21 listopada 2018 r. w DGP ukazał się artykuł red. Małgorzaty Kryszkiewicz „Jak w praktyce (nie) działa losowy przydział spraw”. Znalazł się w nim opis pewnej sprawy karnej, która zawisła przed Sądem Rejonowym w Olsztynie. Okazało się, że zarówno prezes (chodzi o Macieja Nawackiego zasiadającego jednocześnie w Krajowej Radzie Sądownictwa), jak i wiceprezes tego sądu w ogóle nie brali udziału w kolejnych losowaniach mających zdecydować, kto tę sprawę poprowadzi. Prezes Nawacki wyjaśnił, że jej „kategoria” znajdowała się poza zakresem jego i jego zastępcy obowiązków. A te ostatnie określono w Formularzu podziału czynności autorstwa prezesa Sądu Okręgowego w Olsztynie, ustalonego po zasięgnięciu opinii właściwego kolegium sądu. W dniu publikacji do sprawy odniosło się Ministerstwo Sprawiedliwości w pełnym emocji komunikacie umieszczonym na swojej stronie, zapewniając, że system losowego przydzielania spraw (SLPS) funkcjonuje prawidłowo i jest transparentny.
Chciałbym zauważyć, iż używanie sformułowania „transparentny” dla określenia narzędzia informatycznego, które działa w oparciu o algorytm spowity tajemnicą, bo ministerstwo broni do niego dostępu niczym do jakiegoś skarbca królewskiego, wydaje się grubo na wyrost. Warto też pamiętać, że przez kilka pierwszych miesięcy działania SLPS do akt każdej sprawy dołączany był raport zawierający nazwiska wszystkich sędziów biorących udział w losowaniu, odpowiednie współczynniki techniczne i wskazanie osoby, do której ostatecznie sprawa trafiła. Dokument ów zastępował zarządzenie przewodniczącego o przydzieleniu sprawy. Nie wiedzieć czemu zrezygnowano z rozbudowanego raportu na rzecz skróconego, o treści ograniczającej się do wskazania nazwiska sędziego, któremu system sprawę przydzielił. Brak zatem nazwisk pozostałych sędziów biorących udział w losowaniu. Z pewnością zmiana ta nie przyczynia się do zwiększenia lansowanej przez resort sprawiedliwości transparentności
Zarówno sami sędziowie, jak i strony procesu powinni być informowani o tym, czy w konkretnym losowaniu brali udział wszyscy sędziowie danego wydziału czy tylko niektórzy z nich. Informacja taka powinna być zawarta w aktach, by mogli się z nią zapoznać wszyscy uprawnieni do ich przeglądania. Chyba że chodzi o to, by zainteresowanym ustalenie wszystkich okoliczności utrudnić.
Wracając do sedna, otóż opisana przez DGP historia pokazuje wszystkie patologie, które narosły podczas kolejnych nowelizacji par. 43 i następnych Regulaminu urzędowania sądów powszechnych. Bo zaręczam, że nie mamy do czynienia ze specyfiką olsztyńskiego sądu. Należy sobie uzmysłowić, że nie jest konieczne zhakowanie systemu przydziału spraw, ponieważ określonych manipulacji można dokonywać niejako na jego przedpolu.
Mocą lipcowej nowelizacji regulaminu, określanej mianem „powrotu świętych krów”, wprowadzono do par. 48 zmiany, które znacząco zmniejszyły procentowy wpływ spraw do referatów sędziów funkcyjnych, szczególnie prezesów większych sądów. Dość powiedzieć, że prezes sądu, w którym orzeka powyżej 100 sędziów, asesorów i referendarzy, uzyskał bonifikatę w obciążeniu własnego referatu do poziomu 10 proc. spraw w stosunku do referatu szeregowego sędziego. Nie dyskutując nad istotą takowego dobrodziejstwa (choć nie mogę się powstrzymać, by nie wypomnieć, że wedle obietnic „dobra zmiana w sądach” miała również ukrócić przywileje sędziów funkcyjnych), chciałbym podkreślić, że przepis ów nawet po nowelizacji wprowadzał ograniczenie określone wyłącznie procentowo. Ma to o tyle znaczenie, że do referatu prezesa zgodnie z założeniem ustawodawcy ma trafiać co dziesiąta sprawa, bez względu na jej kategorię czy ciężar gatunkowy.
W niektórych sądach, a jest to według moich informacji zjawisko znaczące, uznano, że można pójść jeszcze dalej. Z cytowanej w artykule DGP wypowiedzi sędziego Nawackiego wynika, że nie brał on udziału w kolejnych losowaniach, ponieważ sprawa znajdowała się poza kategorią spraw przydzielonych mu w Formularzu podziału czynności. Zastanawiające jest, jakie to kategorie spraw zostały wyłączone poza kognicję prezesa Nawackiego. Chodzi o liczbę oskarżonych, mnogość zarzutów, wielość tomów czy jakieś inne względy? W swym komunikacie ministerstwo o tym nie wspomina. Tymczasem tajemnicą poliszynela jest powszechna praktyka wskazywania konkretnych kategorii spraw w podziałach czynności, jakie mają wpływać do referatów sędziów, o których mowa w par. 48 regulaminu.
W tym kontekście podkreślenia wymagają następujące dwa aspekty. Po pierwsze, przecież manipulacja wpływem może polegać nie tylko na tym, by daną sprawę otrzymał konkretny sędzia, ale również na tym, by inny sędzia określonej sprawy do osądzenia nie dostał. Wyłączenie od rozpoznania przez sędziego określonych kategorii spraw, nawet w oparciu o formalną decyzję odpowiedniego organu sądowego, właśnie do tego finalnie prowadzi.
Po wtóre, w moim przekonaniu wskazywania przez właściwych prezesów przy współdziałaniu kolegiów sądów w podziałach czynności kategorii spraw, jakie mają trafiać bądź nie trafiać do referatów konkretnych sędziów, nie da się pogodzić z brzmieniem regulaminu urzędowania sądów powszechnych, który, mając rangę rozporządzenia, ma niewątpliwie pierwszeństwo przed decyzjami organów sądowych, w tym prezesów. Bo oto ten sam regulamin przewiduje ewentualność, którą można by nazwać specjalizacją sędziów. Są to sytuacje, kiedy konkretny sędzia rozpoznaje sprawy określonego rodzaju, np. z uwagi na swoją wiedzę bądź doświadczenie. Wprost mówi o tym par. 45 ust. 1 regulaminu. Tyle tylko, że by taka sytuacja zaistniała w konkretnym wydziale, zgodę, i to na piśmie, muszą wyrazić wszyscy sędziowie i asesorzy. Wówczas podział czynności może być tak ukształtowany, by konkretny sędzia rozpatrywał sprawy tylko określonego rodzaju. W pkt 2 par. 45 przewidziano podmiotowe wyjątki od konieczności uzyskania zgody, próżno jednak w nich szukać prezesów sądów.
Konkluzja zatem jawi się następująco. Być może flagowy pomysł ministra sprawiedliwości, czyli SLPS, działa co do zasady prawidłowo i ma szerszą niż Temida opaskę na swych informatycznych oczach. Jednak liczne wyjątki wprowadzone nie tylko w drodze odpowiednich zmian regulaminu, ale także poprzez arbitralnie określane przez organy odpowiednich sądów podziały czynności, niweczą przekonanie o jego obiektywizmie i transparentności.
I jeszcze jedna kwestia. Dopóki system nie obejmie całego sądowego wymiaru sprawiedliwości, nie można mówić o jego realnym znaczeniu, polegającym na wyeliminowaniu podejrzeń o stronniczym przydzielaniu spraw sędziom. Wyłączenie spod działania SLPS większości spraw rozpatrywanych kolegialnie, w tym również w Sądzie Najwyższym oraz Trybunale Konstytucyjnym, uniemożliwia osiągnięcie celu, jakim jest przejrzystość i równe obciążenie referatów sędziowskich. Dlatego krytycy tego rozwiązania, mając świadomość wszystkich jego mankamentów, jakże często dekodują skrót SLPS jako Swoim Lepszy Przydział Spraw.