokument wyszczególniający zaliczone przedmioty nosi datę 2 marca 1948 r. Wśród ocen przeważają dostateczne (z prawa administracyjnego niedostateczna). Indeks Humera (obecnie w archiwum UW) jeszcze tego samego dnia zabrał wraz z zaświadczeniem mjr Feldman. Zainteresowany osobiście pofatygował się na swoją byłą Alma Mater, by wyjąć z teczki jeszcze świadectwo dojrzałości. Świadectwo chrztu zniknęło z akt jeszcze w 1938 r.
„Dyplom uzyskał na Uniwersytecie Warszawskim – zauważa Piotr Lipiński – choć nie studiował tam ani jednego dnia. (…) W podaniu (1948 rok) o nostryfikację, podpisanym «major Humer Adam», napisał, że skończył studia prawnicze na Uniwersytecie Lwowskim. Nie zaznaczył, czy otrzymał jakiś dyplom. Dołączył tylko rosyjski indeks (pierwszy wpis otrzymał z „podstaw marksizmu i leninizmu”). (…) Do podania o nostryfikację Adam Humer załączył zaświadczenie, że jest funkcjonariuszem Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. 21 maja 1948 roku Rada Wydziału Prawa Uniwersytetu Warszawskiego «zweryfikowała studenta mjra Adama Humera ze stopniem magistra prawa»”.

Czy gdzieś popełniono błąd?

– Dlaczego zaczął pan pracować w bezpiece? – zapytał Humera Piotr Lipiński podczas jednego z więziennych widzeń.
– Bo byłem komunistą – usłyszał w odpowiedzi.
– Komunista mógł zakładać kołchozy, walczyć z analfabetyzmem… – nie dawał za wygraną Lipiński.
– Ale ja byłem prawnikiem – padło kolejne wyjaśnienie. – Uważałem, że podobnie jak w rewolucji francuskiej czy październikowej, potrzebna jest formacja, która stanie na straży ustroju. Pracownicy MBP byli taką formacją i chwała im za to. To grono ludzi godnych szacunku, pełnych poświęcenia i idei.
Katolicki Uniwersytet Lubelski oraz Uniwersytet Warszawski dzielą wstyd za takiego „wychowanka”, niemniej trudno im przypisać współodpowiedzialność za jego odrażające czyny. Doktor Martha Stout, autorka bestsellerowego studium zatytułowanego „Socjopaci są wśród nas”, podaje zatrważające dane: „Mniej więcej jedna na dwadzieścia pięć osób jest socjopatą, czyli osobą bez sumienia”. Następnie amerykańska psycholożka wyjaśnia: „Nie chodzi o to, że socjopata nie potrafi uchwycić różnicy między dobrem i złem, lecz o to, że ta różnica zupełnie nie wpływa na jego zachowanie. Intelektualna świadomość tej różnicy nie uruchamia emocjonalnych syren, błyskających kogutów ani lęku przed Bogiem, jak to się dzieje u pozostałych ludzi”.
O tym, że prawo jest sztuką stosowania tego, co dobre i słuszne, a prawników wiernych etosowi zwykło się nazywać „kapłanami sprawiedliwości”, Adam Humer dowiedział się na I roku studiów, kiedy słuchał w Lublinie wykładów z prawa rzymskiego prowadzonych przez ks. prof. Henryka Insadowskiego. Rudymenty katolickiej etyki i polityki społecznej miał szansę przyswoić dzięki ks. prof. Antoniemu Szymańskiemu. Tego rodzaju wiedza nie wywarła na niego jednak najmniejszego wpływu. Humer zaliczał się bowiem do osobników, którzy dysponują intelektem nieograniczanym przez sumienie.
Casus Humera powinien być obligatoryjnie omawiany na uniwersyteckich zajęciach z etyki prawniczej oraz filozofii prawa. Warto wnikliwie przedstawiać studiującej młodzieży „wyczyny” tego dyplomowanego sadysty, ponieważ na wydziałach jurydycznych znowu pojawia się coraz więcej równo zaczesanych młodzieńców myślących kategoriami: „my – oni”. Fatalne wyniki w nauce rekompensuje im poczucie „misji” oraz głębokie przeświadczenie, że to nie własne braki uniemożliwiają osiągnięcie sukcesu, ale bliżej niezdefiniowany „układ”. Tymczasem we wszelkich poczynaniach skrzydeł dodaje im nadzieja na wciąż obiecywane rychłe zmiany idąca w parze z niezachwianą wiarą, że wystarczy zrobić „porządek” i wszystko będzie dobrze.