Jeżeli sędzia, jego asystent, referendarz lub dyrektor sądu wytoczą powództwo o wynagrodzenie, minister sprawiedliwości będzie mógł przystąpić do sprawy. Zdaniem zainteresowanych to próba wywierania nacisku.
Projekt zmian w prawie o ustroju sądów powszechnych (u.s.p.) przyznający ministrowi sprawiedliwości taką kompetencję, złożyli do laski marszałkowskiej posłowie PO. Zgodnie z propozycją szef resortu będzie mógł przystąpić do sprawy w każdym czasie, aż do zamknięcia rozprawy w II instancji. Zmiany nie podobają się środowisku.
Reklama
– To kolejna próba wywierania nacisku na sędziów – uważa Maciej Strączyński, prezes Stowarzyszenia Sędziów Polskich „Iustitia”.

Reklama
Z taką opinią nie zgadza się jednak minister sprawiedliwości.
– Sądy w Polsce są niezawisłe i nikt nie chce tej niezawisłości naruszać. Chodzi tylko o to, aby w tego typu sprawach Skarb Państwa był należycie reprezentowany – odpiera zarzuty Borys Budka, minister sprawiedliwości.
Troska o budżet
Do udziału ministra w sporach o wynagrodzenia będzie stosować się przepisy kodeksu postępowania cywilnego o interwencji ubocznej, choć z wyjątkami. Nie będzie miała zastosowania np. regulacja, zgodnie z którą strony sporu mogą zgłosić opozycję przeciwko wstąpieniu interwenienta ubocznego.
– Minister chce mieć po prostu pewność, że nikt skutecznie nie wyeliminuje go z tego typu postępowań – komentuje Maciej Strączyński.
Skąd potrzeba zmian? Projektodawcy twierdzą, że wynika ona z troski o budżet. Wskazują, że jeżeli powództwo o wynagrodzenie wytacza sędzia, dyrektor sądu, referendarz, czy też asystent sędziego, pozwanym jest sąd, w którym pełnią oni swoje obowiązki. To on jest ich pracodawcą. Natomiast czynności w imieniu tegoż sądu podejmuje prezes. Problem w tym, że prezes nie jest ani dysponentem budżetu sądu, ani nie kieruje jego gospodarką finansową. A to oznacza – zdaniem autorów projektu – że w sprawach o wynagrodzenia interes finansów publicznych może nie być należycie reprezentowany. Innymi słowy – prezes sądu może nie być zainteresowany takim rozstrzygnięciem, które będzie w jak najmniejszym stopniu obciążało budżet.
Zainteresowany za to z całą pewnością jest i będzie minister sprawiedliwości. To bowiem on, zgodnie z art. 177 u.s.p. (t.j. Dz.U. z 2015 r. poz. 133 ze zm.) jest dysponentem części budżetowej odpowiadającej sądom powszechnym. „Zasadne jest zatem umożliwienie dysponentowi środków budżetowych, o których wydatkowanie chodzi w konkretnej sprawie, udziału w postępowaniu w tej sprawie” – czytamy w uzasadnieniu projektu.
Doraźne rozwiązanie
Sędziowie jednak upatrują innych powodów złożenia do laski marszałkowskiej omawianego projektu.
– Minister, zapewniając sobie osobisty udział w sprawach o wynagrodzenia, chce wywierać naciski na sędziów. I nie chodzi tutaj tylko o wpływanie na prezesów sądów, których de facto jest przełożonym i którzy i tak będą wykonywać jego polecenia. Chce również wywierać nacisk na niezawisłe sądy rozstrzygające w tego typu sprawach – uważa szef „Iustitii”.
A tych jest sporo. Resort bowiem od pewnego czasu musi mierzyć się z niemałymi żądaniami zgłaszanymi przede wszystkim przez sędziów oraz dyrektorów sądów. Ci pierwsi wnoszą powództwa o naliczanie im wynagrodzeń według wyższych stawek awansowych oraz o zwrot realnych kosztów dojazdu do pracy (tzw. kilometrówki). Ci drudzy z kolei walczą przed sądami o dodatki stażowe, które w 2013 r. nie były im wypłacane.
– Nie podoba mi się, że ustawodawca chce zmieniać ustawę, i to ustawę ustrojową, tylko dlatego, że doszło do takiej sytuacji. Nie tędy droga – uważa Waldemar Żurek, rzecznik prasowy Krajowej Rady Sądownictwa.
Przypomina, że temu, iż sędziowie sądzą się o wyższe wynagrodzenia, winne są niejasne przepisy.
– Ustawodawca powinien więc raczej zająć się tworzeniem dobrych regulacji, które nie wywoływałyby takich sporów interpretacyjnych, a nie wymyślaniem doraźnych rozwiązań – kwituje sędzia Żurek.
Wywieranie nacisków
Sędziowie przypominają, że minister już obecnie stara się wywierać na sędziów naciski w tego typu sprawach. A regulacje zawarte w omawianym projekcie mają mu tylko dostarczyć do tego kolejnego narzędzia. Dowodem na to ma być m.in. sprawa dwóch sędziów z Radomia, którzy wydali orzeczenia dotyczące kilometrówek korzystne dla sędziów. Wobec nich minister złożył wnioski o wszczęcie postępowania dyscyplinarnego. Zarzut? Nie wyłączyli się od orzekania, choć powodami byli sędziowie radomskiego sądu.
– Jestem pewny, że gdyby te wyroki były po myśli resortu, tego wszystkiego by nie było. To jest dla sędziów jasny sygnał, że powinni bać się wydawać orzeczenia, które nie będą się podobały ministrowi sprawiedliwości – komentuje Maciej Strączyński.
Wypada przy okazji przypomnieć, że resort swego czasu rozesłał do prezesów pisma, w których zobowiązywał ich do odwoływania się do upadłego od płacowych orzeczeń korzystnych dla sędziów lub dyrektorów. Jednak część z wyroków zdążyła się już w między czasie uprawomocnić. Nie powstrzymało to resortu przed kierowaniem kolejnych wytycznych do prezesów. Zażądano wówczas, aby odzyskali oni wypłacone już pieniądze (w przypadku dyrektorów) lub obniżyli wynagrodzenia do takiego poziomu, jaki resort uważa za właściwy (w przypadku sędziów).
Teraz posłowie proponują więc, aby w przepisach zostało wprost zapisane, że szef resortu sprawiedliwości ma prawo interweniować w tego typu sprawach.
– Dzięki temu minister od samego początku będzie mógł patrzeć sędziom na ręce i próbować pilnować, aby wyroki były takie, jakie być powinny – kwituje prezes „Iustitii”.
Etap legislacyjny
Projekt wpłynął do laski marszałkowskiej