Najpierw przedstawię rzetelnie stanowisko Izby na podstawie komunikatu SN. W tekście będę zawsze cytować oryginały dokumentów, aby ustrzec się zarzutu o nadinterpretację słów. Jak uzasadniono stwierdzenie ważności wyboru Andrzeja Dudy na Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej? Przypomnieć trzeba na początku rozważań, że zgodnie z art. 129 ust. 1 Konstytucji RP i art. 324 par. 1 Kodeksu wyborczego, Sąd Najwyższy, na podstawie sprawozdania z wyborów przedstawionego przez Państwową Komisję Wyborczą oraz po rozpoznaniu protestów wyborczych, rozstrzyga o ważności wyboru Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej. Zgodnie z art. 26 par. 1 ustawy o Sądzie Najwyższym, uchwała ta jest podejmowana w Izbie Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych. Izbę powołano w 2018 r.

Po pierwsze, Izba w uchwale z 3 sierpnia br. przywołała sprawozdanie Państwowej Komisji Wyborczej z 27 lipca 2020 r. w sprawie wyborów. Jak czytamy w komunikacie SN, Izba przyznała, że „Państwowa Komisja Wyborcza, na podstawie posiadanych dokumentów oraz uzyskanych informacji o przebiegu głosowania i wyborów 28 czerwca 2020 r. i 12 lipca 2020 r., nie stwierdziła naruszeń prawa wyborczego, które mogły wywrzeć wpływ na wyniki głosowania i wynik wyborów Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej”.

Po drugie, Izba w uchwale wskazała, że rozpatrywała protesty wyborcze. Szczegóły przytacza się w uchwale. Zarejestrowano 5847 spraw, które były wywołane wniesieniem protestów (protesty te rozpatrywano systematycznie, w składach trójosobowych.) Na początku badano kwestię ich dopuszczalności. Bez dalszego biegu pozostawiono ok. 88% wszystkich protestów. Co decydowało o pozostawieniu protestów bez dalszego biegu? Przede wszystkim, jak Izba wyjaśnia, było to niedotrzymanie terminu do złożenia protestu wyborczego, złożenie protestu przez osobę do tego nieuprawnioną czy nieprzedstawienie lub niewskazanie dowodów, na których oparte zostały zarzuty protestu. Innym powodem pozostawienia protestów bez dalszego biegu, jak czytamy w komunikacie, było „sformułowanie zarzutów niemieszczących się w zakresie podstaw wniesienia protestu, w tym w szczególności odnoszących się do kwestii finansowania kampanii wyborczej i sposobu prezentacji kandydatów na Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej w mediach publicznych, przebiegu procesu legislacyjnego, zgodności funkcjonowania organów państwa oraz treści ustaw i aktów normatywnych z Konstytucją Rzeczypospolitej Polskiej”. Izba wyraziła natomiast opinię w 93 przypadkach, że „zarzuty protestu są zasadne – w całości lub w części – lecz stwierdzone naruszenia nie miały wpływu na wynik wyborów”. Dotyczyło to różnych kategorii naruszeń, np. nie doszło do wysyłki pakietu wyborczego (zob. sprawy I NSW 1116/20 czy I NSW 2106/20), umieszczono wyborcę w niewłaściwym spisie wyborców (zob. I NSW 5226/20) czy istniały rozbieżności pomiędzy stwierdzoną liczbą kart do głosowania otrzymanych przez obwodową komisję wyborczą, ustaloną po ich przeliczeniu przed rozpoczęciem głosowania, a sumą niewykorzystanych kart do głosowania i liczbą wyborców, którym wydano karty do głosowania (zob. I NSW 2090/20). Pozostałe protesty uznano za bezzasadne, przede wszystkim ze względu na brak ich udowodnienia.

Reklama

Po trzecie, Izba podkreśliła w uchwale, że ”Sąd Najwyższy bierze pod uwagę wszelkie okoliczności, które mogą mieć znaczenie dla ważności wyborów, również te, które nie mogły być przedmiotem zarzutów protestu wyborczego”. Zatem Izba może brać pod uwagę kwestie niepodniesione w protestach wyborczych. Izba - w ramach tak określonej kompetencji - w dalszej części podkreśliła znaczenie wyborów w demokratycznym państwie i konieczność ich przeprowadzenia. Izba podkreśliła, że wybory 10 maja 2020 r. nie odbyły się, choć nie wprowadzono stanu nadzwyczajnego przewidzianego w Konstytucji. Izba zatem uznała, że „Wobec zaistnienia takiej, nie przewidzianej Konstytucją RP sytuacji, obowiązkiem państwa było niezwłoczne doprowadzenie do przeprowadzenia wyborów”. Wyznaczenie wyborów na 28 czerwca br. było odpowiednie, gdyż, zdaniem Izby, pozwoliło zrealizować „w najwyższym możliwym stopniu” dwie wartości konstytucyjne, które były istotne w tej sytuacji. Pierwszą wartością jest „konieczność zapewnienia warunków dla wyrażenia woli suwerena co do osoby przyszłego Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej”. Drugą wartością jest „konieczność uszanowania terminów konstytucyjnych”.

Po czwarte, Izba podniosła w uchwale, że podstawą prawną przeprowadzenia wyborów była specustawa, tj. ustawa z dnia 2 czerwca 2020 r. o szczególnych zasadach organizacji wyborów powszechnych na Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej zarządzonych w 2020 r. z możliwością głosowania korespondencyjnego („uchwalona zaledwie 26 dni przed wyborami”). Izba podkreśliła znaczenie orzecznictwa Trybunału Konstytucyjnego. Wedle TK (wyroki z: 3 listopada 2006 r., K 31/06; 28 października 2009 r., Kp 3/09; 20 lipca 2011 r., K 9/11), nie można wprowadzać istotnych zmian w prawie wyborczym w okresie 6 miesięcy „ciszy legislacyjnej”, poza „nadzwyczajnymi okolicznościami o charakterze obiektywnym”. Izba uznała, że ze względu na pandemię i nieprzewidziane prawem wyborczym okoliczności, oraz brak odbycia wyborów 10 maja br., wystąpiły właśnie te obiektywne okoliczności. One uzasadniły zmianę prawa wyborczego w okresie tuż przed wyborami. Izba podkreśliła, że zmiany w prawie wyborczym nawet „rozszerzyły możliwość udziału obywateli w głosowaniu w warunkach pandemii, w szczególności przez głosowanie korespondencyjne”. Zdaniem Izby, zmiany w prawie wyborczym zatem pozwoliły pełniej zrealizować czynne prawo wyborcze z art. 62 Konstytucji. Tym samym, jak podniosła Izba, realizowano zasady konstytucyjne demokratyzmu z art. 2 i ciągłości władzy z art. 126 Konstytucji.
Po piąte, Izba uznała, że w związku z tym, że wybory 28 czerwca br. odbyły się w następstwie nieodbycia się wyborów 10 maja br., następujące „rozwiązanie normatywne” w nowym prawie wyborczym były akceptowalne („dopuszczalne”): prawa dotychczasowych kandydatów do kandydowania utrzymano, a także dopuszczono możliwość rejestracji nowych kandydatów.

Reklama

Po szóste, Izba przypomniała art. 127 Konstytucji i zasady wyboru Prezydenta RP. Wybory Prezydenta RP są powszechne, równe, bezpośrednie i tajne. Izba podkreśliła, że wyborca ma jeden głos, a zatem wszyscy kandydaci mają równe szanse. W tej części, Izba odniosła się do krytycznych uwag na temat wyborów. Kwestię nierówności szans w mediach publicznych tak oceniła: „Nierówny dostęp kandydatów do środków masowego przekazu nie wpływa na ważność wyborów, dopóki zapewniony jest nieskrępowany (prawnie i faktycznie) pluralizm mediów”. Można to rozumieć tak, że jeśli nawet TVP była stronnicza, to przecież są też inne media (powiedzmy, jak TVN czy Onet). Izba odniosła się również do zarzutu o brak neutralności władz publicznych w czasie kampanii. Izba tak to ujęła, łącząc wątek braku neutralności władz z brakiem neutralności mediów: „Sąd Najwyższy zwraca uwagę, że dobrą praktyką odnoszącą się do procesu wyborczego powinno być neutralne podejście władz publicznych do kampanii wyborczej. Kampania powinna być relacjonowana we wszystkich mediach, zwłaszcza publicznych, w sposób rzetelny. Sygnalizowane w przestrzeni publicznej i w protestach wyborczych naruszenia tych standardów nie przybrały postaci, w której ograniczona zostałaby możliwość wolnego wyboru”.

O stwierdzenie ważności wyborów wystąpił zarówno przewodniczący PKW, jak i Prokurator Generalny. Ostatecznie Izba, po analizie sprawozdania PKW i wydanych opinii przy rozpatrywaniu protestów wyborczych, „w szczególności zaś stwierdzonych w nich uchybień”, uznała w imieniu Sądu Najwyższego, że „żadne z tych uchybień, jak również wszystkie one łącznie, nie dają podstaw do kwestionowania ważności wyboru Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej dokonanego 12 lipca 2020 r.”. Stwierdzenie ważności wyboru Andrzeja Dudy na drugą kadencję prezydencką stało się faktem.

Teraz trzeba przyjrzeć się krytycznie tej uchwale i wszelkim okolicznościom dotyczącym całego procesu wyborczego.

Po pierwsze, sprawozdanie PKW z 27 lipca 2020 r. o wyborach, choć zawiera 50 stron, to pomija istotne elementy, które pokazują okoliczności i całokształt procesu wyborczego w 2020 r. Te elementy zostały dobrze opisane przez Thomasa Boserupa, przewodniczącego Specjalnej Misji Oceniającej Wybory Biura Instytucji Demokratycznych i Praw Człowieka OBWE (ODIHR). Przedstawił on stanowisko Misji na konferencji 13 lipca br. Podkreślił, że wybory były ogólnie dobrze zorganizowane, ale wystąpiły problemy ze stronniczością władz i mediów publicznych: „Druga tura wyborów prezydenckich w Polsce została przeprowadzona prawidłowo pomimo luk regulujących wiele istotnych kwestii. Kandydaci byli w stanie swobodnie prowadzić swoje kampanie wyborcze w konkurencyjnej drugiej turze wyborów, jednakże ogólna wrogość, groźby wobec mediów, retoryka nietolerancji oraz przypadki nadużyć zasobów państwowych umniejszyły całości procesu. Spolaryzowane środowisko medialne, a zwłaszcza stronnicze relacje ze strony nadawcy publicznego, pozostały istotną obawą”. Przede wszystkim podkreślono rolę premiera w kampanii: „Premier Morawiecki w ramach pełnienia swojej oficjalnej funkcji odwiedził ponad 80 miast w kraju, składając obietnice rozdzielenia funduszy publicznych, rozdając uroczyste symboliczne kartonowe czeki. Wszystkie te wydarzenia zostały udokumentowane na oficjalnym profilu na Facebooku premiera. Spowodowało to zatarcie granic pomiędzy państwem a partią i stworzyło nieuzasadnioną przewagę dla Prezydenta ubiegającego się o reelekcję, co jest sprzeczne z pkt 5.4 Dokumentu Kopenhaskiego OBWE z 1990 r.” Do tego, Misja podkreśliła stronniczość mediów publicznych, stwierdzając, że „telewizja publiczna nie wywiązała się z prawnego obowiązku bycia bezstronną, a relacje TVP zdecydowanie sprzyjały urzędującemu Prezydentowi”. Obie te kwestie, tj. stronniczość władz publicznych oraz stronniczość mediów publicznych, nie zostały wzięte pod uwagę w sprawozdaniu PKW, a następnie zostały zignorowane prze Izbę SN. A przecież właśnie poprzez te dwa rodzaje stronniczości na rzecz urzędującego Prezydenta zostało naruszone zobowiązanie międzynarodowe Polski, wynikające z Dokumentu Kopenhaskiego, tj. zobowiązanie w zakresie rozdziału partii od państwa. Można powiedzieć, że wybory stały się po prostu nieuczciwe na skutek stronniczości władz i mediów publicznych (czyli wbrew standardom).

Po drugie, Izba SN wskazała na liczbę rozpatrywanych spraw i protestów wyborczych (5847 spraw), ale są tu pewne problemy. Na wniesienie protestu przeciwko wyborowi Prezydenta RP, na piśmie, do Sądu Najwyższego były tylko 3 dni od dnia podania wyników wyborów do publicznej wiadomości (zob. art. 15 ust. 2 specustawy wyborczej). Na wydanie uchwały o stwierdzeniu ważności wyborów SN miał 21 dni liczonych od 14 lipca br. Zakładając, że Sąd poświęciłby każdej sprawie 10 minut, to musiałby pracować 25 dni (bez przerwy na spanie i sprawy fizjologiczne). 20-osobowa Izba jednak podzieliła sobie pracę i pracowała w mniejszych składach, choć mimo to czas naglił i była obawa, czy uda się rozpatrzyć wszystkie protesty w terminie. Gdyby nie rozpatrzono protestów w terminie, to należałoby pewnie unieważnić wybory, jak sugerował b. przewodniczący PKW. Trzeba dodać, że codzienna analiza postanowień składów trójosobowych Izby w lipcu br. (chodzi o opinie w sprawach protestów wyborczych) prowadziła do wniosku, że albo Izba podtrzymuje swoją linię orzeczniczą z jesieni 2019 r., de facto odrzucając protesty o stronniczość mediów publicznych (na zasadzie, że każdy sam decyduje, czy ogląda TVP, czy nie; np. I NSW 4295/20, z 28 lipca br.), albo Izba prowadzi sprawy zbyt szybko (wiele postanowień jest jednozdaniowych, bez uzasadnienia), albo Izba nie rozpatruje ich kompleksowo (np. co do terminu wyborów: I NSW 3471/20, z 28 lipca br.). Protesty rozpatrywano bardzo wąsko lub bardzo ostro. Przykładowo, 31 lipca br. Izba rozpoznała protesty wyborcze przeciwko wyborowi Prezydenta RP w sprawie I NSW 84/20, obejmującej 4086 protestów wyborczych, ”połączonych celem ich wspólnego rozpoznania i rozstrzygnięcia”. Odnosiły się one do „przede wszystkim odmiennego sposobu traktowania kandydatów przez media publiczne, które miało się wyrażać w faworyzowaniu urzędującego Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej”. Uznano, że protesty nie spełniają wymogów formalnych i pozostawiono je bez dalszego biegu. Uczyniono to jednym postanowieniem.

Tytułem innego przykładu, 1 sierpnia br. Izba rozpoznała protest wyborczy pełnomocnika wyborczego Komitetu wyborczego kandydata na Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej Rafała Trzaskowskiego (I NSW 963/20). Protest pozostawiono bez dalszego biegu. Tymczasem protest zawierał kompleksowo ujęte zarzuty, włącznie z finansowaniem kampanii, niekonstytucyjnym terminu wyborów i nierównością szans kandydatów w wyborach ze względu na stronniczość władz i mediów publicznych. Izba zarzuciła brak dowodów, m. in. wskazała na dołączone „8 tomów wydruków zgłoszeń dokonywanych przez formularz na specjalnej stronie”, które nie zawierały dowodów. W zakresie wyznaczenia terminu wyborów Izba uznała ten protest za protest przeciwko prawu, a nie przeciwko naruszeniu czynnego prawa wyborczego wyborców. Tu, jak podkreśliła, właściwy jest TK. Izba nieco asekuracyjnie przypomniała zasadę dwuetapowego postępowania przed SN w przedmiocie ważności wyborów Prezydenta RP. Izba zarzuciła, że nie zrozumiano idei protestu wyborczego: „Pełnomocnik komitetu wyborczego nie uczynił więc przedmiotem swego protestu przebiegu głosowania, ustalenia jego wyników lub wyników wyborów pod kątem zgodności z obowiązującym prawem wyborczym (art. 82 § 1 k.wyb. w zw. z art. 1 ust. 2 u.wyb.2020) lub prawem karnym (przestępstwa ujęte w XXXI rozdziale Kodeksu karnego)”. Niemniej przypomniano, że to cała Izba zdecyduje o ważności wyborów i może wziąć pod uwagę wszystkie okoliczności: „Na tym drugim etapie postępowania SN może w szerszym zakresie uwzględnić również unormowania Konstytucji RP badając, czy także inne okoliczności, niewymienione w art. 82 § 1 k.wyb., mogły mieć wpływ na ważność wyboru”. Problem w tym, że dwa dni później, tj. 3 sierpnia, cała Izba nie wzięła pod uwagę wszystkich okoliczności, np. nie podjęła się solidnej analizy konstytucyjnej problemu terminu wyborów.
Po trzecie, problem jest właśnie w tym, że Izba SN w pełnym składzie nie wzięła wszystkich okoliczności pod uwagę, gdy 3 sierpnia br. rozpatrywała ważność wyborów. Nie analizowała wpływu aktywności kampanijnej premiera na wynik wyborów. Nie wzięła pod uwagę wpływu stronniczych mediów publicznych na wynik wyborów. A przecież znany był wspomniany już raport OBWE czy udokumentowane stanowiska organizacji jak np. oświadczenie Towarzystwa Dziennikarskiego z 13 lipca br. (gdzie czytamy: „Kampania wyborcza w mediach rządowych pozwala mówić o fałszerstwie całych wyborów. Zamiast pluralizmu, bezstronności i wyważenia mieliśmy w tych mediach apoteozę jednego kandydata i zohydzanie jego głównego konkurenta przez cały czas kampanii, a nawet podczas ciszy wyborczej”). Nikt rozsądny nie powie przecież, że agitacja rządowa czy propaganda mediów publicznych nie ma wpływu na zachowanie wyborcy, zwłaszcza niezdecydowanego wyborcy. Wyborca ten słyszy o czekach wręczanych samorządom przez premiera na inwestycje lokalne. Słyszy o wozach strażackich z ministerstwa dla gmin do 20 tys. mieszkańców z najwyższą frekwencją wyborczą. Chodzi o miejsca, w których urzędujący Prezydent ma relatywnie najwięcej zwolenników. Wyborca słyszy każdego dnia zdania negatywne o Rafale Trzaskowskim i o tym, jak źle zarządza stolicą. Izba w uchwale z 3 sierpnia nawet do tego nie odniosła się.

Co więcej, Izba w uchwale stwierdzającej ważność wyborów nie odniosła się do problemu terminu wyborów należycie. Przecież zgodnie z art. 128 ust. 2 Konstytucji, wybory Prezydenta Rzeczypospolitej zarządza Marszałek Sejmu na dzień przypadający nie wcześniej niż na 100 dni i nie później niż na 75 dni przed upływem kadencji urzędującego Prezydenta Rzeczypospolitej, a w razie opróżnienia urzędu Prezydenta Rzeczypospolitej - nie później niż w czternastym dniu po opróżnieniu urzędu, wyznaczając datę wyborów na dzień wolny od pracy przypadający w ciągu 60 dni od dnia zarządzenia wyborów. Interpretacja tego przepisu jest jasna. Ostatnim możliwym majowym terminem wyborów był 23 maja br. Po 23 maja aż do 6 sierpnia br. nie powinno organizować się wyborów. Mogą one być wyznaczone po zakończeniu kadencji Prezydenta, co jest tożsame z „opróżnieniem urzędu”, tj. po 6 sierpnia br. Tymczasem wybory wyznaczono na 28 czerwca br. Było tutaj jeszcze więcej problemów, tj. przede wszystkim niekonstytucyjna uchwała PKW z 10 maja br. PKW stworzyła fikcję analogii do braku kandydatów 10 maja br. (zob. art. 293 ust. 3 Kodeksu wyborczego) i nie przekazała sprawy do SN, ale do Marszałka Sejmu (pisałem o tym w Gazecie Prawnej 12 maja br., https://prawo.gazetaprawna.pl/artykuly/1476140,uchwala-pkw-konstytucja-wybory-prezydenckie-hierarchia-prawa.html). Potem najpierw 2 tygodnie zwlekano z ogłoszeniem uchwały w Dzienniku Ustaw, by następnie zarządzić wybory na 28 czerwca br. Trzeba podkreślić, że jeśli norma konstytucyjna jest sprzeczna z normą ustawową (np. z kodeksu wyborczego), to stosujemy normę konstytucyjną. Tyle wiemy z podstawowej reguły kolizyjnej, tj. reguły hierarchicznej. SN, oceniając ważność wyborów, powinien opierać się na normach konstytucyjnych, a nie tylko normach ustawowych. Przede wszystkim powinien mieć na względzie normy konstytucyjne. Nie powinien tłumaczyć się, że od oceny zgodności ustaw z konstytucją jest TK. Tu nie chodzi o ocenę zgodności ustaw z konstytucją, ale o to, czy SN uważa, że termin wyborów był zgodny z konstytucją i czy wybory były ważne w związku z tym. Czy gdyby dana ustawa pozwalała na wybory nie w tym roku, ale za dwa lata, to SN też by zaakceptował to niekonstytucyjne unormowanie i stwierdził ważność wyborów? A gdyby media publiczne codziennie zniesławiały kandydata, a decydował 1% głosów?

Po czwarte, jeśli przyjmiemy, że Izba ma rację, oceniając dobry wpływ nowego prawa wyborczego z czerwca br. na realizację czynnego prawa wyborczego (np. poprzez rozszerzoną możliwość głosowania korespondencyjnego), to czy, zdaniem SN, nie powinno się jednak podkreślić niekonstytucyjności całej sytuacji związanej z epidemią w Polsce od marca br.? Przecież jeśli podejmuje się tak nadzwyczajne środki jak zakazywanie przebywania w miejscu publicznym, to chyba jest jasne, że jest to faktyczny stan nadzwyczajny. Zatem władze publiczne powinny ogłosić stan nadzwyczajny przewidziany Konstytucją. Środki bowiem wynikające z tzw. ustawy zakaźnej (z 2008 r.) nie pozwalają na zakazanie wychodzenia z domu czy na zakaz zgromadzeń. Takie zakazy można ustanowić tylko ustawą (zob. art. 52 ust. 1 i 3 Konstytucji) i tylko w stanie nadzwyczajnym, najlepiej w stanie wyjątkowym czy wojennym (zob. art. 228-233 Konstytucji; w stanie klęski żywiołowej nie można np. ograniczyć wolności zgromadzeń, vide art. 233 ust. 3). SN powinien krytycznie ocenić brak ogłoszenia stanu nadzwyczajnego. Przecież gdyby stan nadzwyczajny był wprowadzony na wiosnę br., to nie byłoby obecnie problemu ważności wyborów czy problemu nieodbycia wyborów 10 maja albo zarzutu niekonstytucyjnego terminu wyborów w czerwcu i lipcu br. Zgodnie bowiem z art. 228 ust 7 Konstytucji, w czasie stanu nadzwyczajnego oraz w ciągu 90 dni po jego zakończeniu nie mogą być przeprowadzane wybory Prezydenta Rzeczypospolitej, a kadencje tych organów ulegają odpowiedniemu przedłużeniu. Tymczasem w Polsce władze postanowiły nie wprowadzać tego stanu, a wprowadziły stan zagrożenia epidemicznego i stan epidemiczny. Na podstawie szeregu niekonstytucyjnych rozporządzeń ograniczyły prawa i wolności. Przykładem niech będą rozporządzenia zakazujące przebywania w miejscu publicznym, wydane na podstawie przepisu ustawy zakaźnej, który używał zwrotu „czasowe ograniczenie określonego sposobu przemieszczania się” (pisałem o tym na portalu konstytucyjny.pl, 19 maja br., http://konstytucyjny.pl/dawid-bunikowski-niekonstytucyjny-zakaz-przemieszczania-sie-w-czasie-pandemii/). Niekonstytucyjne rozporządzenia, choć uzasadnione lękiem związanym z pandemią, uderzyły w konstytucyjną wolność poruszania się i wyszły poza ustawowe upoważnienie. Władze tymczasem bardzo chciały organizacji wyborów 10 maja br. Zamieszanie polityczne i społeczne poskutkowało brakiem odbycia wyborów 10 maja. Te okoliczności są pominięte przez Izbę SN w uchwale o stwierdzeniu ważności wyborów. A przecież one są istotne, bo wskazują, jak niekonstytucyjny był ten cykl działań władzy publicznej i jak epidemia wiązała się z wyborami. Izba była w swej uchwale bardzo ostrożna, mało krytyczna.

Po piąte, Izba w uchwale o ważności wyborów odniosła się do wolności wyborów, a tylko w pewnym zakresie wspomniała kwestię nierówności traktowania w mediach, zwłaszcza publicznych, oraz zaangażowania się władz publicznych w kampanię. Nie wspomniała, że chodzi o zaangażowanie się premiera Morawieckiego po stronie urzędującego Prezydenta. Nie wspomniała raportu OBWE na ten temat. Nie wspomniała o roli TVP w tych wyborach i o opiniach środowiska dziennikarskiego na ten temat. Stwierdziła tylko, że jest pluralizm mediów, a uchybienia nie wpłynęły na wolny wybór, bo „Sygnalizowane w przestrzeni publicznej i w protestach wyborczych naruszenia tych standardów nie przybrały postaci, w której ograniczona zostałaby możliwość wolnego wyboru”. W tym miejscu Izba uciekła od najważniejszego zarzutu wobec tych wyborów, tj. od zarzutu o nierówności szans kandydatów, czyli od zarzutu, że wybory nie były równe w tym zakresie. Izba świadomie skupiła się na kwestii wolności wyborów, której przecież nie naruszono, bo każdy głosuje, jak chce (chyba że jesteśmy w pewnym DPS, gdzie 100% wyborców głosowało na jednego kandydata, a krzyżyki stawiała podobno siostra zakonna z komisji wyborczej). Izba świadomie nie skupiła się na zarzucie nierównych wyborów. Izba najprawdopodobniej cynicznie postanowiła nie zajmować się nierównością wyborów. Zasada równych wyborów jest przecież zasadą konstytucyjną. Trudno zatem posądzać Izbę, a właściwie jej członków, o brak wiedzy. Ponadto, Polska jest członkiem Rady Europy, organizacji chroniącej prawa człowieka i wyznaczającej standardy demokratyczne. „Kodeks dobrej praktyki w sprawach wyborczych”, przyjęty przez Komisję Wenecką na 52. sesji (Wenecja, 18-19 październik, 2002 r.), podnosi zasadę równości szans w ust. 2.3. To standard prawny Rady Europy. W pkt 18 kodeks wskazuje: „Równość szans między kandydatami i partiami politycznymi musi być zapewniona, co dla państwa oznacza obowiązek zachowania neutralności oraz stosowania tych samych przepisów prawa jednakowo wobec wszystkich. Wymóg neutralności ma szczególne znaczenie w odniesieniu do kampanii wyborczej i relacjonowania w mediach zwłaszcza w mediach publicznych, jak również do publicznego finansowania partii i kampanii wyborczych”. Zdaniem Rady Europy, równość szans jest związana z wolnością wyborów: „Wolność wyborców w kształtowaniu swej woli pokrywa się częściowo z równością szans. Wymaga ona, by państwo – zasadniczo władze publiczne – dopełniło obowiązku zachowania obiektywności, zwłaszcza jeśli chodzi o korzystanie ze środków masowego przekazu, wywieszanie plakatów, prawo do demonstracji w miejscach publicznych oraz finansowanie partii i kandydatów” (ust. 3.1., lit. a). Izba SN w ogóle pominęła tego typu kwestie i zarzuty z nimi związane, jakby Polska nie należała do Rady Europy. Jest to bardzo dziwne, gdyż w tej Izbie są osoby, które znają dorobek Rady Europy dobrze, nawet na poziomie habilitacyjnym.

Reasumując, nie chodzi o to, że Izba miała od razu stwierdzić nieważność wyborów, bo tak chce opozycja. Miała jednak dokonać trudnej, wymagającej i kompleksowej analizy ważności tych wyborów oraz całego procesu związanego z tymi wyborami. Miała wskazać na dobre praktyki ustrojowe i dbać o standardy w ustroju. Mogła powiedzieć, że wybory były nieuczciwe, choćby w części, bo władza i media publiczne były stronnicze. Wybory można uznać, jeśli są uczciwe albo skala nieuczciwości nie jest duża (pisałem o tym dla Rzeczypospolitej, 23 lipca br., https://www.rp.pl/Publicystyka/200729817-Dawid-Bunikowski-Uznajmy-wybory-pod-warunkiem-ich-uczciwosci.html i dla portalu konserwatyzm.pl, 17 lipca br., https://konserwatyzm.pl/bunikowski-o-uczciwosci-wyborow/). Izba mogła ponadto powiedzieć, że wybory były niekonstytucyjne w tym sensie, że termin był niekonstytucyjny lub naruszono w jakimś sporym stopniu konstytucyjną zasadę równości wyborów. I Izba mogła jednocześnie uznać te wybory za ważne, przede wszystkim ze względu na powagę sytuacji, pandemię, dobro państwa i respekt dla wyników wyborów, gdzie urzędujący Prezydent dostał 422 tys. głosów więcej, czyli wygrał różnicą 2 % głosów. Trudno sobie nawet wyobrazić sytuację, gdy wybór Prezydenta jest nieważny, a potem głowa państwa np. podpisuje ustawy. W obecnej sytuacji, gdy Izba SN niejako uciekła od kompleksowej analizy, trudno uznawać tę uchwałę o ważności wyborów za poważną. Jest nieuczciwa, niekonstytucyjna i nieważna. Nie bierze pod uwagę wszystkich okoliczności agitacyjnych i propagandowych w kampanii, unika oparcia się na normach konstytucyjnych co do terminu wyborów i jest podjęta przez Izbę, która nie powinna orzekać na gruncie uchwały połączonych Izb SN z 23 stycznia br. (ten jej wątpliwy status można jej teraz przypomnieć, gdy zabrakło jej odwagi do dokonania kompleksowej analizy ważności wyborów – zob. poniżej). Uchwała z 3 sierpnia br. obniża morale całej judykatury.

Pogłębia się zatem kryzys konstytucyjny w Polsce, który trwa od połowy 2015 r. TK jest w części niekonstytucyjnie obsadzony, tj. co do 3 sędziów od 2015 r. SN ma od 2018 r. dwie nowe izby, które nie są właściwie obsadzonymi sądami w rozumieniu samego SN. Jedna z tych izb właśnie orzekała o ważności wyborów. Szefowie TK (2016 r.) i SN (2020 r.) zostali nominowani bez wymaganej konstytucyjnie zgody większości sędziów tych ciał. KRS jest wadliwe obsadzony od 2018 r., gdyż przerwano konstytucyjne kadencje poprzednich członków, a nowych członków nie wskazali sędziowie, ale politycy. A teraz, w 2020 r., Prezydent RP jest wybrany w nieuczciwych wyborach w niekonstytucyjnym terminie, zaś jego wybór jest uznany za ważny przez organ, który nie powinien orzekać co do zasady. A jeśli już musi orzekać i chce własnej legitymizacji, to powinien kompleksowo ocenić te wybory, a tego nie uczynił. Stąd uchwała o ważności wyborów z 3 sierpnia br. jest wątpliwa prawnie. Jest ważna chyba tylko jako tzw. fakt dokonany. Będzie jednak kwestionowana jako formalnie nieważna na gruncie prawa. Powstaje bowiem pytanie, dlaczego I Prezes SN nie przekazała sprawy uchwały o ważności wyborów do innej izby. Przecież dobrze zna tezę bardzo fundamentalnej uchwały SN z 23 stycznia br. (sygn. akt BSA I-4110-1/20). Szef SN nie zastosowała się do tzw. zasady prawa. Uchwała z 23 stycznia br. ustanowiła bowiem zasadę prawa. A wedle tej zasady, Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych nie powinna orzekać, bo jest to „Izba w całości złożona z wadliwie powołanych sędziów” (s. 58 tej uchwały z uzasadnieniem) i istnieje problem „własnej niezawisłości i bezstronności” u sędziów tej Izby. Nieważność uchwały to podstawowy zarzut wobec uchwały podjętej przez wadliwy skład. Trudno kwestionować zarzut.

Politycy partii rządzącej mogą zarzucać osobom kwestionującym ważność wyborów „godzenie w zasadę demokracji” (jak uczynił wicepremier Jacek Sasin w Gazecie Prawnej, 4 sierpnia br.), ale dobrze, by rządzący sami przyjrzeli się prawnym, ustrojowym, konstytucyjnym aspektom wyborów i tej uchwały. Czy wybory były demokratyczne w sensie równości szans? Mało który prawnik, a zwłaszcza teoretyk prawa - neutralnie rozpatrując tezy uchwały Izby z 3 sierpnia br. i wszystkie okoliczności tych wyborów - uzna, że te wybory były uczciwe, odbyły się w konstytucyjnym terminie i są ważne. Po tej uchwale pozostaje prawniczy wstyd. Trzeba było sędziowskiej odwagi, aktywizmu i mądrości. Amerykański filozof prawa Ronald Dworkin pisał kiedyś o tych wartościach u sędziego. Niestety, Izba SN nie składa się z Dworkinowskich Herkulesów. Co zostaje? Prawo jest konwencją, a zatem mimo takiej uchwały trzeba teraz przejść do tzw. porządku dziennego i wrócić do oceny tego problemu w potencjalnym momencie zmiany rządów. Nieobecność na zaprzysiężeniu Prezydenta RP jest to symbol niezgody na takie praktyki ustrojowe. Nieobecność to nie jest też dobra praktyka, bo cierpi majestat państwa, ale jest to symbol. Demokracja demokracją, większość większością, ale jak uczył austriacki teoretyk prawa Hans Kelsen, demokracja jest przede wszystkim procedurą. Warto trzymać się procedury i nie naruszać jej (bo często narusza się wartości i zasady konstytucyjne, a to trudno już zaakceptować).

Dawid Bunikowski, doktor nauk prawnych, teoretyk prawa żyjący w Finlandii