Nowy rząd skłania się, by przyjąć projekt nowego prawa o zamówieniach publicznych przygotowany przez poprzedników.
Na swym przedostatnim posiedzeniu rząd Ewy Kopacz przyjął projekt nowej ustawy – Prawo zamówień publicznych. Jednak nowy gabinet premier Beaty Szydło cofnął go do ponownych uzgodnień międzyresortowych. Decyzja ta nie budziła zdziwienia, gdyż propozycje poprzedniej ekipy rządzącej powodowały wiele kontrowersji i były krytykowane przez członków PiS. Posłowie tej partii przygotowali nawet założenia własnej ustawy i zapowiadali prace nad projektem, z czego jednak ostatecznie nic nie wyszło.
Reklama
Pod koniec ubiegłego tygodnia przeważyła jednak opcja, by przyjąć projekt przygotowany przez poprzedników. Zdecydowały dwa argumenty. Po pierwsze, bez tego projektu Urząd Zamówień Publicznych nie dostanie dofinansowania do projektu e-Zamówienia, a system ten musi być stworzony do 2018 r., kiedy to przetargi muszą całkowicie przejść do internetu. Po drugie, projekt ten ma na celu wdrożenie nowych dyrektyw zamówieniowych. Termin ich implementacji mija w kwietniu 2016 r. Jeśli nie zdążymy, Komisja Europejska może całkowicie zablokować fundusze unijne.

Reklama
Początkowo postanowiono, że projekt stanie już na jutrzejszym posiedzeniu Rady Ministrów. W piątek jednak powrócił pomysł, by przygotować małą, techniczną nowelizację, która jedynie implementowałaby to, co niezbędne. Ostateczną decyzję ma podjąć premier.
Wbrew założeniom
Projekt przygotowany przez rząd Ewy Kopacz u wielu osób budzi skrajne emocje.
– Jest po prostu zły, a jak raz zostanie przyjęty, to później długimi latami nie będzie można tego naprawić – uważa Marek Kowalski, ekspert Konfederacji Lewiatan i członek Rady Dialogu Społecznego.
– Powodów takiej oceny jest wiele, a zacząć należałoby od tego, że projekt nie dostosowuje przepisów do polskich realiów, a jest jedynie kalką dyrektyw. Uważam, że systemowe zmiany wymagają szerokich konsultacji społecznych i powinny być przygotowane rozważnie. Na szybko można zaś przygotować projekt nowelizacji, która będzie wdrażała to, co niezbędne – przekonuje.
Podobnego zdania jest Dariusz Ziembiński, ekspert Bussiness Centre Club.
– Będąc w opozycji, PiS przygotował założenia nowych przepisów o zamówieniach publicznych. Projekt, który przejęli po PO, w wielu punktach jest wprost sprzeczny z tymi założeniami. PiS kładł nacisk na równe traktowanie, konkurencję i przejrzystość zamówień, co niestety trudno odnaleźć w projekcie, który ma znów zostać przyjęty. Trudno to zrozumieć – argumentuje.
Zwolennicy projektu zwracają uwagę, że zawiera on rozwiązania systemowe i że czas na zupełnie nową ustawę.
– Obecna może się wydawać przejrzysta wyłącznie dla ekspertów, którzy zajmują się zamówieniami publicznymi na co dzień. W praktyce części przepisów nie sposób zrozumieć i zastosować bez biegłej znajomości piśmiennictwa i orzecznictwa. Dla wielu przedsiębiorców jest to istotna bariera wejścia na rynek zamówień publicznych – argumentuje Tomasz Zalewski, radca prawny kierujący zespołem zamówień publicznych w kancelarii Wierzbowski Eversheds.
W założeniu nowa ustawa ma upraszczać start w przetargach, zwłaszcza firmom z sektora MSP. Temu służy narzucony przez dyrektywę jednolity europejski dokument zamówienia, czyli oświadczenie własne wykonawcy, w których zapewnia, że nie podlega wykluczeniu i spełnia warunki. Całą zaś masę dokumentów i zaświadczeń, jakie dzisiaj musi dołączać do ofert, przedstawiać będzie jedynie zwycięska firma. Projekt zakłada też większą elastyczność procedur. Łatwiej będzie skorzystać z trybu negocjacji z ogłoszeniem czy dialogu konkurencyjnego, co pozwoli na wybór innowacyjnych rozwiązań. Krótsze będą też terminy na składanie ofert. Nacisk zostanie położony na wybór ofert najkorzystniejszych ekonomicznie, czyli uwzględniających końcowy koszt użytkowania produktu.
Co zmienić
Diabeł tkwi w szczegółach.
– O ile pierwszą wersję projektu oceniałem krytycznie, o tyle ostateczna ma już kształt, nad którym można pracować – wskazuje dr Włodzimierz Dzierżanowski, prezes Grupy Doradczej Sienna.
– Zmienić trzeba jednak wiele. Od kwestii strukturalnych, takich jak choćby nieuporządkowane przepisy regulujące, co nie podlega ustawie, po merytoryczne, jak te dotyczące wyłączania się osób z przetargu – zaznacza.
Chodzi o przepisy nakazujące wyłączanie się np. członków komisji przetargowej ze względu na ryzyko konfliktu interesów. Zgodnie z nimi nie wolno mieć akcji ani udziałów w spółce ubiegającej się o zamówienie. Z jednej strony jest oczywiste, że wspólnik spółki ubiegającej się o zamówienie nie powinien zasiadać w komisji przetargowej. Z drugiej jednak zakaz ten dotyczy krewnych w linii bocznej do drugiego stopnia.
– Jeśli mój szwagier ma choćby jedną akcję PKO S.A., a bank ten startuje w organizowanym przeze mnie przetargu, to muszę się z niego wyłączyć – tłumaczy dr Włodzimierz Dzierżanowski. – Skąd mam wiedzieć, kto z mojej rodziny ma jakie akcje – pyta.
Kontrowersje wzbudzają zamówienia in-house. Gminy będą mogły bez przetargu dawać zlecenia własnym firmom. Dodatkowa drobna zmiana w ustawie śmieciowej umożliwiłaby zlecanie wywozu nieczystości gminnym spółkom komunalnym. Nie podoba się też pomysł, by prezes UZP mógł wydawać interpretacje na wzór tych podatkowych.
– Taka interpretacja będzie niepodważalna – ostrzega dr Włodzimierz Dzierżanowski.
Etap legislacyjny
Projekt w uzgodnieniach międzyresortowych