Reklama
Sprawę zainicjował w marcu 2013 r. jeden z obywateli. Zawnioskował o ujawnienie wpisów z lutego 2013 r. z kalendarza ministra, prowadzonego w formie elektronicznej. Ministerstwo uznało jednak, że nie jest to informacja publiczna. Dowodziło, że kalendarz jest narzędziem pomocniczym, wspomagającym organizację i planowanie pracy, a nie dokumentem urzędowym. Podkreślało także, że umieszczanie w kalendarzu terminu konkretnego wydarzenia ma charakter czynności czysto technicznej i nie jest dowodem na to, czy takie spotkanie się odbyło lub odbędzie. W ocenie resortu informacje zamieszczone w terminarzu nie przesądzają też o kierunku działań organu administracji publicznej ani nie są wyrazem jego stanowiska. A tylko takie dokumenty mają status informacji publicznej, zgodnie z art. 6 ust. 2 ustawy o dostępie do informacji publicznej (Dz.U. z 2001 r. nr 112, poz. 1198 ze zm.).
Obywatel zaskarżył odmowę do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie. Do sprawy włączyła się także Sieć Obywatelska – Watchdog Polska, stowarzyszenie, które zabiega o jawność życia publicznego. Bezskutecznie. Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie (sygn. akt II SAB/Wa 178/13) przyznał rację ministrowi. Wskazał, że terminarz spotkań ministra nie jest dokumentem urzędowym. Nie zawiera on oświadczeń woli czy wiedzy funkcjonariusza publicznego. Jest co najwyżej narzędziem biurowym wspomagającym organizację i planowanie pracy ministra. A skoro tak, to minister nie dopuścił się bezczynności. Sieć zaskarżyła wyrok.
NSA był jednak podobnego zdania co WSA.
– Po prostu nie wierzę, że mógł zapaść taki wyrok. Jest zupełnie nietrafny pod względem prawnym. Nie wierzę, że jako obywatel nie mogę pytać o terminarz spotkań ministra – komentuje Szymon Osowski, prezes Sieci Obywatelskiej – Watchdog Polska.
Ma on nadzieję, że NSA za jakiś czas zmieni orzecznictwo w tej kwestii.
– I nie będzie to pierwszy przypadek, że sami sędziowie ucząc się zasad jawności zmienią zdanie – uważa Osowski.
ORZECZNICTWO
Wyrok NSA z 13 czerwca, sygn. akt I OSK 291/13.