U człowieka aspirującego do czynnego udziału w życiu obywatelskim widmo infamii budziło większą grozę niż perspektywa bycia zamkniętym w twierdzy.
Reklama
Jak zauważa Juliusz Makarewicz, „Wszędzie, gdzie pojawia się jakaś organizacja, powstają w sposób oczywisty kary i sądownictwo organizacyjne. (…) Przewodniczący bractw rycerskich sprawowali w średnio wieczu władzę karną (kary pie niężne i wykluczenie). Bractwa zamkowe sprawowały sądownictwo karne nad swoimi członkami w wypadku naruszenia postanowień statutu, a gminy żydowskie podlegały sądom obsadzonym przez ich współwyznawców”. Dalekim odblaskiem „prawa karnego stowarzyszeń” jest współczesna odpowiedzialność dyscyplinarna.
Swój rozkwit zjawisko to przeżyło w okresie międzywojennym.

Formuła

Reklama
W dziele zatytułowanym „Wstęp do filozofii prawa karnego” Juliusz Makarewicz podkreśla jeszcze: „Im państwo słabsze, tym łatwiej godzi się na autonomię sądownictwa karnego mniejszych grup: nie jest ono zabronione, a nawet bywa oficjalnie uznane. (…) Przestępstwo w autonomicznym prawie karnym podobne jest w istocie do przestępstwa państwowego potępianego przez państwo. Jest to czyn szkodliwy dla interesów wspólnoty, zagrożony karą przez tę wspólnotę. Analogicznie kara jest złem stanowiącym odpłatę za popełniony niebezpieczny delikt”.
Najsurowszą sankcją, jaką u zarania dziejów autonomiczna grupa społeczna mogła nałożyć na jednostkę naruszającą jej interes, było wydalenie z własnego grona. „Wykluczenie z kasty – tłumaczy Makarewicz – jest straszną karą. Wykluczony pozostaje w całkowitej izolacji, nikt się z nim nie spotyka, nikt go nie zna, pogardzają nim także członkowie innych kast”.
Odwołanie się do czasów pierwotnych nie jest przypadkowe, jako że „przestępczość w autonomicznym prawie karnym ma wiele wspólnego z prawem karnym ludów prymitywnych. Nie zna ono skomplikowanych niuansów opracowanego prawa karnego na naszym poziomie cywilizacyjnym. Nie ma tam rozróżnienia pomiędzy usiłowaniem i dokonaniem czynu, sprawstwem i współudziałem, osądza się po prostu aspołeczne nastawienie sprawcy. Kara następuje, kiedy to nastawienie zostaje potwierdzone i ujawnione przez czyn. Oczywiście nie obowiązuje tam zasada legalizmu. Reakcja przeciw czynom szkodliwym społecznie następuje zgodnie z zasadą oportunizmu”.

Casus

Na pożółkłym papierze, który jakimś cudem zachował się do naszych czasów w zbiorach Oddziału Zbiorów Specjalnych Biblioteki Uniwersyteckiej KUL, uwieczniono wyrok sądu honorowego Bratniej Pomocy Uniwersytetu Lwowskiego. Ogłoszono go dnia 19 września 1921 r.
Koleżeński trybunał honorowy zebrał się, by orzec w przedmiocie: „czy prawdą jest, że kol. Hejnosz Franciszek jako przewodniczący Komisji Kuchennej przywłaszczył sobie 2 szynki z zabitych wieprzów, będących własnością Towarzystwa, dopuszczając się tem samem czynu karygodnego?” i „czy osoba, która zarzut postawiła, a którą wykryć należy, działała słusznie i na dobro czy szkodę Towarzystwa”.
Obie kwestie wyjaśniono, przeprowadziwszy wprzódy drobiazgowe śledztwo. „Z księgi magazynowej i kasowej Komisji Kuchennej – czytamy w protokole – wynika, że z 2 wieprzów będących własnością Towarzystwa jeden został sprzedany w całości poza obręb Domu, drugi zaś zabity w obrębie domu akademickiego, zmagazynowany w magazynie Komisji Kuchennej i wydany częściami Kuchni na przyrządzenie objadów i to w ten sposób, że zabicie i zmagazynowanie miało miejsce 15.V. b.r., konsumpcja zaś skończyła się 17.V na objad. Dowiedzione zostało na podstawie zeznań Kol. Zająca Michała, Malca Tadeusza, Popiela Michała i Druszkiewicza Michała, że kol. Hejnosz Franciszek wyjechał na Zielone Święta dnia 14.V po południu, a więc dnia poprzedzającego zabicie, wrócił zaś dnia 17.V przedpołudniem już po wydaniu resztek mięsa wieprzowego na objad. Jasnem jest, że z powodu fizycznej nieobecności we Lwowie nie mógł przywłaszczyć sobie szynek względnie mięsa, którego waga komisyjnie przy zabiciu stwierdzona pokrywa się zatem bez manka z wagą ilości wydanej z magazynu kuchni i odpowiednio zaksiążkowanej”.

Animus iniurandi

Ponieważ każdy casus pascudeus, zwłaszcza zaś taki, na którego tle pojawiają się wątki defraudacyjne, niepotrzebnie ściąga na stowarzyszenie toksyczne zainteresowanie otoczenia, dochodzenie nie mogło zakończyć się jedynie na potwierdzeniu niewinności podejrzanego. Należało ustalić również źródło krzywdzącej plotki. Ten ambitny cel, który postawił przed sobą studencki trybunał, udało się osiągnąć.
W zapiskach z postępowania czytamy: „Przy rozpatrywaniu punktu pierwszego sąd honorowy ustalił, że źródłem kłamliwych a krzywdzących dla funkcjonowania Towarzystwa zarzutów był kol. Kozdroński Tadeusz, który temu ustalonemu przez sąd honorowy faktowi nie zaprzeczył. Kol. Kozdroński zeznał, że w twierdzeniu swojem opierał się na zaznaniu służącego Domu Akademickiego, co jednakże dowiedzionem nie zostało, a zeznania swoje zakomunikował kol. Birnowi, przewodniczącemu zarządu Domu Akademickiego, celem zbadania tej sprawy. Zeznania kol. Birna w przeciwieństwie do wyżej podanego twierdzenia kol. Kozdrońskiego stwierdzają, że kolega ten, komunikując mu zarzuty przeciw kol. Hejnoszowi, nie stwierdził, że czyni to w celu zarządzenia dochodzenia przez kol. Birna, do czego zresztą kol. Birn, jako niemający wpływu na sprawy Bratniej Pomocy, był zupełnie niekompetentny, natomiast pozytywnie stwierdził, że sprawę tę «wywlecze na walnem zebraniu»”.
I na tym wszakże nie koniec. Komisja zwróciła również uwagę na subiektywny aspekt działania kalumniatora. „Czy kol. Kozdroński wiedział o tem, że kol. Hejnosz Franciszek wyjechał był ze Lwowa, a wobec tego nie mógł mieć fizycznej styczności z zabiciem i konsumpcją wieprza, nie dało się ustalić. Natomiast stwierdzone zostało, że kol. Kozdroński zwrócił się do kompetentnych instancji, w pierwszym rzędzie do Komisji Skontrującej i Wydziału Towarzystwa, z żądaniem zbadania sprawy, do czego, jako członek Towarzystwa był obowiązany moralnie, natomiast, jakby umyślnie, zachowywał milczenie w tej sprawie, obiecując ją wobec nielicznych zaufanych «wywlec na walnem zebraniu», co świadczy o skrytem działaniu, mającym na celu nie zbadanie sprawy, ale jej rozgłoszenie w miejscu i czasie, w którym, jako niedające się przez zebranych natychmiast zbadać i rozstrzygnąć, mogła być za prawdziwą przyjęta i w ten sposób przynieść chwilową szkodę nieobliczalną powadze Towarzystwa i honorowi funkcjonariusza Towarzystwa”.

Wyrok i jego konsekwencje

W przedmiocie pierwszym orzeczono: „stwierdza się, że kol. Hejnosz Franciszek fizycznie nie był w stanie przywłaszczyć sobie szynek z powodu nieobecności w danym czasie we Lwowie i wobec tego zarzut inkryminowany jest pewnie i niewątpliwie kłamliwy”.
Sentencja przybiera ostrzejszy ton odnośnie do kwestii drugiej. „Sąd honorowy odnośnie do punktu drugiego wydaje wyrok, że kol. Kozdroński Tadeusz, absolwent praw, komunikując kol. Birnowi zarzuty przeciw przewodniczącemu Komisji Kuchennej kol. Hejnoszowi Franciszkowi, dopuścił się oszczerstwa i niewątpliwie działał na szkodę Towarzystwa”.
Na oszczercę poza wydaleniem spadła niesława. Ta dodatkowa sankcja, sięga swymi korzeniami antycznych regulacji rzymskich. W pierwszej kolejności infamia dotykała osób, które swoim zachowaniem godziły w kredyt zaufania, jakim obdarzało je społeczeństwo, następnie zaś nie dochowywały lojalności wobec mniejszych struktur, do których przynależeli (rodzina, armia, stowarzyszenia, kolegia kapłańskie, spółki itd.). Przez wiele wieków prawo karne Rzymian zadowalało się obkładaniem infamią wiarołomnych i nieuczciwych jednostek. Warto przy tym podkreślić, że usunięcie ich poza nawias wspólnoty obywatelskiej niejednokrotnie wiązało się z dolegliwościami uciążliwszymi niż więzienie czy śmierć. Wszak konsekwencji swych działań nie ponosił jedynie sam zhańbiony, cierpieli również jego bliscy, zwłaszcza dzieci.
Na naszych ziemiach jeszcze przed wybuchem II wojny światowej u człowieka aspirującego do czynnego udziału w życiu obywatelskim widmo infamii wciąż budziło większą grozę niż chociażby perspektywa bycia zamkniętym w twierdzy. Oficjalne orzeczenie niesławy (lub jej zaciągnięcie ipso facto przez niegodne zachowanie) wiązało się z wykluczeniem towarzyskim i społecznym ostracyzmem. Człowiek noszący to piętno zostawał wyrzucony na margines społeczeństwa. Były to czasy, w których w życiu publicznym nieskalany honor i dobre imię stanowiły konieczny załącznik do dyplomów uniwersyteckich.

Podsumowanie

Budząca na pierwszy rzut oka rozbawienie „świńska sprawa”, jaką zajął się sąd honorowy wyłoniony spośród mieszkańców lwowskiego akademika, wcale nie jest taka błaha, jak mogłoby się wydawać. Na skutek płaskiej intrygi na szali sędziowskiej wagi all’improvviso znalazła się reputacja całego towarzystwa oraz dobre imię jednego z jego członków. Po upływie blisko stulecia wciąż budzi podziw determinacja oraz skrupulatność, z jaką przeprowadzono dochodzenie, oczyszczono z zarzutów niesłusznie pomówionego oraz usunięto ze własnych szeregów czarną owcę.
Studenckie stowarzyszenia, takie jak Bratnia Pomoc (notabene działająca przed wybuchem wojny nie tylko we Lwowie; swoją mieliśmy również w Lublinie), nie były organizacjami li tylko o charakterze samopomocowym. Pełniły również ważną funkcję ideowo-wychowawczą. Miały statut, wewnętrzne procedury sądownicze oraz system kar i nagród. Wszelkie nieprawidłowości (przypominam: mówimy o młodych ludziach na studiach!) niebędące naruszeniem prawa, ale raczej zasad dobrego wychowania i pewnej etykiety, załatwiano między sobą, aby przez wywlekanie brudów na zewnątrz nie ucierpiał prestiż organizacji.
Przykład płaskiego i opartego na niesprawdzonej plotce pomówienia pokazuje, że procedowano uczciwie, a podejmowane działania były szybkie, przejrzyste i dojrzałe. Bardzo życzyłbym sobie zbliżonych standardów w dzisiejszym życiu publicznym.