Co jest cenniejsze współcześnie od informacji? Bez informacji, która powinna docierać do zainteresowanych, na dodatek we właściwym czasie, życie publiczne jest wykoślawione. Nie jesteśmy już dziś w stanie samodzielnie, każdy z osobna, dokonywać ustaleń potrzebnych do podejmowania naszych obywatelskich decyzji. Skazani jesteśmy pod tym względem na różnego rodzaju media, ale i te stają się po prostu ślepe, jeśli to, co naprawdę ważne, pozostaje poza ich zasięgiem. Brak pełnego obrazu rzeczywistości skazuje na wybieranie złych opcji – nawet wówczas, kiedy staramy się być maksymalnie rzetelni. Historię cywilizacji dałoby się zapewne napisać na nowo, stawiając w centrum zainteresowania już tylko różne aspekty informacji: jej zakres, szybkość przepływu, szerokość kręgu odbiorców, zdolność do jej odbioru itd.

Nic zatem dziwnego, że dziennikarze i organizacje pozarządowe tak zdecydowanie i jednolicie występują w naszym imieniu i w naszym interesie w obronie właściwych procedur dostępu do informacji publicznej. Z podziwem patrzę na determinację licznych osób szczerze zaangażowanych w tę batalię. W sprawie wypowiedziało się wiele autorytetów prawniczych i społecznych – łącznie z historycznymi przywódcami „Solidarności”. Powiedzmy sobie szczerze: parlament nie zdał egzaminu, uchwalając ostatnią nowelizację ustawy o dostępie do informacji publicznej. Senator, który ją przeprowadził, nie będzie chyba negatywnym bohaterem tylko ostatniej chwili. Nowelizacja była uchwalana w trybie pilnym, a zatem w toku procedury nakładającej na parlament daleko idące ograniczenia wynikające z regulaminów Sejmu i Senatu. Kontrowersyjna poprawka (art. 5. 1a) już to znikała z projektu rządowego na początku postępowania legislacyjnego w jednej izbie, już to pojawiała się na końcu tej drogi w izbie wyższej. Wszystko to, jako żywo, przypominało zabawę w kotka i myszkę.

Efekt tej zabawy leży obecnie na biurku prezydenta. Ani myszy, ani kota nie spuszczają z oczu młodzi prawnicy między innymi ze Stowarzyszenia Liderów Lokalnych Grup Obywatelskich (piękna nazwa) czy Forum Obywatelskiego Rozwoju. Starsze pokolenie chyba już nie wyczuwa wagi tej problematyki, przyzwyczajone przez dziesięciolecia do manipulowania informacją przez rządzących, do jej zatajania czy też posługiwania się półprawdami. Inna sprawa, że na nieuczciwość rządzących miało także swoje sposoby odpowiadania pięknym za nadobne. Jedna i druga strona puszczała do siebie oko i jakoś dało się żyć w tym najweselszym baraku w obozie. Jednak wolne i demokratyczne społeczeństwo, mające aspiracje do codziennego budowania państwa prawa (czyli nadrzędności prawa nad wszystkimi obywatelami - w tym rządzącymi) tak już dalej żyć nie może, a nawet nie potrafi. Jest skazane in gremio na ciężar odpowiedzialności za sprawy publiczne – ma zatem pełne prawo oczekiwać, że poza szczegółowo opisanymi wyjątkami, których granice wyznacza konstytucja, a precyzuje wyraźnie ustawodawstwo zwykłe, wiedza o wszystkich kwestiach ważnych dla życia publicznego będzie w pełni publicznie dostępna. I to wiedza istotna nawet tylko w subiektywnym odbiorze. Informacja publiczna to zatem sól współczesnej demokracji.

Z kręgów okołoprezydenckich docierają do prasy co rusz enuncjacje, że wprawdzie tryb uchwalania tej nowelizacji pozostawiał wiele do życzenia, to jednak prezydent ją podpisze, a następnie być może skieruje do Trybunału Konstytucyjnego – właśnie pod kątem sprawdzenia, czy zachowane zostały wszystkie warunki wymaganego w tym przypadku trybu. Może więc warto dla przypomnienia przytoczyć słowa prezydenta wygłoszone w Trybunale Konstytucyjnym w trakcie ostatniego dorocznego zgromadzenia ogólnego jego sędziów: „Chciałem jednocześnie powiedzieć, że mam świadomość – i zamierzam się trzymać tego jako zasady – że wnioskowanie o następcze sprawdzanie przez Trybunał Konstytucyjny zgodności z konstytucją wdrażanych rozwiązań powinno być absolutnym wyjątkiem. Cieszę się, że nie jestem w tej statystyce liderem”. (Cytuję za tekstem publikowanym 6 kwietnia br. na oficjalnej stronie prezydenta).

Chciałoby się powiedzieć – nic dodać, nic ująć. Tylko czy strażnik konstytucji może w ogóle podpisać ustawę, co do której ma konstytucyjne wątpliwości? Z punktu widzenia formalnej, czysto językowej wykładni tak oczywiście postąpić można – ale co miałoby to wspólnego z logiką państwa prawa?