Jestem fanką Ivana Krasteva, znanego bułgarskiego politologa. Uwielbiam czytać jego teksty o korupcji, demokracji, dezintegracji i buncie przeciwko elitom. Ale nic mnie bardziej intelektualnie nie irytuje niż jego tezy na temat jawności.
W dużym skrócie: Krastev od lat powtarza, że jawność jest wyrazem braku zaufania do władzy. I paradoks polega na tym, że im więcej jawności, tym mniej zaufania do instytucji, a więcej podejrzeń. W efekcie: gdy mamy więcej przejrzystości, mamy też więcej myślenia spiskowego. Krastev chętnie przypomina słowa Goethego, który już kilkaset lat temu powiedział: „Tam, gdzie jest dużo światła, pada też wielki cień”. Niestety, nie przytacza praktycznie żadnych dowodów na swe tezy.
Nie zachłystuję się jawnością, ale dostrzegam więcej jej plusów niż minusów. Widzę, jak buduje świadomość i zaangażowanie obywatelskie. Widzę blogerów, społeczników, radnych, lokalnych dziennikarzy, którzy poprzez – zdawałoby się beznadziejne – spory sądowe rzucają rękawicę systemowi i zmieniają własne państwo. Krok po kroku, bez fanfar. Widzę ludzi, którzy pomagają zrozumieć na sali sądowej I prezesowi Sądu Najwyższego, prezesowi Trybunału Konstytucyjnego czy radcom Prokuratorii Generalnej, jak bardzo się mylą. Od lat systematycznie promuję ich na łamach DGP. Sama też bywam utrapieniem dla urzędników, prokuratorów i sądów: pozywam o dostęp do informacji publicznej. Wielu pyta, czy ten rodzaj dialogu z władzą przynosi efekty? Czy ma sens?
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.