W wojnie o sądy wszyscy mają powody do wstydu. Pamiętając, kto zgłosił i przegłosował nowelizacje, nie zapominajmy także o sędziach, którzy nie potrafili się zmobilizować dla obrony ustroju państwa
Czego nie zabrania prawo, zabrania wstyd. To cytat z Seneki Młodszego. A co wtedy, gdy i wstydu zabraknie? Kto chce znaleźć odpowiedź na to pytanie, powinien jeszcze raz przypomnieć sobie całą historię sporu, jaki toczy się wokół Krajowej Rady Sądownictwa i Sądu Najwyższego. Festiwal obłudy i żenady – tak w skrócie można opisać wydarzenia z ostatnich miesięcy.
Reklama
Wszyscy aktorzy tej tragikomedii – od ministra sprawiedliwości przez prezydenta po I prezes SN – wstydzić się powinni. Ten pierwszy próbował uzasadniać potrzebę reformy sądownictwa za pomocą kiełbasy i pary jeansów. Ten drugi chciał zmiany konstytucji tylko po to, aby zyskać uprawnienia, których ta mu nie przyznaje. Tryptyk zamyka niezawodna prof. Gersdorf, która – jak się później okazało – wcale nie brała udziału w żadnych protestach w obronie sądów, a świeczkę wzięła, bo jej dali. No i było ciemno. Nie będę się rozpisywać na temat projektu jej autorstwa, który z całą pewnością przejdzie do annałów sądownictwa, gdyż zrobił to sędzia Piotr Mgłosiek (patrz obok).

Reklama
Oczywiście, lista negatywnych bohaterów jest znacznie dłuższa. Posłowie mówiący wprost, bez cienia żenady, że poprą każdą poprawkę, która będzie po myśli ich partii, nawet jeżeli będzie ona łamać konstytucję. Prezydenccy doradcy stwierdzający kategorycznie, że sędziowie nie mają prawa wypowiadać się o kwestii niezawisłości, a ci, którzy to robią, powinni zostać usunięci z zawodu, podobnie jak osoby, które „coś ukradły albo kogoś zamordowały”.
Jako obywatelka jestem tym wszystkim mocno zmęczona i – co tu ukrywać – potwornie zniesmaczona. Co gorsza, mam poczucie, że również trzecia władza nie zdała egzaminu. To prawda, sędziowie organizowali kongresy, wydawali uchwały, pisali opinie. Wszystko to jednak okazało się spektakularnie nieskuteczne. Dodatkowo zasmuca mnie to, że prokonstytucyjna i pełna pięknych słów działalność sędziów z ostatnich dwóch lat blednie jeszcze bardziej, gdy przypomnimy sobie wydarzenia, które miały miejsce niemal 10 lat temu. Wówczas to przedstawiciele trzeciej władzy potrafili postawić rządowi ultimatum i zagrozić dniami bez wokand. A kiedy ultimatum okazało się nieskuteczne, spełnić swoją groźbę. Dni bez wokand wracały w sądach w całej Polsce kilkakrotnie. Bywało, że w akcji protestacyjnej brało udział ponad 70 proc. wszystkich sędziów. Ta determinacja, nie od razu, ale jednak przyniosła oczekiwane skutki. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że wówczas przeciwnik nie był tak bezwzględny jak dziś. Ale też stawka, o jaką toczyła się walka, była dużo mniejsza niż obecnie. Wówczas bowiem sędziowie walczyli... o zmianę systemu wynagradzania sędziów. Dziś natomiast chodzi o ustrój całego państwa.
Nie chcę, żeby odebrano to jako wezwanie do organizowania tego typu akcji protestacyjnych. Pamiętam, że 10 lat temu sama miałam mieszane uczucia, opisując ówczesne dni bez wokand. Co więcej, nie znam również odpowiedzi na pytanie, co sędziowie powinni zrobić, aby z jednej strony skutecznie zahamować rozmontowywanie przez rządzących państwa prawa, a z drugiej nie narazić się na zarzut działania nielicującego z tym zawodem.
Na pewno z sympatią można patrzeć na niedawny apel sędziów z Krakowa. Poprosili oni swoich kolegów, aby rozważyli, czy przed rozprawami nie odczytywać specjalnego oświadczenia. Z jego treści wynika, że sędziowska niezawisłość stała się zagrożeniem dla władzy ustawodawczej i wykonawczej. Pada tam również skierowane do władz państwowych wezwanie do zaprzestania działań niszczących fundamenty demokratycznego państwa prawa. Być może choć część tych, którzy takie oświadczenie usłyszą, przez chwilę zastanowi się, czy może jednak w całej tej sprawie nie chodzi o coś więcej niż o walkę z „kastą nadzwyczajnych ludzi”, a sędziowie nie „kwiczą odrywani od koryta”, lecz próbują zapobiec demontażowi ustroju. Ja wiem, że akcja ta jest próbą zawracania kijem Wisły. Zwłaszcza że pomysł zrodził się tak późno. Dla mnie jednak ma on wymowę symboliczną. Pozwala bowiem mieć nadzieję, że być może rzeczywiście będzie tak, jak wieszczył niedawno w wywiadzie dla DGP sędzia Jacek Ignaczewski. Jego zdaniem pomysły rządzących pozostaną na papierze, bo nie uda im się znaleźć wśród sędziów tylu chętnych, aby można było je w 100 proc. wcielić w życie.
Na koniec posłużę się jeszcze jednym cytatem z Seneki Młodszego: „Chwalebnie jest czynić to, co należy, a nie to, co wolno”. Jeżeli wszyscy, nie tylko sędziowie, potraktujemy te słowa poważnie, niestraszne nam będą żadne ustawy uchwalane przez ten czy kolejne większości.
Odezwa krakowskich sędziów
Z uchwały obradujących wspólnie zebrań sędziów Sądu Okręgowego w Krakowie, Sądu Rejonowego dla Krakowa-Śródmieścia w Krakowie oraz Sądu Rejonowego w Myślenicach:
„My, sędziowie sądów powszechnych, otrzymując powołanie, ślubowaliśmy stać na straży prawa, sprawiedliwość wymierzać zgodnie z przepisami prawa, bezstronnie według swego sumienia, a w postępowaniu kierować się zasadami godności i uczciwości. Dzisiaj sędziowska niezawisłość okazała się zagrożeniem dla władzy ustawodawczej i wykonawczej. Wzywamy władze państwowe do zaprzestania: działań niszczących fundamenty demokratycznego państwa prawa, podporządkowywania sądownictwa politycznym ośrodkom decyzyjnym oraz do zakończenia kampanii pomówień przeciwko sędziom. Prosimy obywateli Rzeczypospolitej Polskiej o obronę, w granicach obowiązującego prawa, konstytucyjnego porządku prawnego. Bez niezależnych sądów nie ma ani demokracji, ani należytego poziomu ochrony praw i wolności obywatelskich, w tym zwłaszcza prawa do rzetelnego procesu, ani też szacunku dla godności ludzkiej”.
Kraków, 4 grudnia 2017 r.