Z projektem ustawy o Trybunale Konstytucyjnym od początku dzieją się cuda. Już kilka lat temu alarmowaliśmy, że projekt – choć formalnie prezydencki – został napisany przez głównych zainteresowanych – sędziów trybunału. Może nie byłaby to głupia konstrukcja, gdyby nie to, że trybunał ma w Polsce kompetencję... oceniania ustaw. Pytanie, czy sędziowie byliby więc bezstronni, gdyby przyszło im oceniać własne dziecko.
Na szczęście pociecha coraz mniej przypomina to, co pierwotnie spłodzili, więc może więź emocjonalna nie będzie już tak silna. Posłowie, dostawszy od prezydenta w miarę spójny pomysł, robią z nim bowiem dość dowolne sztuki. Raz – że wpisali trybunałowi kompetencję, która z pewnością zaboli Sąd Najwyższy i już oburza konstytucjonalistów: prawo ustalania obowiązującej wykładni przepisów. Dwa – że wypisali prokuratora generalnego z obligatoryjnego udziału w postępowaniu przed TK, co wszyscy dość zgodnie uznają za pomysł niemądry. Trzy – że z projektu wnoszonego jako ten, który odpolityczni trybunał, wykosili mechanizm, który miał to zapewnić: szerszy, bardziej merytoryczny krąg podmiotów zgłaszających prekandydatury na sędziów.