Zaimportować kontradyktoryjność już kiedyś próbowali Włosi. Ich ambitny eksperyment powszechnie uważany jest zarówno przez praktyków, jak i badaczy za porażkę
James Q. Whitman, profesor komparatystyki prawniczej i prawa obcego na Uniwersytecie Yale / Dziennik Gazeta Prawna

1 lipca 2015 r. w Polsce zacznie obowiązywać kontradyktoryjny model procedury karnej, który zajmie miejsce systemu inkwizycyjnego, typowego dla porządków prawnych państw Europy kontynentalnej. Nie jesteśmy jednak pierwszym krajem europejskim, który zdecydował się na taki eksperyment.

Reklama

Reklama
To prawda, na podobną rewolucję w procedurze karnej zdecydował się parlament włoski w 1988 r., importując główne elementy amerykańskiego procesu kontradyktoryjnego do nowego kodeksu postępowania karnego, który zastąpił prawo ustanowione jeszcze przez reżim faszystowski w 1930 r. W zamyśle reformatorów przeszczepienie instytucji zapożyczonych z tradycji common law na grunt włoskiego porządku prawnego miało doprowadzić do usprawnienia i przyspieszenia prowadzenia procesów karnych. Wymiar sprawiedliwości we Włoszech od wielu lat był w niechlubnej europejskiej czołówce pod względem obciążenia sądów oraz długości trwania postępowań, co w dużej mierze dzieje się do dziś. Nie będzie żadnej przesady, jeśli powiem, że ambitny eksperyment z kontradyktoryjnością powszechnie uważany jest zarówno przez praktyków, jak i badaczy za porażkę.

Co zadecydowało o tym, że ta radykalna reforma we Włoszech się nie powiodła?

Największa trudność polegała na tym, że nie wszystkie elementy kontradyktoryjności, które zapewniają sprawne funkcjonowanie amerykańskiej procedury karnej, zostały wprowadzone do włoskiego kodeksu. Gwarantem skuteczności wymiaru sprawiedliwości karnej w Stanach Zjednoczonych jest zespół ściśle powiązanych i współpracujących ze sobą instytucji. Kluczowym ogniwem tej całości jest proceduralny podział procesu karnego (bifurcation of trial) na dwa zasadnicze, odrębne etapy: część dotyczącą winy oraz część dotyczącą kary. W pierwszej z nich ława przysięgłych ma za zadanie wyłącznie ustalenie, czy oskarżony jest winny zarzucanego mu czynu, czy też nie. Etap ten reguluje restrykcyjne prawo dowodowe (law of evidence), nakazujące wyeliminowanie wszelkiego materiału dowodowego, który mógłby mieć wpływ na wymierzenie kary (np. informacje o przeszłości kryminalnej podsądnego). Przysięgli, przynajmniej w teorii, wysłuchują zatem bardzo ograniczonego zakresu dowodów, służących podjęciu decyzji, czy dana osoba rzeczywiście popełniła zarzucane jej przestępstwo. Sąd natomiast zajmuje się zagadnieniami prawnymi, takimi jak choćby dopuszczenie dowodów, nie zaś ustalaniem stanu faktycznego. Prawo dowodowe w procesie kontradyktoryjnym bynajmniej nie jest tym samym co reguły dowodowe w procedurze kontynentalnej. Mówiąc najprościej, ma ono utrudniać prokuraturze przedstawienie dowodów winy oskarżonego oraz całkowicie odizolować ławę przysięgłych od niedopuszczalnych dowodów, aby zagwarantować jej maksymalną bezstronność. I o ile takie podejście stanowi jeden z fundamentów amerykańskiego procesu kontradyktoryjnego, o tyle jest ono obce tradycji kontynentalnej. Przy projektowaniu reformy Włosi popełnili ten błąd, że nie podzielili postępowania karnego na dwa wspomniane wcześniej etapy i zastosowali dużo luźniejsze zasady przeprowadzania postępowania dowodowego. Ten sam sędzia nadal decyduje więc o tym, czy można dopuścić określony dowód, a zarazem orzeka o winie oskarżonego. Co więcej, włoskie przepisy z 1988 r. przewidziały też odstępstwo od zasady kontradyktoryjności, jeśli chodzi o inicjatywę dowodową sądu. Sędzia, który w amerykańskim pełni rolę neutralnego, pasywnego arbitra pomiędzy równymi stronami sporu, zgodnie z włoskim kodeksem zachował prawo do przeprowadzania dowodów z urzędu w wyjątkowych okolicznościach, kiedy było to „bezwzględnie konieczne”.

Podobną możliwość przewidują nowe polskie przepisy.

Pozostawienie furtki w postaci inicjatywy dowodowej sądu oraz rozszerzająca interpretacja wyjątków od zasady przeprowadzania dowodów bezpośrednio na rozprawie przyczyniły się do tego, że próbę wprowadzenia procesu kontradyktoryjnego we Włoszech uznaje się dziś za porażkę. Oba te przypadki wiążą się bowiem z bardzo poważnym ryzykiem naruszenia zasady neutralności sędziego arbitra. Jeśli proces ma być w założeniu konfrontacją między dwiema stronami, na których spoczywa ciężar zaprezentowania dowodów, to przeprowadzanie dowodów z urzędu będzie nieuchronnie działało na korzyść jednej z nich. Kontynentalną tradycję prawną charakteryzuje jednak nieufność wobec procesu ściśle kontrolowanego przez strony sporu. Dobitnie świadczy o tym fakt, że po 1989 r. Włosi stopniowo rezygnowali z tego podejścia. Przywiązanie sędziów do poszukiwania prawdy materialnej ostatecznie sprawiło, że furtka dopuszczająca inicjatywę dowodową sądu w wyjątkowych okolicznościach stała się drogą do przeprowadzania szerokiego dochodzenia sądowego. Zasada bezstronności postępowania została więc wyparta na rzecz utrzymania przez sąd kontroli nad procesem.

Zaburzona więc została równowaga stron tak istotna z punktu widzenia amerykańskiego modelu procesu kontradyktoryjnego?

Nie nazwałbym tego w ten sposób. Amerykanie zasadniczo wychodzą z założenia, że prawdopodobieństwo, iż funkcjonariusze publiczni są skorumpowani, niekompetentni, agresywni i upolitycznieni, jest ogromne. Inaczej niż w Niemczech czy we Francji, gdzie obywatele mają spore zaufanie do instytucji publicznych, w tym do sądów i prokuratur, w Stanach Zjednoczonych uważa się dokładnie przeciwnie. Stąd w kraju, w którym urzędników wymiaru sprawiedliwości uznaje się dość powszechnie za nieudolnych i upartyjnionych, istnieje potrzeba silnej zasady domniemania niewinności. Zbyt aktywna rola sędziego postrzegana jest z kolei jako naruszenie tej przesłanki. Zasada domniemania niewinności, tak jak rozumie się ją w prawie i orzecznictwie amerykańskim, oznacza, że prokuratura ponosi odpowiedzialność za przedstawienie dowodów winy oskarżonego, natomiast obrona nie ma obowiązku udowadniania jego niewinności. Może to zrobić, ale nie musi. To na rządzie spoczywa ciężar dowodowy, co w sposób oczywisty wiąże się ze wspomnianym już wcześniej podziałem procesu. Prawo amerykańskie koncentruje się na zapewnieniu najwyższej ochrony osobom niewinnym, jednocześnie przyznając nieliczne gwarancje osobom uznanym za winne popełnienia przestępstwa. Dlatego z jednej strony mamy tak dużo różnych przepisów, które mają utrudnić prokuraturze uzyskanie wyroku skazującego, a z drugiej – niewiele przeszkód prawnych utrudniających stosowanie kary wieloletniego więzienia czy złe traktowanie więźniów. Prawdopodobnie jest to największa różnica w praktyce między amerykańskim prawem karnym a tradycją Europy kontynentalnej. Państwa europejskie o wiele skuteczniej chronią osoby winne i oskarżone, także przed pochopnymi wyrokami opinii publicznej. Dobrą ilustracją kontrastu między amerykańskim i europejskim rozumieniem domniemania niewinności jest stosunek do publicznego aresztowania Dominique’a Straussa-Kahna, byłego szefa Międzynarodowego Funduszu Walutowego i kandydata socjalistów na prezydenta Francji, oskarżonego w 2011 r. o próbę zgwałcenia hotelowej pokojówki. Europejscy komentatorzy byli wstrząśnięci tym, że wszystkie stacje telewizyjne pokazały, jak został on zatrzymany przez nowojorską policję i demonstracyjnie przeprowadzony w kajdankach przed oczekującymi na jego wyjście reporterami. Dla większości Europejczyków ten amerykański zwyczaj, tzw. perp walk, wydaje się naruszeniem zasady domniemania niewinności i prawa do prywatności. Oskarżony wyprowadzany w asyście kamer telewizyjnych w oczach opinii publicznej staje się bowiem kryminalistą bez względu na to, że nie został nawet skazany. Wielu Amerykanów uważa jednak, że transparentność oraz wolność prasy w tym przypadku były ważniejsze niż prywatność oskarżonego. Perp walk ma pokazać, że prokuratura nie stosuje żadnej taryfy ulgowej wobec osób znanych i wpływowych, a też uwiarygodnić jej wysiłki w zwalczaniu przestępczości.

Wprowadzenie kontradyktoryjności oznacza dla polskich prokuratorów znaczne zwiększenie aktywności procesowej. Obecnie wielu z nich w ogóle nie zajmuje się śledztwami, nie mówiąc już o występowaniu w sądach, ale statystykami i nadzorem. W przeciwieństwie do USA u nas nominacja na stanowisko prokuratora jest de facto dożywotnia. Może polska, silnie zbiurokratyzowana prokuratura nie przystaje organizacyjnie, merytorycznie i mentalnie do kultury pracy, jakiej wymaga kontradyktoryjność?

Rola prokuratora w procesie amerykańskim w istocie różni się zasadniczo od procesu kontynentalnego. W USA prokurator jest funkcjonariuszem władzy wykonawczej czy przeciwnikiem procesowym, który ma obowiązek wywalczyć wyrok skazujący dla oskarżonego. Ta mentalność oponenta ma niezwykle istotne znaczenie dla zrozumienia sposobu działania systemu kontradyktoryjnego. W tradycji europejskiej śledczy był natomiast funkcjonariuszem sądu, reprezentującym interes prawdy i sprawiedliwości, a nie państwa. Stąd też jego kluczowa rola w postępowaniu przygotowawczym. Chociaż w amerykańskiej praktyce prokuratorami zostają zwykle doświadczeni prawnicy procesowi, to co do zasady nie widzę przeszkód, aby kontynentalny model prokuratury dobrze funkcjonował w warunkach systemu kontradyktoryjnego. Co więcej, myślę, że podejście europejskie pozwala uniknąć wielu niebezpieczeństw, które kryją się w amerykańskiej procedurze nominacji prokuratorskich, oraz lepiej chroni sprawiedliwość. W USA prokuratorzy federalni są wybierani na czteroletnią kadencję za zgodą Senatu, co oznacza, że w znacznej mierze jest to proces polityczny.

Zwolennicy reformy kontradyktoryjnej w Polsce dowodzą, że przyczyni się ona do przyspieszenia i usprawnienia postępowań. Mają rację?

Włosi tak samo motywowali wprowadzenie kontradyktoryjności. Ale zupełnie nie rozumiem powodów, dla których ktoś mógłby myśleć, że przyjęcie takiego modelu doprowadzi do skrócenia procesów. Z mojego punktu widzenia takie rozumowanie brzmi bardzo dziwnie i nie ma większego sensu. Postępowania karne w Stanach Zjednoczonych rzeczywiście nie są bardzo sformalizowane, ale to dlatego, że w odróżnieniu od krajów europejskich mamy instytucję ławy przysięgłych. Jej członkowie wydają po prostu ogólny wyrok „winny” bądź „niewinny” bez konieczności jakiegokolwiek uzasadnienia swojej decyzji. Tak się zresztą dzieje tylko w niewielkiej liczbie przypadków, gdyż w Stanach Zjednoczonych przeszło 95 proc. spraw karnych, łącznie ze sprawami o dożywocie, kończy się ugodami, a więc do procesu w ogóle nie dochodzi. Dlatego też często nawet nie wiadomo, jakie przyczyny stały za skazaniem danego oskarżonego. Amerykanie dokładają wszelkich starań, aby doprowadzić do szybkiego rozstrzygnięcia sporów alternatywnymi metodami właśnie po to, aby uniknąć prowadzenia długiego procesu karnego. To wszystko w istocie pozwala stwierdzić, że model amerykański jest wydajny i niesformalizowany, jednak czy dominująca u nas praktyka jest słuszna? Nie jestem tego pewien. Pewne jest za to, że nie ma w Stanach Zjednoczonych osoby, niekoniecznie prawnika, która uważałaby, że stosując pełną procedurę karną, można liczyć, że proces zakończy się szybko. Może z jakichś powodów w Polsce będzie inaczej (śmiech). Byłbym jednak bardzo zaskoczony.

Twórcy polskiej reformy szacują też, że po wejściu w życie nowelizacji nawet przy 80 proc. spraw do rozprawy w ogóle nie dojdzie, bo szerzej będą wykorzystywane konsensualne metody zakończenia sporów.

Każdy system prawny w Europie kontynentalnej przewiduje takie sposoby, ale inaczej niż w Stanach Zjednoczonych, w przypadkach przestępstwa zagrożonego poważną karą nie można tam uniknąć pełnego procesu. Obecnie alternatywne metody rozwiązywania sporów są wykorzystywane w krajach europejskich głównie przy drobnych przestępstwach. Aby skrócić czas trwania postępowań i zmniejszyć obciążenie sądów, coraz więcej rządów decyduje się na kwalifikowanie jak najwięcej kategorii spraw jako „drobnych” oraz dekryminalizację czynów uznawanych dotychczas za przestępne, np. przestępstwa przeciwko mieniu. W Stanach Zjednoczonych byłoby to nie do pomyślenia. Włoski kodeks karny z 1988 r. również zakładał pewne specjalne procedury i usprawnienia, które miały odciążyć sądy, np. szerokie stosowanie wniosku o skazanie bez rozprawy, postępowania skrócone czy system zachęt do jak najwcześniejszego dobrowolnego poddania się odpowiedzialności. W praktyce margines swobodnego uznania, jaki pozostawiono sędziom przy ocenie wagi czynu zabronionego i proporcjonalności kary, spowodował, że rozszerzenie zakresu negocjacji między stronami nie wpłynęło znacząco na zwiększenie liczby spraw, w których nie dochodziło do procesu. Zresztą włoski Trybunał Konstytucyjny w orzeczeniu z 1990 r. wyraźnie potwierdził, że sędzia może odrzucić ustalenia stron, jeśli uzna, że wynegocjowana przez nie kara jest niestosowna do popełnionego czynu.

Kontynentalny model procedury karnej, delikatnie mówiąc, nie cieszy się dobrą sławą w USA.

Rzeczywiście. W znacznej mierze wynika to z bardzo negatywnych konotacji historycznych. Europejski system nadal silnie kojarzy się Amerykanom z hiszpańską inkwizycją, która w ich oczach uosabia najgorszą, despotyczną niesprawiedliwość władzy. Kolejny powód ma związek z fundamentalną rolą, jaką dla poczucia sprawiedliwości Amerykanów ma czwarta poprawka do konstytucji ustanawiająca zakaz nieuzasadnionych rewizji i zatrzymań. Ma ona za zadanie tworzyć przeszkody, które uniemożliwią władzom popełnianie nadużyć w trakcie prowadzenia postępowań. Służącym temu środkiem są m.in. zasady wykluczania dowodów, chociażby tych zdobytych nielegalnie. Prokuratorów europejskich również obowiązują pewne ograniczenia dotyczące prowadzenia śledztw, ale nie są one tak sztywne i rygorystyczne, a wykluczanie dowodów występuje stosunkowo rzadko. Głównym celem jest w końcu dojście do prawdy. Jak wspomniałem wcześniej, Amerykanie z dużą podejrzliwością, a wręcz odrazą odnoszą się do władzy państwowej. Ta ideologia radykalnej opozycji wobec rządu jest raczej obca tradycji europejskiej, która choćby z tego powodu wywołuje w USA ogromną niechęć. Poza tym Amerykanie zwyczajnie nie mają pojęcia, jak działa wymiar sprawiedliwości w krajach UE.

Doskonałym przykładem awersji Amerykanów do sposobu działania sądów i organów ścigania w Europie była ich reakcja na toczący się we Włoszech proces Amandy Knox, amerykańskiej studentki oskarżonej o zabójstwo swojej koleżanki Meredith Kercher.

Przebieg tego procesu, szeroko relacjonowanego przez media w USA, rzeczywiście spowodował ogromny dyskomfort u amerykańskiej opinii publicznej, która pozostaje przekonana, że włoskie sądy i policja dopuściły się rażącej, szokującej niesprawiedliwości. Wynika to z wielu powodów. W pierwszej kolejności Amerykanie uważali za skandaliczne to, że w ramach jednego procesu łącznie rozpatrywano sprawę karną o zabójstwo, sprawę cywilną o zadośćuczynienie wniesioną przez rodzinę Kercher oraz sprawę o zniesławienie zainicjowaną przez Diyę Lumumbę, któremu Amanda Knox początkowo przypisała morderstwo koleżanki. Połączenie pozwów oznaczało, że niektóre świadectwa i zeznania, których nie dopuszczono w sprawie karnej, miały jednocześnie wartość dowodową przy badaniu sprawy cywilnej. Dotyczyło to zwłaszcza zeznania Amandy Knox obciążającego ją samą. W amerykańskim procesie karnym tego rodzaju dowody musiałyby zostać wykluczone, jeśli uznano by, że są nadmiernie krzywdzące dla oskarżonej i mogą podważyć bezstronność składu orzekającego. To, co jest więc typową konsekwencją zasad prowadzenia postępowania kontynentalnego, dla Amerykanów stanowi rażące naruszenie sprawiedliwości. W procesie Amandy Knox szokujące i wysoce niestosowne było dla nich również to, jak wiele uwagi włoski prokurator poświęcił udowadnianiu cech charakteru oskarżonej, portretując ją jako osobę, której życie obraca się wokół seksu, alkoholu i marihuany. W procesach europejskich takie metody dowodzenia są dopuszczalne, natomiast w USA zostałyby zakazane.

Czy z powodu tak zasadniczych różnic między kontynentalną i anglosaską kulturą prawną polskiemu wymiarowi sprawiedliwości może po wprowadzeniu reformy grozić paraliż?

Pomysł przeszczepienia systemu kontradyktoryjnego do kontynentalnego porządku prawnego, dodatkowo obciążonego postkomunistyczną spuścizną, brzmi dość egzotycznie. Ale nie spisywałbym tego eksperymentu na straty. Zapewne na początku polski wymiar sprawiedliwości czeka chaos. Jednak prawnicy mają to do siebie, że gdy otrzymują jakiś zbiór zasad, to prędzej czy później wynajdą sposoby ich stosowania na gruncie obowiązującego prawa.