Obywatelska inicjatywa ustawodawcza (OIU) tylko teoretycznie umożliwia obywatelom bezpośredni wpływ na politykę kraju – twierdzą prawnicy. Potwierdzają to też statystyki – od początku funkcjonowania tej instytucji, czyli od 13 lat, ze 105 projektów obywatelskich tylko 8 przeszło pełną ścieżkę legislacyjną. Większość utkwiła w sejmowej zamrażarce, później trafiając do kosza. Te uchwalone wreszcie przez Sejm często są ostatecznie sprzeczne z założeniami inicjatorów.

Szczytny cel

Inicjatywa obywatelska jest jednym z przejawów demokracji bezpośredniej, której gwarancję w polskim systemie prawnym stanowi art. 118 ust. 2 Konstytucji RP. Zgodnie z jego treścią inicjatywa ustawodawcza przysługuje grupie co najmniej 100 tys. obywateli mających czynne prawo wyborcze.

– Ideą, która przyświeca tej instytucji jest umożliwienie obywatelom zgłaszania władzom ustawodawczym w formie projektów ustaw własnych koncepcji – wyjaśnia dr Mariusz Bidziński, radca prawny, wspólnik w Kancelarii Radcowskiej Chmaj i Wspólnicy Sp.k., konstytucjonalista.

Dotychczasowe doświadczenia w zakresie funkcjonowania inicjatywy obywatelskiej nie napawają jednak optymizmem.

– Liczba składanych projektów nie jest zbyt imponująca, zaś ewolucja treści tych, które trafiły ostatecznie do Sejmu, bywa sprzeczna z założeniami projektodawców – dodaje mecenas Bidziński.

Potwierdzają to również inni eksperci.

– Zdarzały się przypadki, że ustawa, która wychodziła z parlamentu, miała kształt niekoniecznie zgodny z wolą inicjatorów postępowania. Chodzi m.in. o nowelizację prawa farmaceutycznego. Założeniem projektu było uniemożliwienie koncernom farmaceutycznym tworzenia sieci swoich aptek. Nowela uchwalona przez Sejm poszła zaś w zupełnie odwrotnym kierunku – przyznaje dr Piotr Uziębło, konstytucjonalista z Uniwersytetu Gdańskiego.

Taki przebieg spraw jest jednak całkowicie zgodny z prawem.

Bez wpływu na pomysł

– Konstrukcja inicjatywy obywatelskiej ma charakter pośredni. Co oznacza, że podlega ona rozpatrzeniu przez Sejm, jak każda inna inicjatywa, i Sejm ma prawo do jej modyfikacji – zaznacza dr Uziębło.

– Brak jest obecnie możliwości zgłaszania przez autorów podczas prac w parlamencie wniosków mniejszości w przypadku dokonania przez komisję sejmową znacznych zmian w projekcie – dodaje dr Bidziński.

Ten stan można by jednak zmienić, posługując się wzorem zaczerpniętym chociażby z Łotwy.

– Tam nieprzyjęcie projektu w wersji przedłożonej przez obywateli rodzi obowiązek zarządzenia referendum w tej sprawie. Chcąc jednak wprowadzić takie rozwiązanie w Polsce, należałoby zmienić konstytucję i jednocześnie zwiększyć liczbę podpisów poparcia pod inicjatywą obywatelską – podkreśla dr Uziębło.

Jego zdaniem komitet inicjatywy ustawodawczej powinien również mieć możliwość wycofania projektu, gdy ten w parlamencie zaczyna rozmijać się z pierwotnym zamysłem.

– Obywatelską inicjatywę ustawodawczą zawsze traktowałem jak bezpośrednią możliwość wpływania na bieg spraw publicznych. I swego rodzaju wotum nieufności dla polityków. W ważnych sprawach to bezpośrednio obywatele, nie politycy mogli stanowić prawo. Tak uważałem do czasu przykrego doświadczenia udziału w olbrzymim wysiłku zebrania stu tysięcy podpisów w terminie trzech miesięcy w sprawie powrotu do ojczyzny Polaków ze Wschodu. Wydawałoby się, że zarówno idea, jak i spełnienie wymagań musi być docenione, a po stronie ustawodawcy powstaje zobowiązanie do wypełnienia woli publicznej. Tymczasem ustawodawca nic sobie z tego nie robi – zauważa adwokat Andrzej Michałowski z kancelarii Michałowski Stefański.