DGP zebrał dane ze wszystkich czterdziestu pięciu prokuratur okręgowych w Polsce. Wynika z nich, że w ciągu pierwszych czternastu miesięcy od wejścia w życie ustawy z 20 stycznia 2011 r. o odpowiedzialności majątkowej funkcjonariuszy publicznych za rażące naruszenie prawa (Dz.U. z 2011 r. nr 34, poz. 173), nowe prawo nie zadziałało ani razu.

W tym czasie nie tylko nie wydano orzeczenia, ale nawet nie udało się wszcząć żadnego postępowania w opisanym przez ustawę trybie.

– To totalna porażka ustawodawcy – nie ma wątpliwości Jerzy Pietrzyk, prezes stowarzyszenia Stop Bezprawiu.

Teoretycznie od 17 maja 2011 r. każdy urzędnik może ponieść dotkliwą karę finansową, jeśli jego służbowe błędne działanie bądź zaniechanie stanie się przyczyną wypłaty poszkodowanemu odszkodowania przez Skarb Państwa lub jednostkę samorządu terytorialnego.

Postępowanie musi nosić znamiona rażącego naruszenia prawa, a maksymalna kara nie może przekroczyć równowartości rocznego wynagrodzenia danego funkcjonariusza. Wprowadzane z dużym rozgłosem przepisy miały ukrócić urzędniczą samowolę. Jednak na razie ustawa nie przynosi efektów.

Odległa kara

– Przewidziane procedury są skomplikowane i niestety długotrwałe. Należy wykonać wiele kroków, by ostatecznie winny urzędnik mógł zostać ukarany finansowo. W polskich realiach czternaście miesięcy to najczęściej za krótko, by mechanizmy zaczęły działać.

Stąd też za wcześnie, aby ostatecznie ocenić skuteczność wprowadzonych zmian, aczkolwiek już widać, że procedura wymagałaby usprawnienia – tłumaczy Przemysław Wolski, radca prawny z bydgoskiej kancelarii Lege Artis Kuropatwiński Lewicki Sp.k.

Podobnie uważają inni eksperci.

– Ta ustawa nie funkcjonuje samodzielnie, zależy od wielu innych czynników – zauważa Mariusz Śroń, radca prawny z Deloitte Legal.

Dodaje, że zanim uruchomi się opisaną w przepisach procedurę, należy chociażby wypłacić poszkodowanemu odszkodowanie i uzyskać prawomocne orzeczenie sądu czy decyzję, że naruszenie prawa było rażące. A to trwa i często jest trudne do spełnienia.

– Udowodnienie rażącego naruszenia prawa jest praktycznie niemożliwe, albowiem urzędnik zawsze wykaże, iż poruszał się w obrębie zapisów konkretnych ustaw i rozporządzeń, a że były one stosowane nieadekwatnie do stanu faktycznego, to już inna sprawa – wyjaśnia Joanna Regent, aplikant radcowski z fundacji Lex Nostra.

Szczególnie że różna interpretacja przepisów, która okazuje się przyczyną wielu błędów, nie jest najczęściej traktowana jako rażące uchybienie przepisom.

Brak wszczętych postępowań przeciwko urzędnikom to niejedyny feler obowiązujących od ponad roku regulacji. Okazuje się, że niekorzystnym skutkiem, jaki wywołała ustawa, są psychologiczne bariery przy podejmowaniu przez urzędników odważnych decyzji i obawa przed konsekwencjami.

To problem, który dotyczy szczególnie mniejszych podmiotów. Zaobserwował to też Stanisław Lemczyk, jeden z posłów PO, którzy w ubiegłej kadencji inicjowali prace nad ustawą.

– Łudziłem się, że tego unikniemy. Ustawa miała karać za błędy, a nie paraliżować urzędników przed podejmowaniem nietypowych, ale zgodnych z prawem działań. Niestety, na razie jest inaczej – uważa parlamentarzysta w rozmowie z DGP.