Dzień, w którym uwierzymy, że żaden atak terrorystyczny nam nie grozi, będzie prawdopodobnie ostatnim, w którym będziemy mogli czuć się bezpiecznie. Z drugiej strony dzień, w którym uwierzymy, że prawdopodobieństwo ataku jest takie, jak w Belgii czy we Francji, będzie ostatnim dniem naszej wolności.
Można się o tym przekonać, czytając zmieniający się jak w kalejdoskopie tekst projektu ustawy antyterrorystycznej (przez miesiąc od jego upublicznienia mamy już trzecią wersję).
Korekty nie wprowadzają jednak zasadniczej zmiany jakościowej. Nie dokładają mechanizmów gwarancyjnych, nie rozwiewają licznych wątpliwości obrońców praw człowieka czy przeciwników inwigilacji. Wątpliwości sprowadzają się do tego, że projekt wyposaża Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego w zasadzie w nieograniczone możliwości permanentnej inwigilacji, posługując się przy tym nieostrymi i wieloznacznymi sformułowaniami. W efekcie przepisy, które teoretycznie mają być wymierzone przeciwko terrorystom, mogą zostać użyte przeciwko niemal każdemu.