W zeszłym tygodniu miało miejsce bardzo ciekawe zjawisko. Nie chodzi mi jednak o zaćmienie, przynajmniej nie słońca. Mam na myśli wydarzenie w skali co prawda mikro, ale również intrygujące. 21 marca 2015 r. odbyło się zwyczajne – już tylko z nazwy – zgromadzenie adwokackiej izby warszawskiej.
Reklama
Na zgromadzeniu dowiedzieliśmy się, że sześciu członków, czyli znakomita większość odpowiedzialnej za kontrolę finansów komisji rewizyjnej izby, złożyło dymisję. Przewodnicząca zgromadzenia na początku uprzejmie odmówiła podania motywów tych dymisji, z sobie znanych powodów. Zmieniła diametralnie zdanie, kiedy w głosowaniu zażądała tej informacji olbrzymia większość przybyłych.
W rezultacie okazało się, że wspomnianych sześć osób chyba nie do końca, mówiąc oględnie, identyfikuje się z przedłożonym Kolegom i Koleżankom sprawozdaniem komisji rewizyjnej. Trudno się dziwić. Sprawozdanie w dużym stopniu zawiera miażdżącą krytykę uchwały budżetowej, w której w zeszłym roku zgromadzenie ośmieliło się (nie wiedzieć czemu) obniżyć składkę adwokacką, zamiast uprzejmie zatwierdzić projekt rady. Zawarta w tym samym sprawozdaniu ocena wykonania budżetu przez władze izby jest znacznie mniej surowa.
Cała sprawa zakończyła się w jedyny możliwy obecnie sposób. Nie uchwalono nic, adwokaci rozeszli się do domów, a w rezultacie wydarzenie odbyło się pro bono właściciela sali konferencyjnej o wdzięcznej nazwie Perła. Nie zamierzam tu jednak bezradnie wykrzykiwać „o tempora! o mores!”. Wręcz przeciwnie.
Od paru lat na zgromadzeniach izby warszawskiej co najmniej parę osób stwierdza, że się wstydzi lub jest zażenowana. Chociaż jestem w stanie zrozumieć motywy, to jednak chciałbym z całą mocą powiedzieć, że w moim przypadku jest wręcz przeciwnie. Dziś przepełnia mnie duma. Choć brzmi to może paradoksalnie, dziś bardziej niż kiedykolwiek jestem dumny, że mam zaszczyt stanowić część stołecznej palestry.
Warszawa, chcąc nie chcąc, odgrywa szczególną rolę. Decyduje o tym wielkość ośrodka, ale przede wszystkim fakt, że to miasto stanowi centrum, w którym spotykają się ludzie z całej Polski. W przypadku samorządu adwokackiego stołecznej palestrze przypada podobna rola. Ponieważ izba warszawska jako pierwsza osiągnęła w istocie imponujące rozmiary, to właśnie w Warszawie nieuchronne procesy zaszły najszybciej.
Procesy te polegają na odzyskiwaniu podmiotowości przez członków samorządu, którzy są gotowi bronić swych praw, prowadzić dyskusję o realnych sprawach, domagać się transparentności życia izbowego, składki na rozsądnym poziomie i nie dają się moralnie szantażować nadużywanymi hasłami o źle rozumianej misji zawodu oraz tradycji, instrumentalnie wykorzystywanej do blokowania nieuchronnych zmian. Osobie niezorientowanej, obserwującej przebieg kolejnych zgromadzeń izby z boku, mogłoby się wydawać, że adwokaci warszawscy znaleźli się w ślepym zaułku. Jest dokładnie odwrotnie.
Nie tak dawno uchwałę finansową izby przyjęto przez aklamację, mimo wyraźnego głosu sprzeciwu z sali. Dziś, za każdym razem, kiedy korzystam z elektronicznego systemu głosowania, dzięki któremu można wreszcie szybko i wygodnie oddać głos na tak lub nie, odczuwam satysfakcję, że udało się go wywalczyć i przełamać fałszywy w przypadku tak dużej społeczności konsensus. Jestem dumny z tego, że znajdują się tu odważni ludzie, którzy domagają się jawności ważnych informacji na zgromadzeniu czy nawet – w razie konieczności – w sądzie administracyjnym. Jestem dumny, że członkowie izby są gotowi czytać sprawozdania komisji i wyciągać z nich wnioski.
Oczywiście nie budzi zadowolenia to, że 21 marca 2015 r. nie byliśmy, w skutek implozji systemu, podjąć żadnej decyzji. Trudno jest pojąć, dlaczego najpierw członków izby zaproszono w piękną słoneczną sobotę na zgromadzenie, żeby później zaraz je przerwać. Co więcej, nie pojmuję, jak można w sprawozdaniu komisji rewizyjnej krytykować zgromadzenie za wykonywanie jego kompetencji budżetowych.
Demokracja parlamentarna – a za taką w skali mikro uznać należy dziś adwokaturę – nie działa bez zgrzytów i problemów. Zwłaszcza w okresie przejściowym, tj. kiedy jeszcze próbuje się ją zatrzymać. „To ma być święto, jest mi wstyd, nie dyskutujmy, nie głosujmy, inne izby przyjmują wszystko przez aklamację” – takie naiwne głosy padały jeszcze do niedawna z mównicy. Tymczasem pewne procesy, które zaszły w adwokaturze, powinniśmy dla jej dobra przyśpieszyć, a nie usilnie próbować zawracać kijem Wisłę.
Jestem dumny przede wszystkim jeszcze z jednego. Z tego, że w mojej matczynej izbie młodzi adwokaci starają się dokonać istotnych reform. Ustanawiają składkę na odpowiednim poziomie. W pocie czoła, z zapałem piszą regulaminy, statuty, zgłaszają uchwały programowe, uchwały historyczne, tworzą sekcje, walczą o ważne dla adwokatury sprawy przed organami państwa. Ich udział w życiu samorządowym będzie coraz większy. Mają szansę wprowadzić wreszcie adwokaturę w ten XXI wiek i przeprowadzić – pamiętając o tradycji – zmiany, które zapewnią palestrze stabilność i odpowiednią pozycję w imię interesu publicznego. Dziś już nikt z mównicy nie rzuci w ich stronę pogardliwego: „Wyjmijcie ręce z kieszeni!”.