- Rolą Sejmu nie jest ocenianie wyroków Trybunału Konstytucyjnego, tylko ich wykonywanie. Niezależnie od ewentualnie formułowanych pod jego adresem zastrzeżeń, prawo stanowi jasno, że wyroki TK są ostateczne i mają moc powszechnego obowiązywania. Pragnę jednak podkreślić, że sędziowie TK nie będą zajmowali się uchwałami podjętymi nocą, lecz ustawą. I tak jak można sobie wyobrazić sytuację, w której w uzasadnieniu TK zasygnalizuje, że Sejm poprzedniej kadencji prawidłowo wybrał sędziów, tak prawnie wiążąca jest sentencja wyroku, a nie jego uzasadnienie - mówi dr Jacek Zaleśny, konstytucjonalista z Uniwersytetu Warszawskiego

Jaki charakter mają uchwały Sejmu w sprawie stwierdzenia braku mocy prawnej uchwał podjętych przez Sejm poprzedniej kadencji dotyczących wyboru sędziów Trybunału Konstytucyjnego?
Uchwały podjęte w ostatnią środę są aktami prawnymi, co do których występuje wątpliwość konstytucyjna, czy mają podstawę prawną. Proszę zwrócić uwagę na to, że w ich treści nie dopatrzy się pan podstawy prawnej. Nie bez powodu. Takiej bowiem nie ma, a przecież Sejm, jak każdy inny organ władzy publicznej, jest związany zasadą legalności. Zarazem konstytucyjna problematyczność tych uchwał nie eliminuje faktu, że w stanie faktycznym wywołują one konsekwencje. Sejm bieżącej kadencji stwierdził uchybienia izby kadencji poprzedniej co do wyboru pięciu sędziów Trybunału Konstytucyjnego. W ten sposób Sejm potwierdził, że podziela stanowisko Prezydenta RP, który tych pięciu sędziów nie powołał, co z kolei ma umożliwić Prezydentowi RP powołanie sędziów, których na początku grudnia ma wybrać Sejm.

Kornel Morawiecki w toku dyskusji nad tymi uchwałami powiedział, że prawo, które nie służy narodowi, jest bezprawiem. Zgadza się pan z tym?
To bardzo niefortunne sformułowanie. Prawo, które nie służy narodowi powinno być zmienione, w trybie do tego przewidzianym. Stwierdzenie Pana Posła jest pokłosiem zasady suwerenności parlamentu, przeświadczenia, że parlament może wszystko, z wyjątkiem zamiany kobiety w mężczyznę. W Stanach Zjednoczonych tego toku myślenia nie podzielili już Ojcowie Założyciele, zasadnie wskazując, że mało kto jest tak podatny na bezprawie, jak parlament, który – jak jest ku temu większość – to może przegłosować, co chce. Jak mówią Amerykanie: życie i mienie nie są bezpieczne, kiedy Kongres obraduje. Dlatego też jego decyzje są kontrolowane przez sądy, aby nie były aktami uzurpacji i gwałcenia wolności człowieka. To, co zrozumieli Amerykanie już w XVIII wieku, Europejczycy przyswoili sobie dopiero po tragicznych wydarzeniach II wojny światowej i komunizmu. Takie podejście jest przecież znane z czarnych kart historii. Tak funkcjonowały i faszystowskie Włochy, i hitlerowskie Niemcy, czy ZSRR. Przecież NSDAP wygrała wybory, miała większość w niemieckim parlamencie i korzystała z tego w całej rozciągłości. Także konstytucja PRL nadawała absolutny prymat władzy Sejmu. Sejm mógł uchwalić wszystko, czego tylko zachciała partia komunistyczna. To właśnie w efekcie tragicznych konsekwencji realizacji zasady, że parlament może wszystko, po II wojnie światowej powoływano sądy konstytucyjne w Niemczech, Włoszech czy później w państwach pokomunistycznych. Demokracja ludu potrzebuje ograniczeń, nie można wszystkiego nią tłumaczyć.