- Wielokrotnie słyszałem od pracowników więzień, że oni nie rozumieją, czemu przysyła się im osoby upośledzone. Doskonale widzą, że umieszczenie niepełnosprawnego w celi niczemu nie służy. Muszą bardziej się nimi opiekować niż ich pilnować. To sytuacja, w której świat staje na głowie - mówi w wywiadzie dla DGP Jacek Zalewski, prezes Stowarzyszenia Dobra Wola OPP.
Reklama
Zdaje się, że problem zamykania w więzieniach osób umysłowo upośledzonych odkrył pan wcześniej niż RPO, który dopiero rok temu zaprezentował raport dotyczący osadzania niepełnosprawnych. Przypomnijmy, że RPO podjął wtedy także interwencję, której skutkiem było dziewięć kasacji, przy czym w przygotowaniu są kolejne. Co więcej, w odniesieniu do 22 postępowań wystąpiono do prezesów sądów o rozważenie wznowienia postępowania, z czego pozytywne rozstrzygnięcie zapadło w 18 sprawach. Widać, że problem istnieje...
Tak, uświadomiła mi to historia, którą usłyszałem od jednego z rodziców. W 2006 r. na koncercie w małej miejscowości pod sceną stał młody, normalnie ubrany człowiek. Zaczął się bardzo specyficznie kiwać, co przykuło uwagę policji. Kiedy do niego podeszli i poprosili go o dokumenty, okazało się, że ten młody człowiek niespecjalnie potrafi coś powiedzieć. Podkreślam, że nie wyglądał na upośledzonego. Policjanci nie wyczuli alkoholu, więc pomyśleli, że jest pod wpływem jakichś środków. Gdy zaczęli go wsadzać do radiowozu, przybiegła jego mama, która wytłumaczyła policjantom, że chłopak jest upośledzony. Ci nie chcieli uwierzyć, bo fizycznie nie było tego po nim widać. Problem został rozwiązany, ale gdy usłyszałem tę historię, od razu zdałem sobie sprawę, że gdyby ci policjanci byli przeszkoleni, nie doszłoby do takiej sytuacji. To wtedy zacząłem myśleć o szkoleniach dla służb i wymiaru sprawiedliwości.
W 2007 r. odbyła się lokalna konferencja z udziałem policji w Piasecznie pod Warszawą. Służby przedstawiały na niej statystyki, pokazywały wykresy, opowiadały o tym, jak wygląda przestępczość w liczbach. Udało mi się zadać pytanie, czy są statystyki na temat przestępstw, których ofiarami padają niepełnosprawni. Policjant otworzył szeroko oczy i powiedział, że nikt ich nie prowadzi. Potem dowiedziałem się, że takie badania nie zostały po prostu zlecone. Ten obszar, zarówno przestępstw wobec osób niepełnosprawnych, jak i tych z ich udziałem, był zupełnie zapomniany.
A prowadzenie takich statystyk jest w ogóle możliwe? Czy osoby upośledzone są w stanie zgłaszać przestępstwa popełniane wobec nich?
To jest gigantyczny problem – osoby upośledzone nie poskarżą się, jeśli coś złego się dzieje. To jeszcze bardziej utwierdziło mnie w przekonaniu, że trzeba zwracać uwagę na to środowisko. A nie jest ono małe. Statystyki podają, że w Polsce ludzi niepełnosprawnych jest 14 proc., z czego co dziesiąty jest niepełnosprawny intelektualnie.
Czy upośledzeni umysłowo są podatni na wchodzenie w konflikt z prawem?
Tak – przede wszystkim taką osobę można wykorzystać. Jeśli ktoś powie upośledzonemu, żeby wszedł do sklepu i przyniósł coś – on to zrobi. Po drugie, nie można oczekiwać, że taka osoba zrozumie reguły otaczającego ją świata. Tak jak było w przypadku Radosława Agatowskiego – chłopak chodził i zbierał to, co znalazł na swojej drodze. Czasem były to puszki, a czasem rower. W pewnym momencie poszedł do więzienia. W jego sprawie zawiodło bardzo dużo czynników.
Jest jeszcze jedno zagrożenie. Upośledzonym można wcisnąć praktycznie każdą usługę przez telefon. Nie wszyscy są ubezwłasnowolnieni całkowicie, niektórzy tylko częściowo. Mają – choć ograniczoną – zdolność do czynności prawnych i potem trzeba to wszystko odkręcać. Upośledzeni ludzie mogą również normalnie się komunikować i to nie jest dla takiej osoby problem, żeby zgodzić się na świadczenie jakiejś usługi.
Wciskanie usługi finansowej to i tak mniejszy problem, jeśli porównać z tym, co może się dziać za zamkniętymi drzwiami.
Dużym problemem jest wykorzystywanie seksualne niepełnosprawnych. Jest tak, bo nie jesteśmy w stanie dotrzeć do ofiar. Jeżeli nawet taka osoba potrafi mówić, to jest nią bardzo łatwo manipulować. Zajmuję się zwalczaniem takich sytuacji, bo mnie samego kiedyś zabraknie, a mój upośledzony syn tu zostanie. Chcę mu zostawić dobre otoczenie. Pamiętajmy: jeśli idzie osoba upośledzona z podbitym okiem, to wiadomo, że mu tego oka nie podbili w knajpie albo na dyskotece. Mógł się oczywiście wywrócić, ale jednak większość przypadków wynika z tego, że takie osoby są bite. I oczywiście nikomu nie powiedzą.
Jest jakaś wspólna cecha, która prowadzi do takiego stanu rzeczy?
Tak. Osoby upośledzone mają wielką wolę zaspokajania otoczenia, chcą, żeby rozmówca ich lubił. Nie przewidują przy tym konsekwencji. Upośledzeni nie udają i zakładają, że świat też nie udaje. Jeśli ktoś powie takiej osobie, żeby się rozebrała, to ona bez wahania to zrobi. Tak samo jest z umowami czy z przyznawaniem się do winy. System nie przeciwdziała tego rodzaju zachowaniom. Ani policja, ani prokuratura, ani sądy.
Gdy coś się wydarzy, osobą pierwszego kontaktu dla osoby upośledzonej jest policjant. Jeśli nie ma odpowiedniego przygotowania, może nie odnotować w dokumentach, że osoba, wobec której podejmował interwencję, jest upośledzona. Rzecznik praw obywatelskich wskazuje, że jeśli sąd wydaje wyrok w trybie nakazowym, istnieje ryzyko, że osobie upośledzonej zostanie wymierzona kara ograniczenia wolności. Policjanci zdają sobie sprawę z takich konsekwencji?
Powoli zaczynają. Piszę artykuły i chodzę po różnych miejscach. Napisałem ostatnio tekst na temat przemocy wobec osób upośledzonych do „Kwartalnika Policyjnego”. Policjanci otwierają oczy ze zdumienia, kiedy im mówię, jak należy postępować wobec upośledzonych. Wyobraźmy sobie taką sytuację: człowiek idzie jesienią boso środkiem drogi. Podjeżdżają policjanci. Co myślą? Że to jakiś ćpun, na dodatek bełkoczący. Ale wystarczy wiedzieć jedną rzecz – jak się powie „podaj rękę”, to osoba upośledzona rękę poda. To są tak proste sposoby!
Zamierza pan szkolić prokuratorów. Jak?
Przede wszystkim chciałbym zapytać, jak sami prokuratorzy to widzą. Przecież to nie jest tak, że celowo przygotowują takie akty oskarżenia, żeby zamykać osoby upośledzone w więzieniach. Żeby jednak takich sytuacji uniknąć, potrzebna jest wiedza. Prokuratorzy muszą pamiętać, że osoba, wobec której prowadzą postępowanie lub śledztwo, może być upośledzona. To zmienia optykę i uruchamia pewną wrażliwość.
A co z biegłymi? To na ich opinię powołują się prokuratorzy.
To jest gra drużynowa. Zaczynam pracować z psychologami, biegłymi sądowymi, którzy mówią mi, że taka wiedza jest niezwykle potrzebna. Nie da się jej wyczytać z książek, trzeba porozmawiać z praktykami i doświadczyć takich przypadków. Jak można pomylić upośledzonego z w pełni sprawnym człowiekiem? Można. W natłoku pracy czy przez nieuwagę popełnia się błędy. Najważniejsza jest świadomość takiego zjawiska. Może być też tak, że biegły orzeknie o upośledzeniu oskarżonego, ale sąd uzna, że miał on świadomość popełnionego czynu. Tylko że zamykanie takiej osoby w więzieniu niczemu nie służy. Sędziowie również powinni mieć świadomość występowania niepełnosprawności intelektualnej, tym bardziej że, jak wspomniałem, upośledzeni mają tendencję do zadowalania otoczenia. Oznacza to, że mogą się przyznawać, żeby się przypodobać.
Jeśli już upośledzony trafi do więzienia, jak można pomóc pracownikom placówki?
Trzeba ich przede wszystkim przygotować na taką sytuację, co łatwe nie jest. Występują problemy komunikacyjne, do tego dochodzi możliwość znęcania się nad taką osobą przez współwięźniów.
Polska podpisała konwencję praw osób niepełnosprawnych i tym samym zobowiązała się do jej przestrzegania przez wszystkie instytucje państwowe. Pracownicy z więzienia na Białołęce zgłosili się do Mazowieckiego Centrum Polityki Społecznej, bo nie wiedzieli, jak postępować z osobami niepełnosprawnymi i, co najważniejsze, jak je rozpoznawać. Skazani bardzo często udawali upośledzonych lub chorych, żeby wyjść z więzienia. Na tym tracą prawdziwi niepełnosprawni.
Służby więzienne nie oceniają zasadności wyroku, jeśli osoby upośledzone trafiają do zakładu, to muszą go odbyć. Wielokrotnie słyszałem od pracowników więzień, że oni nie rozumieją, czemu przysyła się im osoby upośledzone. Doskonale widzą, że umieszczenie niepełnosprawnego w celi niczemu nie służy. Muszą bardziej się nimi opiekować niż ich pilnować. To sytuacja, w której świat staje na głowie.
Ale przecież art. 31 k.k. mówi, że nie popełnia przestępstwa, kto, z powodu choroby psychicznej, upośledzenia umysłowego lub innego zakłócenia czynności psychicznych, nie mógł w czasie czynu rozpoznać jego znaczenia lub pokierować swoim postępowaniem.
Takie jest prawo, ale zawodzi jego egzekwowanie. Nie można karać niewidomego, bo niechcący coś potrącił. Najpierw jednak trzeba wiedzieć, że osoba jest niewidoma. Oczywiście to jest przykład, ale musimy pamiętać, że upośledzenie wbrew pozorom nie jest tak wyraźnie dostrzegalne jak ślepota. Służby, prokuratura, sądy, muszą najpierw założyć, że ktoś może być upośledzony, a bardzo często wychodzą z założenia, że tak nie jest albo że ktoś udaje. To skutkuje właśnie takimi wyrokami, jak w przypadku Radosława Agatowskiego.
Sąd uznał, że Agatowski dokonał kradzieży, „mając w znacznym stopniu ograniczoną zdolność rozpoznania znaczenia czynu i pokierowania swoim postępowaniem”. Jednak biegli ocenili jego upośledzenie jako umiarkowane. Stwierdzili, że ma zaburzenia pamięci, uwagi, obniżony intelekt i obniżony poziom norm moralnych i prawnych, a jego zdolność do uzewnętrzniania tych wartości jest znacznie ograniczona, ale nie da się stwierdzić, że w ogóle nie rozumie tych norm”...
Widocznie biegli nie byli przygotowani i uznali, że Radosław Agatowski rozumie, co to kradzież. Z tym że taki człowiek tego nie rozumie. Dla niego zbieranie „złomu” nie jest przestępstwem, a rower nie ma dla niego żadnej wartości. Skoro ktoś go zostawił, to przecież musi być złomem. Tak prezentuje się ta logika. A czym dla upośledzonego są pieniądze?
Jaki jest najsłabszy punkt w systemie?
Zabrzmi to banalnie, ale zdecydowanie ludzie. Na każdym etapie, jeżeli ktoś nie będzie mieć wiedzy lub nie będzie chciał jej zastosować, będzie najsłabszym punktem. A przecież system jest tak silny, jak jego najsłabszy punkt. Trzeba pamiętać o jeszcze jednej kwestii: takie osoby są wykorzystywane bardzo często w konfliktach rodzinnych i sądy nie biorą tego pod uwagę. Na przykład matka bije takiego dzieciaka i potem mówi, że to ojciec. Upośledzony dzieciak poświadczy. Taka osoba może zaszkodzić także komuś innemu – oczywiście niecelowo.