Aż 18 nowych pytań prawnych dotyczących braku waloryzacji wynagrodzeń pracowników wymiaru sprawiedliwości wpłynęło do Trybunału Konstytucyjnego. Autorem wszystkich jest Sąd Rejonowy Gdańsk-Południe, a zadane zostały w związku z toczącymi się przed nim postępowaniami, które pracownicy wszczęli przeciwko sądowi, czyli swojemu pracodawcy.
Sąd nabrał wątpliwości, czy zamrożenie ustawami okołobudżetowymi z lat 2011, 2012 i 2013 waloryzacji wynagrodzeń nie naruszało konstytucji, a konkretnie zasady ochrony własności, praw nabytych i zaufania obywatela do państwa.
Reklama
Reklama
„Pozbawienie wzrostu wynagrodzenia nie było, co należy podkreślić, sytuacją jednorazową, ale stało się stałą praktyką prawodawcy, który nie zapewniał należytej ochrony praw obywateli w zakresie prawa własności” – podkreślono w uzasadnieniu jednego z pytań prawnych.
Argumenty nie są nowe – podnosiły je już wrocławski, sandomierski oraz rzeszowski sądy rejonowe. One również zdecydowały się zapytać TK o brak waloryzacji wynagrodzeń. Postępowania w tych sprawach zostały jednak umorzone pod koniec lutego 2015 r. (sygn. akt P 44/13). Trybunał uzasadnił decyzję tym, że kwestionowane przepisy ustaw okołobudżetowych nie określają ani średniorocznego wskaźnika wzrostu wynagrodzeń, za pomocą którego dokonywana jest waloryzacja, ani sposobu jego ustalania. A to właśnie na podstawie tego wskaźnika ich płace są podwyższane. Innymi słowy TK uznał, że sądy zakwestionowały nie te przepisy ustaw okołobudżetowych, które powinny.
Gdański sąd postanowił więc ten błąd naprawić i w swoich pytaniach prawnych podał w wątpliwość te przepisy ustaw okołobudżetowych, które ustaliły wskaźnik wzrostu wynagrodzeń pracowników na poziomie 100 proc., czyli w efekcie zahamowały ich wzrost.
Uchwały wyrażające zaniepokojenie sytuacją, w jakiej znaleźli się pracownicy sądów, oraz wskazujące na konieczność jej poprawy podjęli ostatnio sędziowie z Łodzi, Lublina, Kalisza i Poznania.
Komentarze(7)
Pokaż:
To jest właśnie to Ministerstwo, które każe pracować adwokatom i radcom z urzędu za stawki po 60, czy 120 zł za sprawę (nie za rozprawę, ale za całą sprawę). To jedna wizyta w salonie fryzjerskim (damskim), czy u kosmetyczki kończy się wydatkiem rzędu 200 zł. A adwokat/ radca pr. musi pracować wiele godzin, chodzić na wiele rozpraw, żeby dostać te żenujące 120 zł. I to nie jest sknerstwo, co dzieje się w sposobie myślenia urzędników Ministerstwa Sprawiedliwości, bo to jest naruszenie jakichkolwiek zasad przyzwoitości. Przykro mi, że muszę pracować pod takim Ministerstwem, z takimi ludźmi.