Sędziemu wydawało się, że podpisał, zarządzenie, ale tego nie zrobił. Przemęczenie nie zwalnia go z odpowiedzialności.
Bartłomiej Przymusiński, sędzia / Dziennik Gazeta Prawna
Reklama
ANALIZA WYROKU

Reklama
Stan faktyczny
Sędzia sądu okręgowego był sprawozdawcą w sprawie dotyczącej przedłużenia pobytu obywatela Bangladeszu w strzeżonym ośrodku dla cudzoziemców. Orzeczenie uchylono, sędzia jednak nie dopełnił obowiązku wydania zarządzenia o doręczeniu tego postanowienia administracji ośrodka. Cudzoziemiec został więc wypuszczony dopiero po interwencji kierownictwa jednostki. Złożył następnie wniosek o zadośćuczynienie za niesłuszne przetrzymywanie go w placówce. Sąd apelacyjny uznał sędziego za winnego ale odstąpił od wymierzenia kary. Sędzia wniósł odwołanie. Podnosił, że co prawda nie sporządził zarządzenia na piśmie, ale wydał je ustnie. Był przekonany o doręczeniu tego orzeczenia oddziałowi straży granicznej, ponieważ dotychczas w praktyce takie dokumenty były zawsze doręczane. To przekonanie wynikało z sytuacji, w której najpierw wydał ustne zarządzenie protokolantce, a ta pod koniec dnia pracy zamiast zleconego jej zarządzenia przedłożyła mu do podpisania decyzję o zwrocie akt do sądu rejonowego. Sędzia zaś w natłoku pracy był przekonany, że zarządzenie o doręczeniu orzeczenia zostało mu wcześniej przedłożone do podpisu. Uważał więc, że zostało również doręczone straży granicznej. Wskazywał też na to, że gdyby mógł zorganizować sobie pracę tak, aby procedować bez pośpiechu i stresu, to na pewno nie doszłoby do zarzucanego mu zaniechania. Wskazał, że obciążenie jego referatu było nadmierne (przydzielono mu do rozpoznania o 50 spraw więcej niż kolejnemu pod względem obciążenia sędziemu). Dowodził też, że stan bezprawnego pozbawienia cudzoziemca wolności istniał od uchylenia decyzji o zobowiązaniu go do powrotu, gdyż od tego dnia brak było podstawy prawnej do jego pobytu w ośrodku dla cudzoziemców i to nie on ten stan spowodował, lecz komendant placówki straży. Sam sędzia zaś chciał szybkiego skierowania sprawy na posiedzenie, ponieważ miał zamiar jak najszybszego zwolnienia cudzoziemca z ośrodka. Wniósł o uniewinnienie.
Uzasadnienie
Sąd Najwyższy podtrzymał wyrok z 28 kwietnia 2017 r. sygn. akt SNO 7/17). Wskazał przy tym, że w sądzie, w którym orzekał obwiniony, ukształtowała się praktyka, że to właśnie sędzia sprawozdawca w kolegialnych składach sądu odwoławczego był zobligowany do wydawania zarządzeń wykonawczych do wydanych postanowień. On zaś go nie wydał i nie podpisał – zarządzenie o doręczeniu odpisu postanowienia wymagało zaś formy pisemnej. Nawet gdyby więc wydał polecenie jego przygotowania protokolantowi, to takie działanie nie wystarczało. SN zwrócił uwagę, że czynności te nie są skomplikowane i mogły zostać dokonane już w trakcie posiedzenia (do protokołu) lub na odrębnej kartce dołączonej do akt sprawy. Jest oczywiste, że przygotowanie zarządzenia, nawet jeżeli ma ono charakter techniczno-organizacyjny, nie należy do obowiązków protokolanta, lecz sędziego.
SN wskazał, że nadmiar obowiązków i przemęczenie nie usprawiedliwiają sędziego, ponieważ zaniechana czynność nie wymagała skomplikowanych analiz i czynności orzeczniczych, a chodziło o tak istotną kwestię jak konieczność zwolnienia cudzoziemca z pobytu w ośrodku. Przekonanie, że takie zarządzenie zostało wydane, nie miało żadnych podstaw faktycznych, sędzia przyznał przecież, że sam go nie sporządził i nie podpisywał żadnego innego zarządzenia, niż tylko to o zwrocie akt do sądu rejonowego. Zważywszy na te okoliczności, jak i na to, że sędzia był świadom swojego stanu psychofizycznego (zmęczenie), ale podjął się tego dnia wykonywania swoich obowiązków służbowych, jest oczywiste, że miał obiektywnie możliwość uniknięcia błędu, skoro oceniał swoje predyspozycje jako odpowiednie do orzekania.
Dla oceny zachowania obwinionego nie mogła mieć znaczenia kwestia, że już od chwili uchylenia decyzji o zobowiązaniu cudzoziemca do powrotu istniał stan bezprawnego pozbawienia wolności, ani że do tego stanu przyczyniły się inne osoby, w tym pozostali członkowie składu orzekającego oraz protokolant, a także np. prezes sądu okręgowego, przewodniczący wydziału i zastępca kierownika sekretariatu. SN przypomniał obwinionemu sędziemu rzecz kluczową – chodziło przecież w istocie o napisanie np. na dole protokołu z posiedzenia jednego zdania: „doręczyć OSG odpis postanowienia”. Tylko tyle.
KOMENTARZ
Prośbę o komentarz do tego orzeczenia otrzymałem w drodze na sesję, na którą wyznaczyłem 25 spraw. Gdybym wyznaczał po osiem, następne terminy byłyby nie za cztery, lecz za 10 miesięcy... Jest jednak cena, którą się za to płaci: większe ryzyko popełnienia błędu. Wierzę, że udaje mi się je minimalizować. Każdy musi się zmierzyć z dylematem, czy starać się skończyć jak najwięcej spraw, czy zagwarantować sobie odpowiedni czas na odpoczynek, aby być w formie. SN w omawianej sprawie nie uznał przemęczenia sędziego za przesłankę wyłączającą jego winę i skwitował to stwierdzeniem, że skoro sędzia orzekał, to sam zdecydował, iż jest w stanie pracować. Mógłbym przytoczyć wiele wypowiedzi sądów wyższych instancji napominających sędziów, że jeśli trzeba, to należy pracować wieczorami i w weekendy. Problem w tym, że od kilku lat ta potrzeba nie jest wyjątkiem, stała się regułą. Oczywiście zewnętrzny obserwator może to skwitować stwierdzeniem, że skoro ktoś uważa, że ma za dużo pracy, to niech ją zmieni. Nie o to jednak chodzi. Gdy wsiadamy do samolotu, mamy prawo oczekiwać, że ktoś zapewnił pilotowi możliwość skupienia się na wykonywanych zadaniach i nie dorzucił mu jeszcze kilku pilnych lotów po godzinach. Gdy zdarza się katastrofa, komisja skupia się na ustaleniu, czy otoczenie systemowe nie wpłynęło na błąd ludzki i jak można temu zapobiec w przyszłości. Chciałbym, żeby tego typu profesjonalne nastawienie, pozbawione atmosfery linczowania tych, którzy popełnili błąd, stało się kiedyś standardem w zarządzaniu sądownictwem.