Ustawodawca od lat woli udawać, że każdy z dłużników ma znaczny majątek , który wystarczy do wyegzekwowania całości świadczenia, i to w ciągu maksymalnie sześciu miesięcy - pisze dr Jakub Staszak.
Egzekucja sądowa powinna być skuteczna i szybka. To truizm, owszem. Jest to też jedno z założeń, które stoją u podstaw systemu prawa. Nic dziwnego. Nikt przecież nie chce, by wyroki zmieniały się w nic nie warte świstki papieru. Niebezpiecznie robi się, gdy ideał mylimy z rzeczywistością.
Reklama

Reklama
Obecnie w postępowaniu cywilnym skuteczność egzekucji wynosi ok. 20 proc. i biorąc pod uwagę realia, jest to poziom maksymalny. Ustawodawca, konstruując system, kieruje się jednak przekonaniem, które pozwolę sobie nazwać woluntaryzmem egzekucyjnym. Woluntaryzm, zgodnie ze „Słownikiem języka polskiego”, to pogląd, iż „wola ludzka jest głównym czynnikiem kształtującym zarówno poznanie, jak i przedmiot poznania”. Woluntaryzm egzekucyjny oznaczałby więc wiarę w to, że wola ustawodawcy ukształtuje efekty postępowania egzekucyjnego niezależnie od zamożności społeczeństwa czy innych obiektywnych czynników.
Do takiego wniosku prowadzi lektura kodeksu postępowania cywilnego oraz ustawy o komornikach sądowych i egzekucji. Przede wszystkim jest to widoczne w tym drugim akcie prawnym. Artykuł 8a, mówiący o sposobie obliczania zaległości komornika, stanowi, że dzieli się „liczbę spraw niezałatwionych w poprzednim półroczu przez średni miesięczny wpływ spraw w poprzednim półroczu, wyłączając sprawy o świadczenia powtarzające się”. Innymi słowy, gdy komornik nie wyegzekwuje całości należności w ciągu półrocza, sprawę zalicza się do „niezałatwionych”, a więc do zaległości. Co to znaczy w praktyce? Aby odpowiedzieć na to pytanie, należy zwrócić uwagę na konkretne dane (posłużę się danymi Ministerstwa Sprawiedliwości dotyczącymi 2014 r. ze względu na ich kompleksowość).
Otóż w 2014 r. do egzekucji wpłynęło 5,6 mln spraw na łączną kwotę 67 mld zł, co daje średnio na jedno postępowanie zadłużenie na poziomie 11 900 zł. W tym samym roku najczęściej spotykane (według Głównego Urzędu Statystycznego) wynagrodzenie wynosiło 1787 zł netto, a kwota wolna od zajęcia – 1237 zł netto. Jak nietrudno obliczyć, przy możliwości dokonania potrąceń nieprzekraczających 550 zł komornik potrzebował grubo ponad półtora roku, by wyegzekwować należność.
Wygląda też na to, że ustawodawca nie wie, co zrobić z postępowaniami egzekucyjnymi, które toczą się, przynosząc kolejne kwoty, ale trwają dłużej niż wzmiankowany wyżej półroczny okres sprawozdawczy. Dotyczy to nie tylko egzekucji z wynagrodzeń, ale też ze świadczeń emerytalno-rentowych, z części wierzytelności, a także z wpłat dokonywanych przez dłużnika lub osoby trzecie do rąk komornika. Egzekucja jest w tych sytuacjach, patrząc zdroworozsądkowo, skuteczna – o ile oczywiście wpłaty lub potrącenia przewyższają bieżące odsetki i o ile wierzyciel jest usatysfakcjonowany tempem, w jakim zadłużenie jest pokrywane. Jednak dla ustawodawcy są to sprawy niezałatwione, świadczące o tym, że – pozwolę sobie zacytować opracowanie Instytutu Wymiaru Sprawiedliwości przy MS (A. Antkiewicz, K. Kazimierczak, Z. Woźniak, „Przyczyny niskiej skuteczności egzekucji sądowej w Polsce”, Warszawa, grudzień 2014) – „komornicy nie opanowali wpływu”. Jedyny przewidziany prawem sposób zamknięcia sprawy w takim przypadku to jej umorzenie ze względu na bezskuteczność. Paradoksalnie więc komornicy, którzy potrafią przekonać dłużnika do regularnych wpłat lub skutecznie ustalić źródła dochodu dłużnika, obarczani są odpowiedzialnością za zaległość. Skąd taka konstrukcja zaległości? Cóż, odpowiedź częściowo zapewne przynosi cytowane opracowanie Instytutu Wymiaru Sprawiedliwości. Wynika z niego oczekiwanie, że komornik wyegzekwuje całość zadłużenia jednym tylko potrąceniem z wynagrodzenia.
Oczywiście istnieją też inne sposoby egzekucji. Ale tak się składa, że dłużnicy rzadko mają na rachunku bankowym oszczędności przekraczające kwotę wolną od zajęcia (ponad 12 tys. zł) lub też posiadają wartościowe ruchomości. O tym ostatnim najdobitniej świadczy to, że w 2014 r. doszło do zaledwie 324 tys. przypadków zajęć ruchomości w – przypomnijmy – ponad 5,6 mln postępowań egzekucyjnych.
Najczęściej spotykaną ruchomością o dużej wartości jest samochód osobowy. Czy jednak egzekucja z auta dłużnika przyniesie kwoty wystarczające do pokrycia w całości albo choć w połowie zadłużenia? Jak wskazuje ubiegłoroczny raport Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego, w 2013 r. pojazdy w wieku powyżej 10 lat stanowiły 75 proc. wszystkich samochodów osobowych, a tych mających powyżej 25 lat było ok. 2,5 razy więcej niż dwuletnich. Nie lepiej jest obecnie. Stosowny rozdział raportu PZPM z 2016 r. – pod wymownym tytułem „Rośnie średni wiek samochodu” – wskazuje, iż średni wiek auta to ponad 13 lat.
Te pojazdy nie osiągną cen rzędu 12 tys. zł. W wielu przypadkach problemem jest uzyskanie w toku sprzedaży licytacyjnej sumy przekraczającej 2 tys. zł.
Rzecz jasna są też inne ruchomości podlegające zajęciu, lecz tu sytuacja wygląda jeszcze gorzej. Chociaż w przypadku dłużników prowadzących działalność gospodarczą można spodziewać się maszyn czy zapasów towarów, to po pierwsze takich przypadków nie jest dużo, po drugie znaczna część sprzętu jest przedmiotem leasingu, a tym samym stanowi własność osób trzecich. Niejednokrotnie też owi przedsiębiorcy to po prostu pracownicy wypchnięci na samozatrudnienie, którzy nie posiadają żadnego wyposażenia przedsiębiorstwa.
Pozostaje egzekucja z ruchomości znajdujących się w mieszkaniu, ale i tu pole działania jest niewielkie. Ile bowiem jest wart używany telewizor LCD, skoro nowy kosztuje ok. 1,5 tys. zł? Za ile powinna być licytowana używana pralka lub lodówka (pozostawiając na boku kwestię, czy taki sprzęt podlega egzekucji), skoro nowa również kosztuje około tysiąca złotych? Na ile wycenić używany komputer, skoro często okazuje się już przestarzały i trudno znaleźć na niego nabywcę?
Przepisy dotyczące trybu i czasu trwania egzekucji są kompletnie oderwane od rzeczywistości. Całkowicie pomijają uwarunkowania ekonomiczne, ignorują dostępne dane o zamożności czy raczej należałoby rzec ubóstwie Polaków, nie nadążają też za potrzebami obrotu gospodarczego i oczekiwaniami społecznymi.
Do tych oczekiwań trzeba zaliczyć m.in kwestię ugody. W mediach można znaleźć informacje o dłużnikach, którzy wyszli z finansowego dołka dzięki temu, że „dogadali się” z komornikiem i spłacili zadłużenie w ratach. Jednakże w obowiązującym prawie brakuje rozwiązań pozwalających na tego rodzaju porozumienie. Jest powszechny, jak się wydaje, zwyczaj, ale nie znajduje on odbicia w aktywności ustawodawcy. Ustawodawca od lat woli udawać, że każdy z dłużników ma znaczny majątek, który wystarczy do wyegzekwowania całości świadczenia w maksymalnie sześć miesięcy.