O wpływie subiektywnej aksjologii sędziego na orzekanie mało się pisze. To kwestia z gatunku tych, które można wyczuć, lecz policzyć się nie da
Przedwojenna (prawdziwa!) anegdota o sędzim, który lubił chudy ser i dlatego łagodnie skazywał za sprzedaż mleka chrzczonego wodą, pięknie ilustruje wpływ subiektywnej aksjologii sędziego na orzekanie. Zjawisko istnieje, ale mało o nim się pisze. To kwestia z gatunku tych, które można wyczuć, lecz policzyć się nie da. Komentatorzy mają więc kłopot, a sędziowie siedzą cicho. Uznają to bowiem za przedmiot zazdrośnie chronionej własnej doxy (do której posiadania w ogóle się niechętnie przyznają), widzą w tym wyraz kunsztu (w służbie sprawiedliwości lub do podziwiania) albo – najgorsze – w ogóle nie dostrzegają, co robią, choć to robią.
Reklama
W zamiłowaniu do chudego sera w zasadzie nie ma nic nagannego. Ale jedynie do chwili, gdy sędzia orzeka w ramach ustawowych widełek, a samo orzeczenie jest trafne, staranne i uzasadnione lege artis. Gorzej, gdy tak nie jest, a aksjologia triumfuje nad rzetelnością i/lub rzemiosłem. Ujawnić to może lektura uzasadnień (oczywiście gdy się je czyta ze zrozumieniem). Pamiętam wyroki, gdzie nadmierne przywiązanie sądu do konstrukcji prawnej (całkowicie zbędnej na tle stanu faktycznego i na siłę wciśniętej jako matryca rozumowania) prowadziło do kunsztownych wywodów, samych w sobie może nawet i atrakcyjnych, tyle że prowadzących do nietrafnego rozstrzygnięcia. Pojawia się to w „na siłę” zgłaszanych pytaniach prawnych czy w zbędnych popisach erudycyjnych (czym grzeszą zwłaszcza młodzi, ambitni). Czasem więc jednak widać, że sąd nadmiernie lubi jakiś ser albo go nie lubi (choć nie powinien tego okazywać). To właśnie wytknął NSA (wyrok z 14 września 2016 r., sygn. akt II OSK 2982/14) sądowi pierwszej instancji. Sprawę o tyle warto odnotować, że sądy drugoinstancyjne stosunkowo rzadko wyraźnie krytycznie odnoszą się do opisywanego zjawiska, woląc mówić „jak być powinno” niż „co poszło nie tak”.

Reklama
Otóż wspomniany WSA zajmował się kwestią odmowy zgody na kupno przez cudzoziemca nieruchomości (konkretnie mieszkania). Przesłanką udzielenia takiej zgody jest istnienie „więzi z Polską”, a przykładowe dowody jej istnienia to choćby wskazane w przepisie expressis verbis małżeństwo z naszym obywatelem. W sprawie, o której piszę, kandydatem na nabywcę był cudzoziemiec pozostający w rejestrowanym związku partnerskim z Polakiem. Bieda, że był to związek partnerski, a nie małżeństwo. I zarówno organ administracji, jak i podtrzymujący jego stanowisko WSA wdały się w porównywanie tego związku z małżeństwem, a także w wykazywanie wyższości drugiego nad pierwszym. WSA szeroko zajął się przy tym statusem związków partnerskich i swobodą ich zawierania w krajach ościennych. Natomiast – co mu wytknął NSA – nie zajął się oceną więzi wnioskodawcy z Polską oraz ich trwałości. Uważał bowiem, że związek partnerski nie jest co do zasady „formą wspólnego pożycia na tyle istotną, aby uzasadniała powstanie więzi” wymaganej przez przepisy o nabyciu, gdyż owa więź pojawia się „wyłącznie” w wypadku związku małżeńskiego. Tym sposobem oberwało się także konkubinatom, choć ich sprawa nie dotyczyła. NSA skrytykował aprioryzm założenia prowadzący do zwężenia zakresu stosowania przepisu, no i do wyroku negatywnego dla wnioskodawcy. Zauważmy przy tym, że oba te następstwa były skutkiem aksjologicznego nastawienia orzekającego sądu: nie tylko nie aprobował on pewnej formy kohabitacji, lecz również nie lubił jej zbyt wyraziście, co znalazło odbicie w orzeczeniu. Ustawodawca wymagał więzi o obojętnej genezie. WSA – kierując się preferencjami własnej aksjologii – ograniczył podmiotowy zakres przepisu i przesądził w ogóle o zaniechaniu oceny, czy tu więź występowała, czy nie. Własną preferencję aksjologiczną sąd lubił za bardzo, jak z tym chudym serem.
Innego przykładu dostarczają trudności rozliczeń na tle sponsoringu, który zakończono. To fascynujący prawniczo problem i zawsze bardzo trudny jako konkretny kazus. Jeden z nich został opisany na łamach DGP w końcówce roku. Zarówno publikacja, jak i samo rozstrzygnięcie odnoszą się do kwestii delikatnej i to akurat w czasopiśmie prawniczym czyni szczególnie mało fortunnym wskazanie tropów, choćby bibliograficznych.
Prawne konsekwencje różnych związków nieformalnych są zawsze bardzo ciekawe. W końcu skoro związek jest „nieformalny”, to znaczy, że trzeba mu dopiero „dopasować” prawny reżim. Przy czym istnieje wiele możliwości kwalifikacyjnych, lepszych i gorszych, zależy z punktu widzenia kogo i na ile skutecznie chronią czy jak rozstrzygają nieuchronne kolizje interesów. Ogromne pole dla aksjologii, duże rozbieżności orzecznictwa, wyraźnie rysujące się zmiany ewoluującego nastawienia. To wszystko tkwi w nie najlepszym obyczaju: reakcje środowiskowe są mało asertywnie i nieelegancko złośliwe, co dotyka także osób trzecich (bo sponsor często miewa rodzinę czującą się mało komfortowo w takiej sytuacji). Jeżeli sama ten temat podejmuję, to dlatego, że dostrzegam tu problem owego tytułowego ulubionego przez sędziego sera: mimowolnego ujawnienia przez sąd własnych preferencji aksjologicznych i to ze szkodą dla rzetelności rozwiązania konfliktu oraz potraktowania protagonistów.
Dla mnie problemem jest, że stan faktyczny sprawy został przedstawiony z ekscesywnie drobiazgową, pedantyczną chronologią świadczeń sponsora, co oczywiście tabloidyzuje opis. Także opis dokumentowania poniesionych wydatków nie zostawia wątpliwości aksjologicznych. Inaczej mówiąc: w tym zakresie zabrakło sądowi beznamiętnej asertywności. Sąd „nie lubił” i to daje się odczuć przy lekturze uzasadnienia. I żeby była jasność: bynajmniej nie oznacza to, że „ujmuję się” za jedną ze stron sporu. Nie ujmuję się – tak jak każda z podobnych spraw jest to smutny przypadek i nikomu z trojga uczestniczących aktorów nieprzysparzający żadnej satysfakcji. W ogóle nie wiem, czy droga sądowa jest najlepszym sposobem rozwiązywania podobnych spraw.
Jeszcze kilkadziesiąt lat temu świadczenia ze sponsoringu zaliczono by do sytuacji oscylujących wokół kondykcji ob turpem (świadczenie nieetyczne). Wtedy nie byłoby mowy o dopuszczalności zwrotu świadczenia, a kto wie, może podjęlibyśmy myśl o konsekwencjach także dla sponsorowanej. Obyczajowość jednak wyraźnie ewoluuje. W Niemczech już nawet zapłata za usługi par excellence seksualne nie jest traktowana jako nienależna, co wiąże się z dostrzeżeniem potrzeby ochrony przez prawo strony socjalnie słabszej (zmiana prawa w 2001 r.). Tym bardziej godny prawnej ochrony staje się sponsoring angażujący z jednej strony świadczenia pieniężne, z drugiej zaś – świadczenie towarzystwa, uczestnictwo we wspólnym spędzaniu czasu i rozrywkach, co oznacza trwalszą więź, niewyczerpującą się tylko w sferze relacji seksualnej. Wiele tu oczywiście zależy od obyczajowości lokalnej. Nawet jednak nie uciekając się do przykładu Japonii czy analizy prawnych i kulturowych aspektów zawodu gejszy, nie ulega wątpliwości, że i na tle prawa polskiego kwalifikacja relacji podobnego typu jako umowy nienazwanej jest współcześnie możliwa i dopuszczalna.
Spór o adekwatność prawnej kwalifikacji nie zamyka się w alternatywie: bezpodstawne wzbogacenie – umowa o sponsoring. Niepokojąca jest bowiem obecność trzeciego aktora. Otóż w wypadku, gdy świadczenia sponsora następowały poprzez wypłaty z rachunku bankowego objętego wspólnością majątkową, do sądu jako strona powodowa w sprawie o zwrot świadczeń poniesionych w ramach sponsoringu może się zgłosić małżeństwo. Wtedy bowiem pojawia się kwestia darowizny dokonywanej przez sponsora bez zgody współmałżonka.
Zgodnie z zasadą da mihi factum, dabo tibi ius oba podmioty strony powodowej oczekują, że sąd im dobierze odpowiednią kwalifikację dla podanych faktów, wstępnie zakwalifikowaną jako darowizna z majątku wspólnego, bez zgody współmałżonka. Tymczasem dopatrzenie się przez sąd w podanych faktach realizacji umowy nienazwanej zmienia zasadniczo procesowe położenie współmałżonka sponsora. Zdarza się oczywiście, że jakieś powództwo bywa niezasadne wobec jednego pozwanego, a zasadne wobec drugiego. Tyle że tu jedno prawne zdarzenie dotyczyło świadczenia z majątku wspólnego. Zdarza się też, że małżonkowie występują procesowo łącznie z powodu nietrafnego zakwalifikowania ich sytuacji jako odnoszącej się do majątku wspólnego (tu art. 37 kodeksu rodzinnego i opiekuńczego). Opowiadając się za istnieniem nienazwanej umowy sponsoringu i uznając, że w danym wypadku nie nastąpiła darowizna (bo sponsor otrzymywał świadczenie wzajemne), sąd wyeliminował możliwość zwrotu świadczeń na podstawie art. 37 par. 1 k.r.o. Z pewnością bowiem żona nie jest stroną umowy, w której sponsorem jest jej mąż. Nie wyrażała na nią zgody, a nawet o takiej umowie nie wie. Rezygnacja w 2004 r. przez k.r.o. z koncepcji objęcia obowiązkiem zgody współmałżonka umów przekraczających zarząd zwykły pogorszyło sytuację małżonka dotkniętego skutkami umów obciążających majątek wspólny poza ramami art. 37 k.r.o. i w warunkach nieświadomości potrzeby zgłoszenia sprzeciwu wobec dyspozycji wykonującego zarząd (art. 361 k.r.o.). Po noweli zakres ochrony współmałżonka na tle k.r.o. ujęty jest wąsko. Żona, niewątpliwie poszkodowana i dotknięta finansowaniem sponsoringu z majątku wspólnego, może dochodzić swych pretensji tylko wobec męża i to w ramach zniesienia wspólności. Nie będzie mogła wystąpić także wobec sponsorowanej z tytułu jej bezpodstawnego wzbogacenia; co prawda po stronie żony da się skonstruować zubożenie, ale brak jest z kolei wzbogacenia po stronie sponsorowanej – jeżeli uzyskała ona świadczenia od sponsora w wykonaniu umowy, jak to przyjmuje kwalifikacja sądu. Takie są konsekwencje uznania sponsoringu za umowę nienazwaną, łączącą sponsora i sponsorowanego.
O tym aspekcie sprawy – choćby z punktu widzenia czysto informacyjnego, skoro występowała dwójka powodów – próżno szukać wzmianki w uzasadnieniu sądu, który inaczej określił prawną podstawę żądań pozwu. Jest coś paradoksalnego w tym, że przyjęta kwalifikacja prawna, choć niewątpliwie dająca się bronić, czyni świadczenia na sponsoring z majątku wspólnego nierelewantnymi z punktu widzenia prawa rodzinnego. Żona to akurat osoba zasługująca ze strony sądu na kurtuazję informacyjną, chociażby z uwagi na tak deklarowane w polityce prawa wartości rodzinne. I czytelnik uzasadnienia zostaje z niemiłym uczuciem, że coś w tej sprawie powiedziano za dużo i coś zbyt mało, gdy sąd werbalizował pogląd uzasadniający oddalenie powództwa „z kwalifikacji”.
I niech mi nikt nie mówi, że w prawie nie występuje element genderowy. Quidquid delirant mariti, plectuntur uxores. U Horacego za głupstwa królów płaciły ich narody. U nas: żony za hulanki mężów.
Prawne konsekwencje różnych związków nieformalnych są zawsze bardzo ciekawe. W końcu skoro związek jest „nieformalny”, to znaczy, że trzeba mu dopiero „dopasować” prawny reżim