Jeszcze nie wybrzmiało echo gromkich pokrzykiwań jednego z wiceministrów na sędzię, zawierających sugestię wszczęcia postępowania dyscyplinarnego w związku z decyzją sądu, która politykowi jako stronie nie spodobała się. A już otrzymaliśmy wzmocnienie przekazu słowami samego zwierzchnika, na razie wyłącznie administracyjnego, sądów powszechnych.
Minister sprawiedliwości w wywiadzie radiowym – w odpowiedzi na złożoną na łamach DGP deklarację prezesa Stowarzyszenia Sędziów Polskich „Iustitia” Krystiana Markiewicza o niestosowaniu się do wyroków TK wydawanych w nieprawidłowym składzie – oświadczył, że „jego orzecznictwo będzie przedmiotem oceny, i będzie brał odpowiedzialność za swoje decyzje”.
Warto dodać, że zdecydowany głos sędziego Markiewicza nie był odosobniony. W podobnym duchu na łamach DGP wypowiedział się sędzia Waldemar Żurek z Sądu Okręgowego w Krakowie, rzecznik Krajowej Rady Sądownictwa. Tutaj co prawda reakcja była inna, ale jak mniemam cel ten sam. Wypada wierzyć w zapewnienia płynące z samego biura CBA, że kontrola oświadczeń majątkowych Waldemara Żurka trwała już od listopada 2016 r. i asumptem do jej wszczęcia nie były słowa sędziego dotyczące stosowania się do przyszłych wyroków TK w składach z udziałem sędziów: Mariusza Muszyńskiego, Lecha Morawskiego i Henryka Ciocha.
Proszę wybaczyć, że nie podaję tytułów naukowych szanownych panów sędziów, ale urzędująca od niedawna pani prezes wprowadziła nową świecką tradycję niezamieszczania na stronie internetowej TK w zakładce „Sędziowie Trybunału” tytułów naukowych członków tego gremium, co praktykowano od dekad. Rozumiem, że nie każdy z sędziów ma najwyższy tytuł naukowy „profesora belwederskiego” i pozostałym jest po prostu przykro. Pani prezes mgr Julia Przyłębska wykazała się więc niebywałym taktem i troską.
Reklama
Do rzeczy jednak. Zachodzę w głowę, co też może kryć się pod, powiedzmy sobie szczerze, dość enigmatycznym komunikatem szanownego pana ministra, którego najważniejszy passus zacytowałem wyżej.

Reklama
Po prawdzie przecież orzecznictwo każdego sędziego jest okresowo przedmiotem oceny. Po pierwsze jest kontrola instancyjna, w ramach której sądy II instancji oceniają trafność, zasadność i zgodność z przepisami wydawanych przez każdego sędziego rozstrzygnięć. Ale chyba nie o to chodziło panu ministrowi. Po wtóre jest również kontrola sprawowana przez sędziów wizytatorów w ramach wizytacji wydziałów i lustracji sądów. Co prawda dotyczy ona głównie sprawności postępowań, ale rykoszetem w protokole powizytacyjnym omawia się również stabilność orzeczniczą każdego sędziego, a w ostatnim czasie wystawia mu się również tzw. ocenę okresową. To też jednak jest „oczywista oczywistość” i mniemam, że nie o taką kontrolę chodzi w wypowiedzi, której egzegezy staram się skromnymi siłami niniejszym dokonać.
Jest też trzecia droga. I coś mi mówi, że to właśnie o nią chodzi, zwłaszcza że idealnie wpisuje się ona w kontekst zarysowany zachowaniem prominentnego wiceministra sprawiedliwości, od wspomnienia którego cały wywód rozpocząłem.
Ale zapożyczając frazę od niezrównanego Jerzego Pilcha, najpierw „uporządkujmy doznania”. W ustawie o ustroju sądów powszechnych jest cały rozdział nr 3 poświęcony odpowiedzialności dyscyplinarnej sędziów. Pierwsza myśl, która przychodzi do głowy przy nawet pobieżnym przeczytaniu tych zaledwie dwudziestu sześciu przepisów, to ewidentny brak legitymacji czynnej ministra sprawiedliwości do podjęcia czynności dyscyplinarnych wobec sędziego.
Może tego dokonać jedynie zastępca rzecznika dyscyplinarnego bądź sam rzecznik dyscyplinarny (art. 114 u.s.p.). Natomiast minister może wnioskować o wszczęcie takiego postępowania oraz zaskarżyć decyzję o umorzeniu postępowania wyjaśniającego – jeśli rzecznik nie znalazł podstaw do przedstawienia sędziemu zarzutów, a zostało ono wszczęte z wniosku samego ministra (art. 114 par. 1 i 6 u.s.p.). Minister może również zaskarżyć do sądu II Instancji wyrok sądu meriti (art. 121 par. 1 u.s.p.).
Osobiście jednak uważam, że słabość komunikatów płynących periodycznie z Ministerstwa Sprawiedliwości, a dotyczących zapowiedzi dyscyplinarnych konsekwencji dla merytorycznych rozstrzygnięć podejmowanych najpierw w sumieniu każdego sędziego, a później na sali rozpraw, można udowodnić za pomocą semantyki. A konkretnie poddając analizie przepis, od którego rozpoczyna się rozdział 3 „Odpowiedzialność dyscyplinarna sędziów” ustawy o ustroju sądów powszechnych.
Zgodnie bowiem z art. 107 par. 1 tej ustawy: „za przewinienia służbowe, w tym za oczywistą i rażącą obrazę przepisów prawa i uchybienia godności urzędu (przewinienia dyscyplinarne), sędzia odpowiada dyscyplinarnie”. Prima facie więc sędzia odpowiada dyscyplinarnie za obrazę prawa, ale tylko wówczas, gdy nosi ona znamiona „oczywistej i rażącej”. Przy czym obie przesłanki muszą wystąpić jednocześnie, o czym świadczy koniunkcyjny łącznik użyty w redakcji tego przepisu.
Sąd Najwyższy wielokrotnie w swych orzeczeniach definiował zakres merytoryczny desygnatów „oczywistej i rażącej obrazy prawa”. Dość przytoczyć w tym miejscu jedną z najnowszych wypowiedzi. Otóż w wyroku z 26 lutego 2016 r., sygn. akt SNO 79/15 stwierdzono, że rażąca obraza to taka, która powoduje szkodę lub naraża na szwank prawa i istotne interesy stron biorących udział w postępowaniu, a z oczywistą mamy do czynienia tylko wówczas, gdy jest łatwa do stwierdzenia, a zastosowanie właściwego przepisu prawa (a więc jej uniknięcie) nie powinno budzić wątpliwości przeciętnej osoby o kwalifikacjach prawniczych. Wzmiankowane rozstrzygnięcie Sądu Najwyższego to w istocie kolejne potwierdzenie ugruntowanej od lat linii orzeczniczej w zakresie definiowania sędziowskiego deliktu dyscyplinarnego.
Tym samym doszliśmy do sedna problemu. Obaj panowie sędziowie w swoich wypowiedziach zaprezentowali pewien pogląd prawny. Otóż stwierdzili, że w ich przekonaniu wyroki zapadające w TK w składach, w których zasiądą tzw. sędziowie dublerzy (niedopuszczani do orzekania przez prof. Andrzeja Rzeplińskiego, a dopuszczeni przez prezes Julię Przyłębską), będą dotknięte poważną wadą. Można ją skrótowo określić jako niewłaściwie obsadzony skład orzekający.
Przecież TK w jednym ze swoich pierwszych wyroków w czasie rodzącego się kryzysu konstytucyjnego stwierdził, że trzech sędziów wskazanych przez Sejm nowej kadencji zostało wybranych na miejsca już zajęte, a zatem ich wybór jest nieważny. To był powód ich niedopuszczania do orzekania przez prezesa prof. Rzeplińskiego. Sędziowie Krystian Markiewicz i Waldemar Żurek nie pozostają gołosłowni, a dla poparcia swych zbieżnych konkluzji prezentują pewien wywód prawny. Zgodnie z art. 36 ustawy o organizacji i trybie postępowania przed Trybunałem Konstytucyjnym, tam, gdzie ustawa tego nie reguluje, do postępowania przed TK stosuje się odpowiednio przepisy kodeksu postępowania cywilnego. Zaś art. 379 pkt. 4 k.p.c. mówi, że wyrok jest nieważny, jeśli skład sądu orzekającego był sprzeczny z przepisami prawa.
Każdy sędzia wie, że orzeczenie dotknięte wadą, o której mowa w art 379 pkt. 4 k.p.c., to poważna sprawa. Skoro sędziowie wybrani w listopadzie 2015 r. zostali powołani na stanowiska wadliwie, co stwierdza orzeczenie TK, to w istocie składy trybunału, w których będą w niedalekiej przyszłości zasiadać, będą „niewłaściwie obsadzone”.
Piszę to wszystko, by zdefiniować problem, z którym sędziowie już niedługo będą się mierzyć na salach sądowych. Rozstrzygając konkretne sprawy, będą w rzeczy samej decydować, czy uznać orzeczenia konkretnych składów TK za wiążące, czy też stwierdzić, że są one dotknięte wadą nieważności. Bez względu jednak na to, co postanowią, nie sposób przyjąć, że ich wybór wypełni znamiona przewinienia dyscyplinarnego w rozumieniu art. 107 par. 1 u.s.p. Bo nawet gdyby ryzykownie i na wyrost uznać, że w konsekwencji dopuszczą się obrazy prawa, to z całą pewnością nie będzie ona ani rażąca, ani tym bardziej oczywista, biorąc pod uwagę stopień skomplikowania i mnogość rozwiązań opisywanego konstytucyjnego dylematu, który zafundowali nam politycy. Indywidualne decyzje orzeczników będą się z całą pewnością mieściły w zakresie dyskrecjonalnej władzy każdego sędziego orzekającego w zgodzie z prawem poddawanym wykładni i własnym sumieniem.
Podkreślę raz jeszcze, że będzie to dotyczyło setek tysięcy postępowań toczących się przed sądami powszechnymi, odnoszących się do żywotnych spraw wszystkich obywateli. Jak iluminacyjnie zauważył szanowny pan minister we wzmiankowanym wywiadzie radiowym: „są różni sędziowie w Polsce i na pewno nie należy traktować tej [prezesa Iustitii] wypowiedzi jako reprezentatywnej dla wszystkich sędziów”. To prawda. Tyle tylko, że po ponad rocznej wojnie o Trybunał Konstytucyjny doszliśmy do linii frontu, za którą jest już tylko rozproszona kontrola konstytucyjności. Przewidywania, że do niej dojdzie i że będą jej dokonywać, sądy powszechne, właśnie się ziszczają.
Ale być może konsekwencją niejednolitości w podejściu do prezentowanego zagadnienia będzie uzmysłowienie sobie wreszcie przez społeczeństwo, że Trybunał Konstytucyjny to był jednak ważny przyczółek demokratycznego państwa prawnego.
Nawet gdyby ryzykownie i na wyrost uznać, że sędziowie dopuszczą się obrazy prawa, to z całą pewnością nie będzie ona ani rażąca, ani tym bardziej oczywista, biorąc pod uwagę stopień skomplikowania i mnogość rozwiązań opisywanego konstytucyjnego dylematu, który zafundowali nam politycy