W 1975 r. na przykład w środku roku zlikwidowano powiaty, przybyło nam kilkadziesiąt (a dokładnie 37) nowych województw, a na drugi dzień można było przeczytać w prasie, że oto mamy taką administrację jak we Francji, bo nowe województwa miały być takimi właśnie francuskimi departamentami. Lada moment więc będziemy żyli na takim samym poziomie jak nad Sekwaną, czego bardzo pragnie dla całego narodu tow. Edward Gierek, który Francję zna i nawet mówi po francusku.

Tłumaczono mi to przed wielu laty w Stanach, kiedy usiłowałem zrozumieć, dlaczego niektóre błahe – wydawać by się mogło – zdarzenia tak bardzo ogniskują zainteresowanie, a na drugi dzień już nikt o nich nie pamięta.

Otóż obudzona rankiem Ameryka dowiaduje się z mediów o jakiejś straszliwej sprawie, o której trąbi się wzdłuż i wszerz. I już się wydaje, że pod wieczór nastąpi kataklizm grożący rozpadem państwa albo nawet zniknięciem pod falami gwałtownie podnoszących swój poziom obydwu oceanów, tymczasem nadchodzi noc, a rankiem z mediów wszyscy dowiadują się o nowej wielkiej aferze, która na szczęście pozwala szybko zapomnieć o dramatach dnia poprzedniego.

Wszelkie reformy administracyjne są trudne, ponieważ zawsze kogoś pozbawiają władzy

I tak jest u nas od momentu zniesienia państwowej cenzury prewencyjnej. Poza ministrem nikt więc nie będzie chwalił przekształcenia niektórych sądów w ośrodki zamiejscowe, a w prasie przez czas jakiś (transformacja nie jest bowiem u nas zakończona, więc pewne tematy nie wyczerpują się jeszcze z końcem dnia) pojawiać się będą dramatyczne tytuły w rodzaju: Gowin zlikwidował 79 sądów jednym pociągnięciem pióra.

Po cichu nawet wielu sędziów przyzna, że dotychczasowa siatka sądów była już od dawna anachroniczna, wszyscy wprowadzeni w tę problematykę wiedzą, że w ministerstwie pracował nad nową strukturą sądów profesjonalny zespół pod wodzą sędziego, który przecież nie brał potrzebnych danych z sufitu, ale to jest w publicznym dyskursie najmniej ważne.

Pobudzeni ostrogą interesu lokalnego politycy ruszą do ataku, a właściwie już ruszyli. PSL domaga się uchylenia rozporządzenia, strasząc, że jest to pierwszy krok do likwidacji powiatów w tych miejscowościach – powiatów, przeciwko którym w ogóle w latach 1993 – 1997 byli, nie rozumiejąc wówczas, że staną się one ich najważniejszą bazą polityczną. Powiaty nie są zagrożone, a z czasem będą się umacniać i rosnąć do siły i pozycji dzisiejszych powiatów grodzkich.

Po latach liderzy tej partii to zrozumieli i teraz bronią status quo także na tym odcinku, nie przyjmując do wiadomości, że raczej lepiej jest dla państwa, jeśli prezes małego sądu powiatowego nie pozostaje w zbyt zażyłych relacjach ze starostą.

Wszelkie reformy administracyjne są trudne, ponieważ zawsze kogoś pozbawiają władzy. A utrata władzy, nawet małej, z punktu widzenia jej nosiciela jest bolesna. Ale ponieważ nikt nie może nas posądzić o prywatę, trzeba bronić własnego interesu w imię interesu publicznego.

Czasami myślę, że im jakaś struktura publiczna jest bardziej anachroniczna, tym lepiej nadaje się do roli bastionu chroniącego interes grupowy – bo nikt poza tą grupą nie rozumie, po co ona istnieje. Takich przykładów można wskazać bez liku, chociażby cały kompleks „Polski resortowej”, niezreformowanej do dziś w najmniejszym stopniu.

Rozporządzenie zostało zaskarżone do Trybunału Konstytucyjnego. Nie jest moją rolą oceniać jego konstytucyjność. Jest tam rzeczywiście kilka problemów wymagających zbadania pod tym kątem. Ale na mój prawniczy węch likwidacja tylko jednego sądu przez ministra spowodowałaby u mnie znacznie większe obawy o czystość intencji niż włączenie całej tak dużej grupy małych sądów w strukturę sądów większych z wyraźnym wskazaniem przyjętego obiektywnego kryterium.