Kilka tygodni temu na tych łamach – używając nieco zmilitaryzowanej retoryki – nakreśliłem kilka zdań dotyczących sytuacji na obszarze, który stał się areną walki, będących przecież w koniecznej konstytucyjnej separacji, władz („Toga to nie peleryna superbohatera”, DGP 135/2016). Cóż, taka była ars poetica tamtej chwili.
Reklama
Dzisiaj obie strony – a więc władza sądownicza oraz współdziałające ze sobą wzorcowo ustawodawcza i wykonawcza – okopały się na swych pozycjach. Kończąc już definitywnie ze stylistyką clausewitzowską, powiem tylko, że strony przeszły do fazy wojny pozycyjnej. A tu, by strawestować chociażby myśl Remarque’a, raczej bez zmian. Kiedy czytam więc szacownych publicystów, dochodzę do wniosku, że dla prawnika ten klincz nie ma już nośności merytorycznej. Chcąc sformułować wypowiedź na temat obecnej sytuacji chociażby w Trybunale Konstytucyjnym, siłą rzeczy sięga się po argumenty, które już wielokrotnie padały. Świadczy to niezbicie o tym, że okres uczciwej prawniczej dyskusji, w której padają merytoryczne tezy i kontrtezy, w ramach obowiązującego wciąż w Polsce ustroju konstytucyjnego i szeroko pojętej kultury prawnej, mamy za sobą. Teraz możemy się przekonać naocznie, jak w praktyce realizuje się paremię „siła przed prawem”. Skoro w ustawie można zapisać wszystko, a nawet jeszcze więcej, rzeczowa dyskusja zostaje unicestwiona.
Ale czy na pewno? Czy jesteśmy już na obszarze milczenia? Czy na naszych oczach spełnia się myśl innego klasyka Ludwiga Wittgensteina, który w swoich wędrówkach filozoficznych doszedł do najdalej wysuniętej rubieży i stwierdził: „O czym nie można mówić, o tym należy milczeć”? Bynajmniej. Czytając wypowiedzi prasowe, trudno oprzeć się wrażeniu, że środowisko prawnicze wszystkich opcji jest już nieco podmęczone sytuacją ogólną, a przede wszystkim dyskusją, która stała się jałowa i przeszła w monolog stron, mówiących do siebie, a nie rozmawiających ze sobą.
Uważam, że właśnie to jest najlepszy moment na rzeczową wymianę argumentów. Przemawia za tym jeden, ale wystarczająco ważki powód. Oto na naszych oczach realizują się zdarzenia, które dotychczas mogły być jedynie kanwą kazusów studenckich bądź aplikacyjnych, i to – powiedzmy sobie szczerze – nie najwyższych lotów. Kilka przykładów: czy wskazana w art. 190 ust. 5 Konstytucji RP „większość głosów” jako forma podejmowania rozstrzygnięć w Trybunale Konstytucyjnym oznacza również większość kwalifikowaną 2/3? Czy do pogodzenia z zasadami legalizmu i praworządności, mającymi rangę konstytucyjną, jest wprowadzenie do ustawy – Prawo o prokuraturze swoistego kontratypu pozakodeksowego, usuwającego bezprawność działań śledczych, jeśli podejmują je w interesie społecznym? I jeszcze jeden casus: czy policjant może decydować o zakresie przedmiotowym tajemnicy obrońcy, która ma charakter bezwzględny w ramach prowadzonych działań operacyjnych? Oto na naszych oczach najbardziej wymyślne i brawurowe studenckie wprawki myślowe stały się rzeczywistością.
Piszę o tym, bo uważam, że obecny czas to bezprecedensowa możliwość przyjrzenia się w praktyce, jak działają zabezpieczenia systemowe. Przede wszystkim, czy są wystarczające. A jeśli nie, to jakie zmiany de lege ferenda należy przeprowadzić, by znów za kilka lat nie obudzić się w prawniczym matrixie. Oczywiście, że decyduje ustawodawca, a więc klasa polityczna, która zdołała – stosując różnego rodzaju wabiki – przekonać do siebie elektorat. Będę jednak z uporem maniaka twierdził, że głos środowisk prawniczych oraz akademickich jest kluczowy i bezcenny. Musi być to głos wspólny. Dlatego optymizmem napawa inicjatywa środowiska sędziowskiego – skupionych czterech stowarzyszeń sędziowskich, do których przyłączyła się Krajowa Rada Sądownictwa – dotycząca organizacji 3 września 2016 r. bezprecedensowego Kongresu Sędziów Polskich. Ale czy środowiska adwokackie i radcowskie nie mają nic do powiedzenia na temat obecnej sytuacji? Dlaczego nie zorganizować jednego wspólnego kongresu prawników na co dzień stosujących i interpretujących serwowane nam obecnie przepisy? Szczerze mówiąc, marzy mi się również na szacownych łamach DGP dyskusja autorytetów prawniczych, proponujących rozwiązania mające w przyszłości stanowić swoistą tamę dla niemającej przykładu w najnowszej historii kraju próby pełzającej zmiany ustroju konstytucyjnego oraz kodeksowych zasad o charakterze ogólnym. Gdzie, jeśli nie na łamach najpoczytniejszej z gazet zajmujących się tematyką prawną w szerokim ujęciu, a nie tylko wybranymi jej zagadnieniami – taka dyskusja mogłaby być zorganizowana i przeprowadzona? Imaginuję sobie, że objęłaby ona bloki tematyczne, od kwestii ustrojowych związanych z pozycjonowaniem sądownictwa konstytucyjnego jako elementu systemu równoważenia się władz przez kwestię zwierzchnictwa administracyjnego nad sądami powszechnymi po koncepcje niezależności prokuratury, z omówieniem ważkiej roli, jaką w wymienionym zakresie mają do odegrania samorządy adwokackie i radcowskie.
Pole praktycznego manewru, wobec uzurpowania sobie przez władzę wykonawczą paradygmatu nieomylności, właściwie w obecnej sytuacji przestało istnieć. Może to i jest naiwne, ale wierzę, że jedynie szeroka dyskusja wszystkich środowisk prawniczych przywróci właściwą perspektywę tej części społeczeństwa, która nie rozumiejąc powagi sytuacji, w zagubieniu rozgląda się wokół. Jakkolwiek patetycznie by to zabrzmiało, traktujmy to wyzwanie jako obowiązek. A czy Kowalski będzie chciał słuchać? Jeśli nie dzisiaj, to z pewnością jutro. W tej chwili gest solidarności wszystkich środowisk prawniczych sam w sobie miałby duży potencjał i nośność merytoryczną.
Stwórzmy jako przedstawiciele wszystkich zawodów prawniczych wspólnie z donośnym głosem akademickim, przy niezbędnej pomocy przedstawicieli czwartej władzy, rzeczywistość alternatywną. Taką, w której wciąż dyskutuje się o praktycznych rozwiązaniach systemowych w ramach kultury prawnej, będącej zdobyczą wieków oświecenia, gdzie trójpodział władzy określa byt państwa.
Skoro w ustawie można zapisać wszystko, a nawet jeszcze więcej, rzeczowa dyskusja zostaje unicestwiona