Ewa Maria Radlińska: Ostatni bastion adwokatury zdobyty przez radców prawnych. 1 lipca 2015 r. wejdą do sądów w roli obrońców w procesach karnych. Może więc czas połączyć oba samorządy w jeden?
Reklama

Reklama
Andrzej Michałowski, adwokat, były wiceprezes Naczelnej Rady Adwokackiej, obecnie członek NRA: Ani adwokatura, ani środowisko radców prawnych nie zgłaszają takich oczekiwań.
ER: Jednak ciągle się o tym mówi w obu środowiskach.
AM: Bo temat kilka razy rozpalał wyobraźnię w ciągu ostatnich 20 lat. Po raz ostatni w związku z projektem Nowa Adwokatura przedstawionym w 2007 r.
ER: Projekt był zły?
AM:To była wydumana, gabinetowa propozycja realizująca ambicje ministra sprawiedliwości, który postanowił urządzić nam świat po swojemu. Projekt, jak rewolucja październikowa, miał zburzyć dotychczasowy porządek i zbudować nowy wspaniały świat na gruzach starego systemu. Tymczasem wartość obu środowisk jest osadzona w ich dotychczasowym doświadczeniu.
ER:Korporacjom nie mogło się to podobać.
AM: Zareagowały tak, jak przystało na środowiska niezależne. Adwokaci uznali, że skoro sprawa dotyczy istoty ich zawodowego życia, to szef resortu nie powinien narzucać im autorskiej wizji przyszłości.
ER:To było 7 lat temu.
AM:I wówczas wielu adwokatów, szczególnie z większych izb i kancelarii, było blisko wizji wspólnego zawodu. Tamto złe doświadczenie zablokowało jednak możliwość wcielenia w życie podobnego pomysłu na kolejne lata. Stopień akceptacji dla propozycji połączenia zawodów, do momentu pojawienia się projektu Nowej Adwokatury, wzrastał. Później aprobata tego pomysłu już tylko spadała. I ten stan trwa chyba do dzisiaj. Poza tym projekt Nowej Adwokatury zupełnie abstrahował od najważniejszego problemu w relacjach adwokatów i radców prawnych.
ER:Jakiego?
AM:Braku wzajemnego zaufania i szacunku dla siebie obu środowisk.
ER:Jest to jawnie manifestowane?
AM: Choćby w paskudnym powiedzeniu, że adwokaci są od Bolesława Chrobrego, a radcy prawni od Bolesława Bieruta. To szaleńcza postawa. Siła i dojrzałość członków korporacji powinna bowiem skłaniać do tego, żeby budować relacje w oparciu o wartości, a nie resentymenty. Do tego nieprawdziwe. Znam przecież adwokatów, których bym określił jako spadkobierców Bieruta, a nie Chrobrego. Znam też świetnych radców, którzy z Bierutem nie mają nic wspólnego.
ER:W adwokaturze panuje przekonanie, że adwokaci są lepsi.
AM:Nie aprobuję prostackiego wartościowania tysięcy różnych ludzi, wśród których są zarówno godni najwyższego szacunku, jak i ostracyzmu. Tak jak przeciwstawiam się frazesom, że dobrym adwokatem można zostać tylko po aplikacji adwokackiej. Znakomity adwokat Stanisław Mikke, wzór adwokackich cnót, nie przechodził aplikacji adwokackiej. Można być więc dobrym adwokatem, dochodząc do adwokatury inną drogą. Zapewne trudniejszą, co nie zmienia faktu, że można. Trzeba rozumieć, że tradycja zawodu, która jest wspaniała, nie zapewnia żadnej przewagi nad innymi. Pomaga, ale tylko uzupełniana o współczesne profesjonalne zaangażowanie każdego kolejnego dnia.
ER:Wróćmy do połączenia zawodów. Niby więc tematu nie ma, a jednak się stale przewija. Władze obu korporacji powinny więc się spotkać?
AM: Powinny się spotykać, kiedy tylko jest to możliwe. Kiedy prowadziłem sprawy adwokatury, z prezesem KRRP spotykałem się co tydzień, a raz w miesiącu wspólnie spotykaliśmy się z ministrem sprawiedliwości. Dzięki temu, między innymi, w przyszłym roku prezydentem CCBI zostanie Polka.
ER: Ale ja wciąż mówię o pomyśle łączenia zawodów.
AM: A ja chcę odpowiadać szerzej. Przede wszystkim władze samorządów powinny kreować przyszłość, a nie płynąć wiecznie pod prąd zmian wymyślanych przez innych. Nie od rozmów o połączeniu zawodów zależy los adwokatów i radców. Samorząd adwokacki przede wszystkim powinien myśleć o adwokatach i ich klientach. Nie zaś o sobie. A zatem powinien rozpocząć poważną debatę, która dałaby odpowiedź na pytanie: jak zawód będzie wyglądał za 5, 10 czy 15 lat? Dziś te dyskusje są mizerne. Nie prowadzi ich samorząd, lecz kilku adwokatów, którzy wychodzą przed szereg i próbują snuć własną projekcję rzeczywistości. Na pierwszym miejscu powinni być więc sami adwokaci i ich problemy związane z wykonywanie zawodu i funkcjonowaniem na rynku. Sam samorząd jest kwestią wtórną. Jest jedynie opakowaniem. Ważnym, ale nie najważniejszym.
ER: Będę monotematyczna. Myślałam, że jest pan zdecydowanym zwolennikiem pomysłu połączenia.
AM: Tak mnie kiedyś naznaczono. A mój stosunek do tego pomysłu jest pochodną skupiania się na przyszłości wykonywania zawodów prawniczych. Na drodze do ich rozwoju jest przecież wiele przeszkód.
ER: Ale przed laty...
AM: Pełniąc obowiązki prezesa NRA, przemawiałem na Krajowym Zjeździe Radców Prawnych. To było życzliwe wystąpienie. Docenione, bo wielokrotnie przerywane oklaskami publiczności złożonej z samych radców. Na zakończenie powiedziałem, żebyśmy nie ścigali się o to, który z samorządów jest najstarszy, a który największy. Niech obydwa będą najlepsze. Następnie ówczesny prezes KRRP Maciej Bobrowicz na Krajowym Zjeździe Adwokatury chciał w rewanżu powtórzyć to hasło. Oklasków nie było. Panowała wroga cisza. Takie były więc (i mam wrażenie, że są) oczekiwania środowiska adwokackiego. Po gardła nasze nie chcemy fuzji – krzyczano. O połączeniu można mówić zaś tylko wtedy, gdy istnieje wystarczające poparcie środowiska dla takiego pomysłu. Nie należy uszczęśliwiać ludzi na siłę. Nawet jeżeli nie mają racji.
ER: Wyłącznie opór adwokatów stoi na drodze do realizacji takiego planu?
AM: Nie tylko. Upływ czasu i zmiana pozycji samorządów odgrywają dużą rolę. Dziś nie można dyskutować o takim połączeniu, jakie było rozważane przed laty. Więc karpie nie powinny zbytnio nalegać na przyspieszanie Wigilii. Ponadto wykonywanie zawodów prawniczych zmierza nie do jednolitości, ale raczej do naturalnego różnicowania się adwokatów czynnych w różnych rodzajach aktywności. Rzeczywistość jest więc bardziej skomplikowana niż standardowe, obecne w adwokaturze od dawna, stygmatyzujące domaganie się deklaracji: za połączeniem, czy przeciwko niemu.
ER:Adwokatura zawsze miała tendencje do zamykania się?
AM:W latach 80., kiedy to radcy mieli uzyskać uprawnienia do reprezentowania osób fizycznych, pojawił się pomysł mocno wyprzedzający czas, żeby wszystkich radców prawnych, którzy chcą otworzyć kancelarie i prowadzić sprawy osób fizycznych, przyjąć do adwokatury. W ten sposób miał się dokonać jednoznaczny podział na tych, którzy wykonują wolny zawód, i na prawników urzędników związanych zawodowo z przedsiębiorstwami. Został zakrzyczany i utrącony. Adwokatura nie zawsze była w skorupie niechęci do przybyszów z zewnątrz. Każde środowisko ma jednak naturalną tendencję do zamykania się, jeżeli czuje, że jest mu dobrze. A adwokatom wówczas było dobrze. I przyzwyczailiśmy się do myślenia, że dobrze będzie zawsze. To wywołało osłabienie zdolności reagowania na to, co dzieje się na zewnątrz, poza adwokaturą.
ER: Dlaczego wówczas nie doszło do połączenia zgodnie z tym zamiarem?
AM:Zabrakło woli politykom. Radcy nasycili się tym, co uzyskali. Podobno też w tamtych czasach istotna część radców nie miała wyższego wykształcenia, co stanowiło istotną merytoryczną przeszkodę. Dziś takich problemów nie widzę, ale każdy, kto zgłasza propozycję połączenia zawodów, staje się zadżumiony. Widocznie nadal patrzymy na świat z przekonaniem, że rzeczywistość musi pozostać taka sama, a każda zmiana jest niebezpieczna, zła.
ER: Jednak samorządy w innych państwach uporały się sprawnie z problemami i do połączenia doszło.
AM:Tak.
ER:To czemu my sobie z tym nie możemy poradzić od 20 lat?
AM:Może dlatego, że polscy adwokaci w czasach PRL zyskali nieprawdopodobną pozycję społeczną. Zupełnie odbiegała ona od pozycji adwokatów na zachodzie Europy. U nas adwokaci cieszyli się wielkim zaufaniem obywateli. Społeczeństwu towarzyszyło poczucie, że adwokaci są elitą, ludźmi prawymi, walczącymi z niesprawiedliwością. To zasługa stosunkowo nielicznej grupy adwokatów, ale splendor spłynął na całe środowisko. Poza tym w Polsce samorządy adwokacki, jak i radcowski mają wyjątkowo szerokie uprawnienia. Samorządy bronią więc swojego interesu, ponieważ każda zmiana pociągnie za sobą lawinę kolejnych zmian.
ER:A po co w ogóle został stworzony samorząd?
AM:U źródeł tworzenia się samorządów była potrzeba obrony adwokatów przed ingerencją władzy publicznej w sytuacjach konfliktowych. Po to więc, żeby adwokata nie można było skutecznie zaatakować za to, w jaki sposób reprezentuje swojego klienta. Żeby miał oparcie w organizacji.
ER: No i ma?
AM: Wielu, zbyt wielu adwokatów udzieliłoby negatywnej odpowiedzi. Zarzuca się, że obecnie samorząd zajmuje się głównie sobą. Coraz częściej pojawiają się głosy, że samorząd jest drogi i niepotrzebny. Że jest bylejaki. Młodsi mówią, że obciachowy.
ER: To czy musi być obowiązkowy?
AM: To powinni adwokaci i radcy prawni sami rozstrzygnąć, a nie czekać, aż problem wybuchnie z taką siłą, że nie da się go opanować. Brak odpowiedniej diagnozy problemu i reakcji we właściwym czasie niczego nie zastopuje, tylko przyniesie narzucone odgórnie zmiany, najpewniej znowu takie, które będą odczytywane jako zagrożenie egzystencji. Po raz który?
ER: A jak ich przekonać, że jednak jest potrzebny?
AM: Z art. 17 konstytucji wynika, że samorząd reprezentuje wszystkie osoby wykonujące dany zawód zaufania publicznego. Gdyby zatem przynależność do niego nie była obowiązkowa, to reprezentowałby tylko niektóre osoby wykonujące ten zawód. Wedle jakich zatem reguł zawód wykonywaliby ci, którzy nie należeliby do samorządu? Nie mogliby przecież podlegać regułom określanym przez organizację, której członkami nie są.
ER: Kto mógłby więc te reguły ustalić?
AM: Na pewno nie minister sprawiedliwości, ponieważ wówczas prawnicy byliby zależni od administracji rządowej, a to nie do przyjęcia. Brytyjczycy szukali rozwiązania, ale oni mają inną tradycję. Tam też istnieją różne zawody prawnicze. Nie poszli jednak w kierunku ujednolicania zawodów. Przeciwnie – starają się szanować tradycję i odrębności. Dostrzegając jednak wady systemu, powołali publiczną (nie rządową) radę nadzoru nad usługami prawniczymi. Ale i ten system okazał się niewydolny. Trochę przypomina naszą Krajową Radę Radiofonii i Telewizji. Jeżeli więc zadajemy sobie pytanie, czy samorząd musi być obowiązkowy, to trzeba zmierzyć się z odpowiedzią na jeszcze inne pytania: jak bez obowiązkowego samorządu zorganizować ustalanie zasad wykonywania zawodu i kwestię ich egzekwowania? Ten, kto wskaże sensowną odpowiedź na to pytanie, rozwiąże formalny problem. Dopóki pytanie pozostaje bez odpowiedzi, to samorząd musi być obowiązkowy.
ER: A od strony mniej formalnej, czysto ludzkiej?
AM: Trzeba przekonywać adwokatów, że organizacja jest im faktycznie potrzebna.
ER: Jak?
AM: Pokazywać, że warto mieć oparcie w strukturze, która jest im życzliwa. Na razie struktury samorządu z trudem poddają się tym oczekiwaniom. Uprawiają na przykład obstrukcję w ujawnianiu decyzji i kosztów funkcjonowania. Przekonywać adwokatów, że warto być członkiem organizacji, która ich wzmacnia, bo liczy się w życiu publicznym. Na przykład występuje w interesie publicznym w ważnych sprawach, takich jak obecna próba usankcjonowania pozbawiania ludzi wolności w trybie cywilnego postępowania, bez gwarancji procesowych właściwych prawu do obrony. Tylko w życiu, poza jednozdaniowym fragmentem uchwały KZA i kilkoma indywidualnymi wypowiedziami osób pełniących funkcje w samorządzie (wypowiadających się w tej sprawie we własnym imieniu), adwokatura milczy. I to w sprawie, która jest jej najbliższa. Dotyczącej praw i wolności obywatelskich. Aktywnie działają na tym polu Helsińska Fundacja Praw Człowieka, rzecznik praw obywatelskich i pełnomocnik z urzędu Mariusza T. wyznaczony przez radę adwokacką. A NRA zamiast złożyć w sądzie, który rozpoznaje taką sprawę, opinię przyjaciela sądu na temat tej ustawy, milczy.
ER: Ale najlepiej byłoby zapobiegać. A mam wrażenie, że adwokaci nie mają wielkiego wpływu na legislację.
AM:We współczesnym świecie i w polityce rozmawia się tylko z tymi, którzy mają jakiekolwiek znaczenie. Widocznie samorząd adwokacki nie ma znaczenia.
ER: Jak to zmienić?
AM: To twarze samorządu adwokackiego i głos adwokatury muszą mieć znaczenie. To nieprawda, że dziennikarze i politycy nie chcą słuchać adwokatów. Nie chcą słuchać banałów, wypowiadanych dodatkowo w słabej formie. Ciekawych ludzi i ciekawych wypowiedzi zawsze się chętnie słucha. Nie zawsze można się z nimi zgodzić, ale to już inna sprawa. Nie zawsze się wygrywa, co nie zwalnia od starań o wygraną.
ER: Jak więc wspomagać zdobywanie znaczenia?
AM: Poprzez uczestniczenie w ważnych społecznie przedsięwzięciach. Gdyby udało się przy okazji tematu ustawy o izolacji doprowadzić do jednoznacznego rozstrzygnięcia, które napiętnowałoby pozbawianie wolności w trybie wytrychu prawnego, to po jednym, dwóch, a może 15 takich wystąpieniach okazałoby się, że adwokatury warto słuchać. Trzeba stanowczo działać, i to tym bardziej w sprawach, które dotyczą aktywności adwokackich. Takie akcje były realizowane, choćby odnośnie do powszechnego inwigilowana obywateli.
ER:I adwokatura odniosła sukces.
AM: Tak, bo jej głos był donośny. Adwokatura może budować wpływy tylko siłą głosu, nie pieniędzmi. Trzeba mieć jednak coś ciekawego do powiedzenia. Czasem samorządowi się jednak to udawało.
ER: Porozmawiajmy o wykonywaniu zawodu. Jak będzie wyglądała jego przyszłość?
AM:Prawnicy coraz bardziej zbliżają się do swoich klientów. Jeżeli zatem ktoś zajmuje się sprawami karnymi, to całkowicie poświęca się tej dziedzinie i podporządkowuje wszystkie reguły wykonywania zawodu temu, aby sprostać oczekiwaniom swoich klientów, bądź chronić ich interesy w odpowiedni sposób. W wypadku obrońcy liczy się zatem najsilniejsza tajemnica zawodowa. Z kolei ten, kto doradza w transakcjach komercyjnych, ma inne priorytety. Jeżeli bowiem reprezentuje spółkę publiczną, która i tak musi podać do publicznej wiadomości wszystkie istotne informacje, to dla jej prawnika ochrona tajemnicy zawodowej ma inny wymiar. Tym bardziej w sytuacji, gdy komercyjny klient toczy spór sądowy i potrzebuje zeznań swojego prawnika, a ten nie może mu pomóc i ich złożyć. To zjawisko dedykowanych prawników dla coraz bardziej specyficznych grup klientów. Adwokaci będą zmuszeni różnicować reguły wykonywania zawodu w zależności od rodzaju aktywności. Pojawiają się też nowe specjalizacje i trudno jest w jednej strukturze, przy identycznych regułach, wykonywać te wszystkie czynności adwokackie.
ER: Przed jakimi jeszcze problemami dotyczącymi wykonywania zawodu stoją adwokaci?
AM: Zapewne część z adwokatów obsługujących sektor biznesowy będzie angażować się w decyzje merytoryczne przedsiębiorstw. Wykroczy zatem poza ramy doradzania. Klienci tego oczekują. Adwokaci realizujący się zawodowo na tej płaszczyźnie powinni mieć więc trochę inne reguły wykonywania zawodu niż obrońcy karni. Zwłaszcza w zakresie pozyskiwania klientów, reklamowania się bądź informowania o świadczonej pomocy.
ER: Prosty podział już nie wystarczy?
AM: Nie. Prawnicy będą potrzebowali mniejszych organizacji, bo będą połączeni wspólnym interesem z mniejszą grupą ludzi. Zatem czy w ogóle istnieje sens utrzymywania dwóch dużych struktur, skoro będzie funkcjonować 10 czy 15 stowarzyszeń, takich jak adwokatów prawa pracy, konkurencji czy obrońców sądowych ? Ten trend już jest widoczny, tylko nie wszyscy zdają sobie sprawę z konsekwencji. Możliwe też, że powstaną stowarzyszenia adwokatów, którzy będą silnie nawiązywali do tradycji i nie będą w ogóle brali pod uwagę pracy na etacie. Po drugiej stronie umieśćmy potrzebę organizowania się adwokatów obsługujących przedsiębiorców jako inhousi albo adwokatów świadczących pomoc prawną wyłącznie przez internet. Żadna z tych grup nie będzie ani gorsza, ani lepsza od innej. Dlatego najpierw należy zająć się zmianami w zakresie wykonywania zawodu, a dopiero później strukturami, które powinny być dopasowane do potrzeb ludzi.
ER: Czyli dyskusje o połączeniu z radcami są już trochę bezcelowe...
AM: O tym można było dyskutować 20 lat temu. Dziś temat jest raczej pretekstem do odpowiedzi na pytanie: jak mamy wymyślić dla siebie przyszłość? Oczywiście może się to nie udać, ale chociaż wiadomo będzie, do czego się dąży. Adwokaci powinni się zastanowić, kim są, po co wykonują ten zawód i dla kogo, jakie są jego granice oraz interesy. To pozwoli wypracować listę koniecznych zmian i zasad nie do naruszenia.
ER: Do tego potrzeba poważnej debaty środowiskowej. A tu napotykamy kolejne przeszkody.
AM: Paradoksalna jest sytuacja, w której w środowisku niezależnym nie można się niezależnie wypowiadać. Bardzo silnie ujawniło się to przy okazji projektu Nowej Adwokatury. Pojawił się wówczas pogląd, że adwokaci, którzy zostali zaproszeni do prac nad projektem przez ministra sprawiedliwości, w ogóle nie mogą takiego zaproszenia przyjąć bez zgody samorządu. A przecież to byli wolni ludzie. Wartość środowiska wynika nie z licytowania się, kto bardziej kocha adwokaturę, ale z dostrzegania problemów i analizy, jak je rozwiązać.
ER: A przecież dyskutowanie i spory wpisują się w naturalny sposób w ten zawód.
AM: Są jego istotą. Były też zawsze obecne w czasach wielkości adwokatury. Wzmacniały ją. Międzywojenna adwokatura przeżywała spór pomiędzy samorządem zawodowym a Związkiem Adwokatów Polskich. Była to organizacja niemalże tak silna jak sam samorząd zawodowy. Wieloletni prezes tej organizacji, lwowski adwokat Antoni Dziędzielewicz, definiował dylemat stojący przed każdym adwokatem: dlaczego ma należeć do organizacji wraz ze wszystkimi innymi adwokatami, z którymi łączy go tylko tytuł zawodowy, dzieli natomiast wszystko: kultura, przekonania, poglądy polityczne, czy – wówczas ważna – narodowość? I rozwiązaniem tego dylematu była działalność ZAP. Dało mu to możliwość przebywania w środowisku ludzi, z którymi prawie wszystko go łączyło.
ER: To wpisuje się w pana wizję przyszłości zawodu.
AM: Dlatego często przywołuję tę postać. Chcę wskazać właściwy – według mnie – kierunek. Jest nim rozwiązywanie problemów, a nie podsycanie konkurencji. Autentyczność i prawda się sprawdzają, a fałsz i hipokryzja ostatecznie zawsze przegrywają.
ER:A jak rozwój techniki wpłynie na zmiany w adwokaturze?
AM: Kiedy byłem aplikantem, to w siedzibie warszawskiej Okręgowej Rady Adwokackiej przy Al. Ujazdowskich bywałem niemal codziennie. Dziś bywam tam raz w roku. Kiedyś klienci przychodzili do mnie do kancelarii ...
ER: Czuję, do czego pan zmierza...
AM: Nie chcę jeszcze zbyt mocno forsować pytania: czy naprawdę adwokatom potrzebna jest siedziba rady adwokackiej jedynie po to, żeby bywali w niej raz w roku? Może więc nie ma potrzeby przesadnego inwestowania w nieruchomości, których utrzymanie dodatkowo drogo kosztuje. Może warto zastanowić się nad inwestycją w narzędzia informatyczne. To nie jest jednak sytuacja zero-jedynkowa, bo wciąż dla wielu adwokatów siedziba jest ważna. Skoro jednak przyszłość zaczyna się dziś, to każda dzisiejsza decyzja powinna uwzględniać i takie dylematy. Narzędzia wykonywania zawodu się zmieniają. Muszą się też zmieniać narzędzia funkcjonowania samorządu.
ER: Pana poglądy nie są zbyt nowoczesne jak na adwokaturę od Chrobrego?
AM: Zawsze byłem nieco osobny. Tym się szczycę. Widocznie też nie przeszkadzało to adwokatom, którzy obdarzali mnie zaufaniem. Niemiecki filozof Theodor Adorno twierdził, że najwyższym poziomem moralności jest poczucie obcości we własnym domu. Człowiek nigdy nie może się czuć zbyt dobrze. Zawsze powinien szukać czegoś, co można ulepszyć, i dopiero wówczas można powiedzieć, że jest uczciwy i w porządku. W momencie, kiedy człowiek czuje się zbyt dobrze, traci. Niech ta myśl będzie dla mnie usprawiedliwieniem.
ER: Starzy tracą, a nowi zyskują?
AM:Tak się działo zawsze. Proszę spojrzeć na naszą historię na przełomie XIX i XX wieku. Wówczas funkcjonowali obok siebie adwokaci przysięgli i prywatni. Pierwsi byli formalnie ustanowieni przy sądach, a drudzy byli odpowiednikami obecnych doradców prawnych. Bardzo szybko adwokaci prywatni zaczęli jednak mieć zdecydowanie lepsze sprawy i kancelarie niż przysięgli.
ER:Dlaczego?
AM: Bo byli głodni. Nienasyceni. A ich syci adwersarze nie potrafili przewidywać przyszłości. To nie jest wyłącznie polskie doświadczenie. W Wielkiej Brytanii 25 lat temu pytano, po czym można rozróżnić barristera od solicitora.
ER: Po czym?
AM: Po butach. Barrister miał świetne buty, ponieważ był człowiekiem zamożnym. Miał dobrze prosperującą kancelarię, więcej czasu, mniej pracy. Zdecydowanie lepiej zarabiał. Po 25 latach nie można już ich rozróżnić po butach. Chyba nawet więcej solicitorów ma lepsze buty.
ER: Bo byli głodni.
AM: Z punktu widzenia interesu publicznego, klienta, a także samych prawników świat zmierza we właściwym kierunku. Zwycięzcami zostają ci, którzy mają chęć do pracy i zdobywania kolejnych szczytów. I nie jest to związane wyłącznie z wiekiem, ale z przekonaniem, po co się żyje, po co się wykonuje ten zawód. Zmiany mają jednak takie tempo i skalę, że wywołują i wywołają wiele problemów, np. czy klienci nie zatracą możliwości dokonywania jakichkolwiek sensownych wyborów. Więc problemy należy rozwiązywać, a marudzenie, że nastąpi koniec świata prawników, pozostawić literaturze albo malkontentom.
ER: To teraz wreszcie zapytam: po co dziś adwokatom samorząd?
AM: Wiem, po co był, i wiem, po co powinien być. Jako adwokat, który wykonuje ten zawód od 20 lat, czuje się pewnie na rynku i żadnej szczególnej pomocy od korporacji nie potrzebuje, mam trudność, odpowiadając na pytanie o przydatność samorządu. Ale nadal jestem członkiem NRA, więc staram się, aby samorząd był potrzebny każdemu.
ER: To co pan – jako członek NRA – zamierza z tym zrobić?
AM: Stawiam dużo pytań, ale indywidualnie, bo kiedy w radzie za dużo ich zadaję, to pewna część kolegów mnie upomina. Podobno nie można zadawać tylu pytań. Może to obawa przed budzeniem demonów? Może umiłowanie wygody?
ER: Coś poza stawianiem pytań?
AM: Skupiam się na dwóch tematach. Pierwszy dotyczy solidarności adwokackich pokoleń, wspólnej aktywności najmłodszych i najstarszych adwokatów w zapewnieniu systemu wspierania osób tracących szansę na aktywność zawodową. Drugi to zmierzenie się z problemem możliwości wykonywania zawodu adwokata w formie spółek kapitałowych. Wyzwanie intelektualne i praktyczne. Problem wymagający szybkiego rozwiązania. Jeżeli sam, bez naszego udziału zostanie rozwiązany, to tylko ze stratą dla adwokatów.
ER: Jak wszystko dotąd?
AM: Nie. Wierzę za Cortazarem, że słońce kiedyś wzejdzie na zachodzie. Że wszystko jest możliwe. Także w adwokaturze.
Rozmawiała Ewa Maria Radlińska